Sport.pl

Soczi 2014. Kowalczyk: Dlaczego mnie nie rozumieją

- Postanowiłam sobie kiedyś, że na każdych igrzyskach muszę zdobyć jeden medal. Choćby nie wiem co się działo. I znów go mam. Nawet gdy nie mogłam z bólu przejść trzech kroków, to mogłam trenować, sama nie wiem, jakim cudem - mówi mistrzyni olimpijska. W środę Kowalczyk wraz z Sylwią Jaśkowiec wystartuje w sprincie drużynowym. Półfinały od 10:15 - Relacja Z Czuba i Na Żywo na Sport.pl.
Rozmowa z JUSTYNĄ KOWALCZYK, najlepszą polską biegaczką

PAWEŁ WILKOWICZ: Widziałaś, jak złoto zdobywali Stoch i Bródka?

JUSTYNA KOWALCZYK: Kiedy jechał Bródka, byłam na treningu. A podczas konkursu skoczków zasnęłam ze zmęczenia po pierwszej serii. Obejrzałam powtórki w internecie.

Jak my to robimy?

- Różnie. W skokach już jest system. Infrastruktura, młodzi ludzie, dobrzy trenerzy. W biegach i panczenach wszystko ciągle pchają do przodu uparte jednostki. Uparci trenerzy, jeszcze bardziej uparci zawodnicy. Ci, którzy są w stanie poświęcić życie prywatne, uwierzyli, że się da. Najpierw wyskoczył Adam, potem ja nabrałam przekonania, że medale są również dla nas, ludzi z kraju bez tras. Póki nie zjawił się Adam, uzbieraliśmy przez kilkadziesiąt lat cztery medale zimowych igrzysk. Teraz jest 18. Małysz pokazał, że na olimpijskim podium stają normalni ludzie, nie cyborgi. To działa na psychikę: widzisz, że robi to twój kolega, ktoś, z kim siadasz do stołu, dzielisz hotel. No i nie ukrywajmy, do zimowych sportów napłynęły porządne pieniądze. Gdybym miała porównywać to, co miałam w Turynie, gdy biegłam po pierwszy medal igrzysk, z tym co mamy teraz, zabrakłoby mi skali. Te światy się po prostu nie widzą: świat Justyny juniorki i świat dzisiejszej najlepszej polskiej juniorki Sylwii Łętochy. Świat Justyny z Turynu i świat naszych dziewczyn z obecnej kadry. Myślę, że w panczenach jest podobnie. Na pewno mlekiem i miodem ta kraina nie płynie, ale sporo już panczeniści mają. Byli w programie Klub Polska, a w nim jest naprawdę dobrze, nie ma na co narzekać.

Ty nie masz tras, oni nie mają toru. A jednak daliście radę.

- Spójrzmy na pływanie sprzed dziesięciu lat, na czas Otylii Jędrzejczak, sukcesy kraju bez wyczynowych basenów. Tak się przez pewien czas da wytrzymać. Młodość cię napędza, masz cel, przychodzą wyniki, dostajesz dodatkowego napędu. Ale potem jest bunt. Głowa odmawia, bo jesteś już dorosły, a żyjesz jak niedorosły. Do czegoś doszedłeś, a nie masz czasu się tym cieszyć. I męczy cię: dlaczego nie ma krytego toru, dlaczego nie ma trasy nartorolkowej, czy to tak wiele? Nie chodzi o gwiazdorstwo, muchy w nosie. Ja nadal jestem gotowa trenować latem osiem godzin dziennie. Tylko chciałabym te osiem godzin męczyć się w Zakopanem, nie na Białorusi. Nie po to, żeby wieczorem chodzić na dyskoteki. Tylko żeby nie wracać po raz tysięczny do hotelu z grzecznie poukładaną pościelą, lecz do domowego bałaganu, jak go zostawiłam przed wyjściem. Zobaczyć bliskich, zrobić sobie kolację. Naprawdę wiele trzeba poświęcić dla medalu: siebie i innych. A człowiek się wyrywa do życia. Tak było w pływaniu. Gdy przyszły gorsze wyniki, trudno było im się zmusić do wytrwania. Całkowicie to rozumiem. Dlatego panczeniści chcą toru, ja chciałabym trasy. Dla nas i dzieciaków, które zaczynają trenować.

Pamiętam, jak w Turynie trener Wierietielny o świcie wychodził na trasy z pomocnikiem Jakovasem Gimbickisem, by przetestować narty dla ciebie. Dziś masz pięciu serwismenów. Pamiętasz jeszcze siebie z 2006 roku?

- Z Jakovasem to już były luksusy. Teraz mieszkam w pokoju z Sylwią Jaśkowiec i jej serwismenką Valentiną. I Valentina opowiada, że oni jeszcze pamiętają, jak o szóstej rano chodziłam z trenerem do bud, najpierw testowałam narty, potem robiłam rozgrzewkę i startowałam w zawodach. Bo tak trzeba było.

Odnalazłabyś się w tamtym świecie?

- Tak, pracować dalej potrafię. Pewnie bym już tylko z dzisiejszą wiedzą nie była w stanie tak mocno uwierzyć, że dobiegnę do medali. Bo przekonałam się, że to, co mam teraz, jest absolutnie normalne dla rywalek: serwismeni, narty do wyboru, do koloru. Że można z tego wyciągnąć aż tyle przewag. Przecież wystarczyło, że kiedyś do zespołu dołączył Ulf Olsson i sezon od razu skończyłam na podium PŚ, mimo że chorowałam. Gdy trener smarował, a ja testowałam, czasem nam się udawało. Z zespołem serwismenów czasem się nie udaje.

Na Krasnej Polanie głośno o serwismenach, bo Norwegowie przyczyn niepowodzeń szukają właśnie w złym przygotowaniu nart. Słusznie?

- Johaug i Bjorgen nie miały w sztafecie nart przygotowanych tak perfekcyjnie jak zwykle. Miały normalne, jak inni. Ale im po prostu odcięło prąd. Marit poszła na sto procent, żeby odrobić straty. A Krasnaja Polana to specyficzne miejsce. Niby góry nieduże, ale biega się ciężej. Mnie też prąd odcina, tylko potrafię to przepracować. A one nie. Załóżmy, że smarowanie było złe. Ale Francuzka mijająca Marit w łyżwie? W tym stylu, w którym jednak złe przygotowanie nart mniej się mści?

Wracając do polskich medali: nasz sport zimowy jest trochę jak z filmowego tytułu "Parę osób, mały czas". Trener Wiesław Kmiecik, dziś nauczyciel złotego Bródki, przez pięć lat uczył cię stylu łyżwowego na nartach. Ty, Kamil Stoch, panczenistka Luiza Złotkowska, wszyscy kończyliście tę samą szkołę w Zakopanem.

- Tak, wszyscy się rozbiegamy i rozchodzimy. Choć z panczenistek bardziej trzymam z Kaśką Bachledą-Curuś, Luiza jest młodsza. A Kaśka - taka pyskata jak ja. Jest jeszcze z tej naszej szkolnej grupy Krysia Pałka. Wszystko się opiera na dwóch szkołach sportowych, tych samych osobach. Kiedyś Kmiecikowi nie udała się walka o medal z Jaromirem Radkem, doczekał się złota 20 lat później. Ja całe wyczynowe życie zawdzięczam jednemu trenerowi. Kamil jest od lat u tych samych trenerów.

Kiedy się dla ciebie zaczęły igrzyska? Tak naprawdę nie 7 lutego, tylko trzy tygodnie wcześniej, od tego nieszczęsnego wypadku z nogą?

- Tak, wtedy się zaczęło Soczi. Walka o Soczi. Walka z czasem, bólem, opuchnięciami. Początek zgrupowana w Santa Caterinie wyglądał tak, że ratowała mnie tylko winda na wprost pokoju. Zjeżdżałam na dół, stamtąd były trzy metry do drzwi. W nich stał trener. Przez te trzy metry po prostu płakałam z bólu, nie dało się iść. Ale dało się biegać na nartach, sama nie wiem jakim cudem.

To się stało już w Santa Caterina czy jeszcze w Szklarskiej Porębie?

- Jeszcze w Polsce. Była masakra.

A to odmrożenie, o którym opowiedziałaś dopiero po zdobyciu złota?

- W Santa Caterina było minus 25. Maciek Kreczmer odmroził sobie nos. Przybiegł i zobaczyliśmy, że ma zupełnie bieluśki. W porę zadziałaliśmy, więc mu nie odpadł. A ja się nie zorientowałam. Buty narciarskie robią dziś bardzo cienkie, miałam pokrowce, ale mi nogi zawsze marzną, na bólu zmrożeniowym palców biegam właściwie cały czas. I nie potrafiłam wtedy ocenić, że już przeginam, ból był jak zwykle. A na drugi dzień zaczęło wszystko puchnąć, zrobiły się bąble, ropa. Było cięcie gorącymi igłami, zdejmowanie. To się zdarzyło na sam koniec zgrupowania. A dwa dni później musiałam włożyć buty do stylu klasycznego i pobiec w PŚ w Toblach. Wszystko zaczęło mi się walić na głowę. Fizjoterapeuta Przemek i tak już godzinami masował nogę, żeby opuchlizna schodziła. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, czy to stłuczenie, czy złamanie. Myśli o złamaniu po prostu nie dopuszczaliśmy. Mówiłam sobie: od głupiego uderzenia nie może się złamać.

Nie chcesz powiedzieć, co się stało?

- Oczywiście, że w końcu powiem, ale teraz ta wiedza nie jest nikomu potrzebna. Prawdopodobnie i tak się okaże na badaniach po igrzyskach, że to było też złamanie zmęczeniowe. Stopa była już gotowa, nie trzeba było wiele, żeby się rozwaliła. Może dlatego trzymałam się wersji o stłuczeniu. Zwłaszcza że po masakrze pierwszego dnia drugiego już dało się coś robić. Czwartego nawet zjeżdżałam już normalnie, nie jak paralityk. Po tygodniu wyszłam na trening klasyczny. Szło ku dobremu. Uznaliśmy, że to musi być mocno stłuczona okostna, nie złamanie. Ale poprawa się zatrzymała. Opuchlizna zeszła, widać było z boku mocne wybrzuszenie. Zaczęło się robić zamieszanie po biegu łączonym, więc choć wcześniej nie planowałam prześwietlenia przed 10 km klasykiem, zmieniłam zdanie. Jestem pewna, że gdybym to zrobiła przed igrzyskami, nie zostałabym dopuszczona do startu. Na 80 proc. A kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Gdy grozi ci niedopuszczenie do startów, to się zwykle kończy medalem. W Turynie działacze chcieli ci zabronić występu na 30 km po omdleniu na 10 klasykiem.

- Tak, jest jeszcze jedna prawidłowość: zawsze jak pan Robert Korzeniowski mnie mocno krytykuje, to potem bieg mi się naprawdę udaje. Nawet jeśli przed biegiem się nie dowiem, że mnie skrytykował. Po prostu wybiera dobry moment.

Wydawało mi się w pewnej chwili, że się pogodziliście.

- Nigdy nie byłam w stanie wojny z panem Robertem, widziałam go w życiu trzy razy po kilka minut. Nie chcę się zresztą odnosić do tej wypowiedzi, bo jej nawet nie słyszałam, tylko echa. Powiem tak: nikomu miejsca w drużynie nie zabierałam. Nawet z kontuzją byłam na szóstym miejscu, żadna inna nasza biegaczka na razie nie jest tego w stanie zrobić. Gdybym się wycofała, nie dobraliby następnej. Więc o co chodzi? Złamana kość wcześniej czy później się zrasta. Stopa nie jest sercem ani innym narządem, od którego zależy życie. A przede wszystkim to moja stopa. Nie mam 15 lat. Skąd to przeświadczenie, że za sportowca wszyscy mają decydować? Powiedziałam trenerowi: walczę o igrzyska i będę tam startować. On nawet nie podjął dyskusji. Bo wie, że jestem dorosła, świadoma.

Ale prezesa Tajnera rozumiem, że mu się wyrwało o tym ociężałym biegu łączonym. Mógł po prostu źle ocenić, nie mając pełnej wiedzy, ale nie sądzę, że miał złe intencje.

- Mój styl łyżwowy nigdy nie wyglądał lekko, bo jestem wysoka, więc wrażenia bywają różne.

Prezes powiedział, że widzieliście się po medalu, pogratulował, było miło, nie ma tematu.

- Bo nie ma. Prezes powiedział publicznie, co myślał, ja powiedziałam publicznie, co myślałam. Proste. My z prezesem często tak już rozmawialiśmy w przeszłości. I nie zostawały po tym wielkie naleciałości. Ale sprawa stopy mnie boli. To, dlaczego człowiek nie może decydować o samym sobie. Przecież to nie było samolubne, nie było niczyim kosztem.

Moment największego zwątpienia? Już w Soczi, gdy do stopy i odmrożenia doszło jeszcze otarcie ścięgna Achillesa?

- To już był w ogóle śmiech. Noszę teraz dość szerokie buty, zresztą dzięki temu obita noga ma lepszy komfort. Wchodziłam po treningu po metalowych schodkach. Nie patrzyłam na komórkę ani na nic innego. Noga po prostu wyjechała z buta. Zdrowa. Chyba musiało być po równo, żebym kulała na obie. Ale to już nie było nic poważnego. Zresztą ja już po biegu w Toblach zwątpień nie miałam. Skoro tam pobiegłam po piąte miejsce, to wiedziałam, że nie jest źle. Już na igrzyskach doktor Stanisław Szymanik powiedział, że możemy zrobić blokadę. Markainą, której nie ma na liście środków dopingowych, to po prostu przeciwbólowy lek, trzeba go wstrzyknąć w bolące miejsce. Spróbowaliśmy, działało przez trzy godziny. Bajka. Bałam się tylko, czy mi się od biegania z bólem nie zmieniła technika, to są bardzo płynne sprawy. No i przez leki przeciwzapalne parametry krwi nie są takie, jakie powinny być tu, w górach, na igrzyskach. Na szczęście o wydolność byłam spokojna, to ona mnie tak ucieszyła po biegu łączonym. Tylko chyba wtedy mało kto tę radość rozumiał.

To twoje najpiękniejsze igrzyska?

- Na pewno najbardziej emocjonujące. Wszystko się zwaliło na mnie i fajnie, że mi się udało obronić. Absolutnie nie stawiam kropki, mam nadzieję, że jeszcze będzie tutaj dobrze. Bo dlaczego miałoby być źle?

Co pamiętasz z poprzednich igrzysk?

- Z Turynu łączony, mój pierwszy bieg na igrzyskach, skończony w pierwszej dziesiątce. Pamiętam omdlenie na 10 km klasykiem. Ten podbieg, na którym się zdarzyło, cały czas mam w jednym palcu. Za to nie pamiętam w ogóle dekoracji po trzydziestce. Z Vancouver pamiętam, że jak wjechałam do wioski, to już się trafił dobry omen. I wiedziałam, że igrzyska będą świetne. Chodzi o mój narciarski przesąd, nie zdradzę, o co konkretnie, póki biegam, bo przestanie działać. Pamiętam moje lekkie rozczarowanie, nawet wkurzenie, że zdobywam medale, a ludzie pytają, czemu nie złote. Pamiętam niewyobrażalne nerwy, gdy szłam na finał sprintu. Trzęsłam się jak galareta. Nigdy się tak nie bałam. Pamiętam wielką flagę "Justyna - we believe", gdy szłam na rozgrzewkę przed trzydziestką. No i oczywiście pamiętam, jak Rafi Węgrzyn [asystent trenera Wierietielnego] biegał nocą po wiosce z flagą i krzyczał: "Jesteśmy czempionami!".

Cokolwiek zrobisz, są emocje i komentarze, z tym nie wygrasz. Tak będzie zawsze. Zwłaszcza gdy wystawisz na Facebooku zdjęcie najpierw obitej stopy, a potem prześwietlenia ze złamaniem.

- Wiem. Ale czasem się zastanawiam: co ja złego zrobiłam? Poświęciłam się temu cała, kariera mi się układa harmonijnie: Puchary Świata, medale z każdej imprezy poza MŚ w Sapporo. A czasem nawet ludzie, którzy znają się na sporcie, byli sportowcami i nieraz dostali po dupie, nie mają dla mnie żadnego zrozumienia. Adasiowi się zdarzały kryzysy, sezony bez trofeów, a zawsze był traktowany ze zrozumieniem. Brakuje mi zwykłego człowieczeństwa. Żeby mnie trochę uczłowieczyć, przestać traktować jak maszynę. Dlaczego muszę się tłumaczyć z szóstego miejsca na igrzyskach? Dlaczego nikt nie wziął pod uwagę, że w biegu łączonym miałam na klasyku właśnie taką taktykę, żeby się nie wychylać? Przecież jakbym tam atakowała, toby mnie trener potem zabił w tej naszej budzie. Dlaczego, dlaczego, dlaczego... Po jakimś czasie sobie mówię: a, mam to gdzieś. Ale pierwsza reakcja jest zawsze emocjonalna.

Sama napisałaś podziękowania dla rodziców, że cię wychowali na zołzę.

- Bo gdybym była miłym dzieciątkiem, tobym powiedziała: przepraszam, mam kontuzję, wracam do Polski. I lała łzy do kamer na lotnisku.

Wspomniałaś Adama: to nie tajemnica, że z obecną kadrą skoczków potrafiłabyś się zaprzyjaźnić dużo łatwiej niż z poprzednią.

- Z Kamilem Stochem mamy kontakt. Dzwonimy do siebie, gdy czegoś potrzebujemy, gratulujemy sobie. Nie żebyśmy byli przyjaciółmi, nie ma na to czasu. Ale lubimy się. Z innymi chłopakami również. Jest inaczej niż wtedy. Tam była jakaś bariera. Czym spowodowana? Nie zazdrością o wyniki, bo przecież oboje je mieliśmy. Myślę, że za bardzo byliśmy porównywani. Komuś trzeba było tej rywalizacji. Teraz żadnej rywalizacji z Kamilem nie czuję. Jesteśmy w jednej drużynie, jedno z drugiego zdejmuje presję. Czuję, że Kamil jest moim dobrem, a ja jestem dobrem Kamila. Poprzednio czułam się po drugiej stronie barykady. No i Adam wtedy nie był taki przystępny. Choć później, gdy zakończył karierę, mieliśmy okazję kilka razy naprawdę długo rozmawiać. I dziś mamy już zupełnie inne relacje.

Kiedyś mówiłaś, że jeśli będziesz jeszcze biegać po Soczi, to w klasyku, łyżwę sobie odpuścisz. Ta specjalizacja nie nastąpiła przypadkiem wcześniej, trochę przez operację kolana, trochę podświadomie?

- Myślę, że nastąpiła. Wystarczy spojrzeć na moją sylwetkę. Nóżki mam teraz znowu jak nastolatka, o połowę chudsze niż swego czasu. A łyżwiarki, pomijając wyjątki, jak Johaug czy Stormer Steira, od pasa w dół muszą mieć na czym jechać. Z czego się odbić, z czego się utrzymać. Na MŚ w Oslo trzy lata temu, po tej porażce na 10 klasykiem, powiedziałam sobie: mam w nosie uniwersalność. Chcę wygrywać w czymkolwiek. I już w następnym sezonie udało mi się znów wygrywać z Bjorgen. W klasyku. W następnych latach, z wyjątkiem Val di Fiemme oczywiście, też. W tym sezonie oddałam tylko jeden bieg klasykiem. Cóż, na wszystko jest w życiu czas. Był czas dochodzenia do uniwersalności, był czas uniwersalności, a teraz już na starość... Nie wymagam od siebie, żeby walczyć o finały sprintu łyżwą, miejsca dwudzieste czy trzydzieste w nim już nie robią na mnie wrażenia. Ja mam przywalić kiedy indziej, klasykiem.

Kiedyś powiedziałaś o Soczi: jak będzie tam dobrze, to przecież szkoda będzie zejść z nart. I co, biegasz dalej?

- Tak powiedziałam? Ale przecież ja często kłamię.

Więcej o: