Soczi 2014. Szturc: Oni zasługują, by stawiać im wysokie cele

Jest czwarte miejsce: najlepszy wynik drużyny w historii igrzysk. A jednak liczyliśmy na więcej. To na pewno rozczarowanie, przynajmniej jeśli spojrzeć na miny polskich skoczków - mówi Jan Szturc, były trener Adama Małysza i Piotra Żyły.
DARIUSZ WOŁOWSKI: Czwarte miejsce w konkursie drużynowym to chyba jednak zawód. Przynajmniej jeśli spojrzeć na miny polskich skoczków po konkursie.

JAN SZTURC: Na pewno rozczarowanie. Kosmiczne loty Kamila Stocha napędziły oczekiwania do granic. Przeliczaliśmy punkty zdobyte na normalnej i dużej skoczni, i za każdym razem wychodziło nam, że medal w drużynie powinien być. Ale jak widać co innego oczekiwania, przeliczenia, teorie, a co innego rzeczywistość. Jest czwarte miejsce: najlepszy wynik drużyny w historii igrzysk. A jednak liczyliśmy na więcej. Mieliśmy podstawy, ta grupa wywalczyła brąz na mistrzostwach świata w Val di Fiemme. Wtedy cała czwórka skakała równo. Teraz nie.

Stoch mówił, że tylko Jan Ziobro skakał na swoim poziomie. Tymczasem Japończycy latali jak nakręceni: wyjątkowo równo i dobrze.

- Gdyby Piotr Żyła poleciał w pierwszej serii 8 metrów dalej, medal byłby w zasięgu. To byłoby jakieś 14,4 pkt więcej, a Japończycy wyprzedzili nas o 13,1 pkt. Proste wyliczenia.

Pierwszy skok zepsuł.

- Bo go wyraźnie spóźnił. I tak go wyciągnął, ale 3-4 metry na odległości stracił. Maciek Kot też mógł dalej polecieć w drugiej serii, bo pierwszy skok miał naprawdę dobry. Jan Ziobro faktycznie skakał najlepiej, zrobił, co do niego należało. Spokojny, skoncentrowany, pewny siebie i swojego celu. Czyli zupełnie inaczej niż Piotrek w pierwszym skoku. Dopiero w drugim pozbył się napięcia i odleciał tak, jak umie.

Młody Ziobro był pewny siebie w debiucie na wielkiej imprezie, a przecież on nie ma medalu MŚ w Val di Fiemme. Tymczasem Żyła był przed rokiem numerem 2 w drużynie Łukasza Kruczka. I teraz nie wytrzymał napięcia?

- Trzeba spojrzeć na formę ich obu. Piotrek miał wahania od początku sezonu, jego dyspozycja była niestabilna już na Turnieju Czterech Skoczni. Potem też były wzloty i upadki, w Soczi trener nie wystawił go do konkursu na normalnej skoczni - wolał Dawida Kubackiego. Kiedy dał mu szansę na dużej, Piotrek nie wszedł do finałowej trzydziestki. Widać, że automatyzm w jego skokach nie działał jak trzeba, był rozregulowany. To nie buduje pewności siebie, raczej przeciwnie. Wczoraj bardzo chciał się zrehabilitować w drugiej serii. I udało mu się, to był jego najlepszy skok oddany w Soczi, biorąc pod uwagę starty, treningi i kwalifikacje.

Może trzeba było postawić wczoraj na Dawida Kubackiego?

- Może, nie unikniemy takich spekulacji. Ale trener decydował przed, a my rozmawiamy po. Myślę, że podjął decyzję najlepszą dla drużyny. W skokach nie wszystko da się przewidzieć i zaplanować, zwłaszcza w konkursie drużynowym. Popatrzmy na Słoweńców - przed igrzyskami wygrywali, skakali jak nakręceni, wydawali się pewniakami, na igrzyskach formę utrzymał tylko Peter Prevc. No ale zawód Słoweńców nie jest pocieszeniem. Patrzmy na siebie, stać nas było na ten medal, ale na brak szczęścia w Soczi i tak narzekać nie możemy. Kadra wraca z dwoma złotymi krążkami Kamila. Sukces jest ogromny, co nie znaczy, że nie marzyliśmy o podium drużyny. Trzeba jej stawiać najwyższe cele. Zasługuje na to. Wciąż jest jedną z najmłodszych w stawce.

Niemcy przerwali dziewięcioletnią hegemonię Austriaków. To dobrze dla skoków?

- Patrzyłem przede wszystkim na naszą drużynę, za nią ściskałem kciuki, inni to był dla mnie tylko temat poboczny. Ale wygrana Niemców to coś pozytywnego: nowa, młoda drużyna wspięła się na szczyt w wielkim stylu. Austriacy mają wzlot za sobą, choć może tylko chwilowo. Mimo wszystko w drużynie skakali znacznie lepiej niż indywidualnie. Najstarszą drużynę mają Japończycy, a Noriaki Kasai to fenomen. Jak widać, bariery są po to, żeby je łamać. Sympatyczna ta ich drużyna, można nawet powiedzieć, że jeśli z kimś musieliśmy przegrać ten brązowy medal, to lepiej, że z nimi.