Skoki narciarskie. Wielcy przegrani, wielcy wygrani

?Może być tylko lepiej? - powiedział Jan Szturc i niemal w tym samym momencie obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Po złocie Kamila Stocha na skoczni normalnej, w drugim konkursie igrzysk w Soczi nie mogło być przecież lepiej.
Niezwykła to konkurencja - skoki na nartach. Czterokrotny mistrz olimpijski Simon Ammann zawala konkursy w Soczi ze względu na brak butów. Przynajmniej tak twierdzi, choć wydawałoby się, że skoczek z jego pozycją może wszystko. Przecież po wielkich triumfach w Vancouver pozostał na skoczni tylko po to, by powtórzyć swój festiwal w Rosji. I co? Przyjechał bez butów, które miały zapewnić mu komfort w konkursach puentujących kilkanaście lat kariery?

Z pewnością niejeden psycholog byłby w kropce, próbując wyjaśnić przypadek Gregora Schlierenzauera. W wieku 24 lat zostawił daleko w tyle Mattiego Nykänena, wygrywając w Pucharze Świata 52 razy. W konkursie drużynowym musiał wczoraj zacisnąć zęby i szukać wsparcia u kolegów (a ponoć za nim nie przepadają), by z Soczi nie wyjechać z pustymi rękami. W Vancouver nie doskakiwał do Ammanna i Małysza, ale miał wtedy 20 lat i mnóstwo czasu, dwa brązy to było coś niezłego na początek. Dziś jego czas mija już zdecydowanie szybciej, a w najbardziej prestiżowych startach Austriak wciąż nie dolatuje do własnej wysokości.

Frapujący jest przypadek Thomasa Dietharta, który wystrzelił formą na Turnieju Czterech Skoczni. Wydawało się wtedy, że mamy w skokach wschodzącą gwiazdę, która może zdominować igrzyska w Soczi. Zapytałem nawet Kamila Stocha, czy chciałby skakać jak młody Austriak, a z natury niechętny wszelkim porównaniom Polak powiedział, że wolałby skakać jak Stoch, tylko w najwyższej formie. Już wiemy, że jego reakcja była w pełni uzasadniona.

Ani Ammann, ani Schlierenzauer, ani Diethart, ani Morgenstern, któremu przepowiadano, że po swoim sportowym "zmartwychwstaniu" odegra tę samą rolę w Soczi co Ammann w Salt Lake City. Szwajcar miał upadek w 2002 roku, po którym wrócił, by na igrzyskach przeskakiwać skocznie. Fiaskiem okazał się też drugi powrót Janne Ahonena, pięciokrotnego zwycięzcy TCS, zawodnika, który stawał na podium Pucharu Świata najczęściej ze wszystkich. Wśród tych wszystkich wielkich nazwisk jest jednak wyjątek.

Noriakiego Kasai pamiętam z igrzysk w Lillehammer. Miał wtedy zaledwie 21 lat, a utkwił mi w pamięci, bo Japończycy, którzy zdobyli pierwszy medal igrzysk w drużynie, powinni byli wziąć złoto. Tyle że ostatni z nich Masahiko Harada spadł ze skoczni, uzyskując 97,5 m, co byłoby zawstydzające nawet na obiekcie normalnym. Powstał niewybredny kawał, że Harada po polsku znaczy "klapa". Paradoksalnie wymyślili go dziennikarze z kraju, którego jedyny reprezentant (Wojciech Skupień) w obu konkursach lądował blisko 30. miejsca.

Wydawało się, że na tamtych igrzyskach trzy złota weźmie Jens Weissflog. Ten sam, który był idolem Małysza. W konkursie na normalnym obiekcie wygrał jednak Espen Bredesen, a przecież dwa lata wcześniej w Albertville został norweską wersją Eddiego "Orła", zajmując ostatnie miejsce w konkursie na dużej skoczni. W 24 miesiące przebył drogę na szczyt z dna śmieszności. Podobnie zrobił Harada, który w Nagano w 1998 roku trzy razy stawał na podium, zdobywając złoto, srebro, brąz i rehabilitując się w oczach kibiców. Kasai na swój następny moment chwały czekał dwie dekady, ale w tym nieludzko długim wyczekiwaniu na łączny wynik Stocha na dużej skoczni w Soczi ocierał się o złoto. Ktoś z polskich z kibiców zauważył nawet, że gdyby Kamil musiał przegrać, to najlepiej właśnie z weteranem z Japonii.

Ale nie przegrał. Stoch woli dużą skocznię od normalnej. Właśnie o tym mówił Szturc, pierwszy trener Małysza, prognozując przebieg drugiego konkursu w Soczi. Paradoksalnie ciężej było właśnie w nim. Każdy oglądający rywalizację na dużej skoczni mógł wczuć się w grę nerwów, która toczyła się na jego oczach. Można było wejść w skórę lidera Pucharu Świata, który na igrzyskach skacze jak nakręcony, wygrywa pierwsze złoto, w drugim konkursie prowadzi. I co? Trzeba być ze stali, by nie zadrżeć w chwili, gdy z pozoru nic się nie musi, a tak naprawdę musi się, i to bardziej niż kiedykolwiek. Stając na szczycie skoczni w drugiej serii, Stoch nie miał już wiele do wygrania, mógł tylko przegrać drugie złoto. Byłoby to strata, której w dyscyplinie tak kapryśnej i loteryjnej jak skoki być może nigdy nie dałoby się odrobić.