Soczi 2014. Długi lot Łukasza Kruczka

Spala się. Z uśmiechem, ale spala się w pracy. Do swoich ludzi wydzwania po nocach i o świcie. Z małego świata polskich skoków wycisnął, co się dało, każdy umysł, każdą parę rąk . Nie mówi: ja. Mówi: my. Lekceważony jako zawodnik. Dziś najlepszy trener na świecie
Najtrudniejsze są środy. Poniedziałek po powrocie z zawodów mija szybko, domowym rytmem życia. We wtorek nic się nie dzieje, można sporo rzeczy załatwić. W środę dalej trzeba załatwiać, ale głowa już jest w czwartku, dniu wyjazdu na zawody.

- Muszę dopilnować każdego szczegółu. Jakby ktoś to wszystko poukładał za mnie, to by było nudno. Umiem zająć się czymś innym niż sport. Naprawdę. Ale wystarczy SMS albo telefon od któregoś z chłopaków i od razu zaczynam nakręcać się na skoki. To jest ciągłe organizowanie, szukanie czegoś nowego. I dobrze. Lepiej, jak się szuka, niż jak się wszystko ma - mówi Łukasz Kruczek.

Jego żona Agata mówi, że jak Łukasz wraca do domu, to i tak dalej są skoki. On się broni, że już nie skoki. Jeśli coś tam dłubie w laptopie, to szuka najlepszego sprzętu, najlepszych połączeń lotniczych i tak dalej. Kiedyś w Kuusamo na początku sezonu wyliczył mi z pamięci wszystkie przesiadki kadry aż do Bożego Narodzenia. Tak jak strzela z pamięci przy pytaniach o technikę, że np. Adam Małysz w 2002 w Salt Lake City miał pozycję najazdową a la Piotr Żyła. Gdy go pytaliśmy po pierwszym złocie Kamila Stocha w Soczi o to, jak będzie na dużej skoczni, odpowiadał: "Nie wiem, teraz myślę o Pucharze Świata, właśnie układamy przesiadkę z Kuopio do Trondheim.

Gdy leciał z żoną na ostatni urlop, ponad rok temu, nie mógł spokojnie usiedzieć: dlaczego właściwie wybrali ofertę z biura podróży? Przecież nie wiadomo, czy to najlepszy lot, co będzie w hotelu na miejscu, jakie atrakcje. Gdy z kadrą leci nawet na drugi koniec świata, to jest spokojniejszy, bo wszystko przeszło przez jego ręce. Jak coś się zawali, będzie wiedział, z kim porozmawiać. A tutaj?

- On ma wszystko w głowie: co, gdzie, jak. Gdy tuż przed igrzyskami było u nas krucho ze śniegiem, z przygotowaniem skoczni, to dwa razy dziennie przyjeżdżał do mnie do Wisły ze swoich Buczkowic, żeby zrobić jeszcze to i tamto. Razem z nami pracował, żeby wszystko na skoczni wygładzić dla zawodników, bo bał się kontuzji. A wiem, jak mu trudno zostawić żonę i dzieci. I że choć tego nie pokazuje, bardzo wszystko przeżywa - mówi Andrzej Wąsowicz, wiceprezes PZN i jak mówi, prawie sąsiad Kruczka, bo z Wisły do Buczkowic jest tylko 20 kilometrów.

Poczucie, że gdzieś przynależę

Agata Kruczek nie była nigdy związana ze sportem. Znają się z Łukaszem jeszcze z podstawówki. - Ale tak na poważnie, to z liceum - mówił Łukasz. Dla niej się jedyny raz w życiu przeprowadził. Z jednej strony Buczkowic na drugą. Niecały kilometr. Z domu swoich rodziców do rodziców żony. - Jak wracam z podróży i mijam tablicę Buczkowice, to mam to miłe poczucie, że gdzieś przynależę - opowiada. Na rower, drugie po motoryzacji największe hobby, najchętniej wybiera się w góry koło domu. Oczywiście też z planem: przejechać łącznie 2,5 tysiąca kilometrów rocznie. Ale nie daje ostatnio rady, bo z wolnych godzin zrobiły się wolne półgodziny, a to ani się na rowerze rozgrzać, ani zmęczyć. Więc już woli na razie biegać.

Z Agatą mają trójkę dzieci. Michała i Kacpra, gimnazjalistów, i najmłodszą Anię. Jeśli ktoś ma jeszcze w rodzinie skakać na nartach, to tylko ona. Ma dziewięć lat, zjeżdża już spod progu, ale nie będą jej do niczego zmuszać. Synowie nawet się nie interesują sportem. - To już inna filozofia życia. Pokolenie gier komputerowych. Michał próbuje pisać, może w tym kierunku pójdzie - mówi Łukasz.

Jest z rocznika 1975, w jego pokoleniu dzieci w Buczkowicach jeszcze dorastały na nartach, tak się spędzało każdą wolną chwilę. Jego na skocznię zaprowadził tata Piotr Kruczek, były skoczek kadry w latach 70., gdy skakali z niej Wojciech Fortuna, pierwszy polski mistrz zimowych igrzysk, czy Janusz Waluś, olimpijczyk z Innsbrucku.

Piotr Kruczek po zakończeniu kariery nie został trenerem, ale sentyment nadal miał. Łukasz pamięta, że pierwszy konkurs, jaki oglądał, to był Puchar Beskidów w Szczyrku. Skakał Piotr Fijas. - Staliśmy tam w Szczyrku na starej Skalite, pod wieżą trenerską, tata zapytał: "Chcesz skakać?". Powiedziałem, że tak. Podeszliśmy wyżej do progu, do kolegów taty. Był między innymi Janusz Waluś. Tata mnie przedstawił, po tygodniu miałem już narty skokowe w domu.

Janusz Waluś był potem jednym z trenerów Łukasza. A Wojciech Fortuna, inny ze znajomych Piotra Kruczka z kadry, po latach zostanie najgłośniejszym krytykiem Łukasza trenera, często bijącym poniżej pasa (słynne: "Kruczek plus Hula równa się bula"). Ale Łukasz na te zaczepki nigdy nie chciał odpowiadać głośno. Tak samo jak tacie Klimka Murańki, który po tym, gdy syn nie dostał się do kadry olimpijskiej, powiedział, że Klimek jest Kruczkowi solą w oku. - Ja w ogóle nie wchodzę w dyskusje, póki grają emocje. Odpowiem, to i druga strona odpowie, media podkręcą i znowu piłeczka po mojej stronie, tylko mocniej. A jak nie odpowiem, to w dwa dni będzie po temacie. Nie tracę energii, nie ryzykuję, że kogoś skrzywdzę. Mam czas na coś innego.



Łukasz to jest kompozytor

Jest gadżeciarzem, na okrągło do czegoś podłączonym. Jak nie do krótkofalówki na skoczni, to do laptopa i stron z wiadomościami o skokach, do smartfona z WhatsAppem. Lubi rozmawiać, na SMS-y niemal zawsze odpisuje. Bez emocji. Skaczą ci i ci. Robimy to i to. Z Kamilem wszystko w porządku.

Gdy po upadku Kamila Stocha w Soczi urywały się telefony z Polski, a telewizje grzały żółtymi paskami, on przywitał nas na górze skoczni niewzruszony, z uśmiechem. Zresztą tak jak Kamil. Łukasz sprawia czasem na igrzyskach wrażenie, jakby miał wycięte nerwy. Ale żeby mieć ten spokój, potrzebuje jak kiedyś Adam Małysz mieć świadomość, że przepracował podczas przygotowań wszystko od A do Z. Mógłby pewnie nawet powtórzyć za Adamem: ja nie mogę opuścić żadnej literki, musi być od A do Z, bo mnie się nigdy w takich sytuacjach nie upiekło.

- Wie, czego chce i jak my to mamy zrobić. Telefony o północy to nie rzadkość. Czasem opieprzy, ale urazy nie chowa. Łukasz to jest kompozytor, napisał utwór na orkiestrę, wybrał muzyków, sam dyryguje i ma nie być fałszywych nut. Mnie się ta muzyka podoba, jak "Mazurka Dąbrowskiego" grają - mówi Zbigniew Klimowski. Dziś asystent Kruczka w kadrze, ale kiedyś trener kończącego karierę Łukasza w kadrze C. Prowadził go też na uniwersjadach, w których Łukasz miał największe sukcesy. Ale to zawody trzeciej ligi. W Pucharze Świata Kruczek tylko raz stał na podium, w 2001 r. w drużynowym konkursie w Ramsau, pamiętnym, bo polska drużyna nigdy wcześniej nie była w czołowej trójce.

- Łukasz jako skoczek nadrabiał pracowitością. Talentu mu po prostu nie starczało na więcej niż miejsce w dwudziestce PŚ, miał zbyt wolne mięśnie. Mięśnie kombinatora norweskiego, a nie skoczka. To wypadał z kadry, to do niej wracał. Sam go z reprezentacji wystawiałem dwa razy - wspomina Apoloniusz Tajner, kiedyś trener, dziś szef PZN.

- On zawsze był trochę z konieczności sam sobie sterem. Gdy był poza kadrą, wszystko musiał sam organizować, układać sobie plany. Już wtedy mu to nieźle szło - mówi Klimowski. On był nie tylko ostatnim trenerem Kruczka, ale też pierwszym Kamila Stocha. Jeszcze w klubie z Zębu założonym przez rodziców. Zna Kamila od dziecka.

Ale Łukasz też pracuje z Kamilem długo, blisko 11 lat. W 2003 r., kilkanaście godzin po zakończeniu kariery - pożegnał się z miejscem na podium w mistrzostwach Polski - odebrał telefon od Pawła Włodarczyka, ówczesnego prezesa PZN. - Zatrudniamy do kadry B Austriaka Heinza Kuttina, zostaniesz asystentem? - musiał się zdecydować szybko. Nie planował, że będzie trenerem. Jeszcze jako skoczek szukał sobie innego zajęcia, sprzedawał telefony komórkowe, kończył studia na katowickiej AWF, uczył się języków. Niemiecki zna najlepiej, po angielsku się porozumie, z rosyjskiego zdawał maturę, egzamin na studia i jak mówi, z każdym dniem w Soczi idzie mu coraz lepiej.

Długo się nie zastanawiał. Przyjął propozycję z PZN, został asystentem Kuttina. Przejęli razem grupę juniorów. Był tam Stoch.

Polski trójkąt skoków

Tak się to w jego karierze cały czas przeplata: poznani po drodze ludzie, którzy idą razem dalej. Klimowski, Stoch. Robert Mateja, były kolega Kruczka z kadry, który został trenerem młodych skoczków i okazało się, że ma do tego dryg. Piotr Fijas, wtedy na starej Skalite idol, dziś kolejny członek sztabu Łukasza, specjalista od techniki. - Sceptyk, który zawsze widzi głównie błędy. I bardzo dobrze, ktoś taki też jest potrzebny. U mnie Piotrek miał tę samą rolę - mówi Apoloniusz Tajner.

Polskie skoki to jest mały świat. Trójkąt Zakopane, Wisła i Szczyrk. Wielka Krokiew, Wisła-Malinka, Szczyrk-Skalite, dziś jedna z najnowocześniejszych i najtrudniejszych skoczni na świecie. Małe środowisko, ale i tak przez lata gubiły się tu talenty, głównie te trenerskie. Teraz związek wreszcie ma dość pieniędzy i stara się nie wypuścić ze skoków nikogo, kto ma ambicje, otwartą głowę, kończy studia. Łukasz ze swoim sztabem wprowadzają te kolejne osoby, tak powstał początek systemu szkolenia. - Już chyba nie ma co się bać powiedzieć tego głośno: jest polska szkoła skoków - mówi Andrzej Wąsowicz. - Chcemy mieć jak najwięcej rąk do pracy, żeby żaden nowy skoczek w kadrach narodowych nie został bez wsparcia. Ale to jeszcze nie jest gotowe, zostawione nie będzie żyło własnym życiem - mówi Kruczek. - W Austrii czy w Niemczech między reprezentacją a klubami są jeszcze ośrodki regionalnego szkolenia. Ale austriacki czy niemiecki świat skoków rozciągają się na kilkaset kilometrów. A u nas na półtorej, góra dwie godziny jazdy samochodem. Więc dajemy radę to wszystko koordynować z góry, korzystając z tego, że w związku są pieniądze. Bo kluby są biedne i nie można na nie zrzucać obciążeń. Kadra zasysa, co się da - mówi Łukasz.

Od kiedy poukładał to po swojemu, dobierając ludzi, którzy chcieli iść w tym samym kierunku co on, kadra wybiła się w górę, co rok skoczkowie zdobywają więcej punktów. Kamil Stoch jest mistrzem świata i olimpijskim, drużyna ma medal MŚ. Wojciech Fortuna stał się fanem Kruczka, kibice i komentatorzy już nie wzywają do dymisji, nie mówią o nielotach Kruczka, o marionetce Tajnera, tylko pytają, co ten trener ma takiego w sobie. Ale bywało naprawdę trudno. Już na samym początku pracy, u boku Kuttina, a to była tylko przygrywka.

Kuttin nie pisze

Przeszedł u Kuttina szkołę nowoczesnych technologii, kombinowania przy sprzęcie, ale szkołę życia też. U Austriaka było: ja rządzę, ty za mną. A często też: ja jestem od sukcesów, a ty będziesz od porażek. - A Łukasz ma swoje ambicje i na głowę sobie nie dał wejść - mówi Andrzej Wąsowicz. - Kuttin robił ciągłe podchody. Jak się gdzieś spotykaliśmy, moja kadra i jego, to się chował. Swoim skoczkom załatwiał najlepszy sprzęt, innym nie. Ferment siał. I Łukasz też początkowo próbował trochę grać na przechytrzenie. Ale jak stanął jako trener na obie nogi, nabrał pewności siebie, okazało się, że sprytem nie musi nadrabiać, bo jest fachowcem światowej klasy - mówi Apoloniusz Tajner. Z Kuttinem Kruczek przeszedł z kadry B do A, przejmując ją po Tajnerze. Ale wytrzymali tylko do 2006 roku, po przegranych igrzyskach w Turynie Kuttin jeszcze pod skocznią zrobił awanturę, oskarżając Łukasza, że jest nielojalny, jest uchem prezesa. - Bzdury. Po prostu Łukasz chciał iść inną drogą, zresztą słusznie, bo nerwus Kuttin tak przygotował Małysza siłowym treningiem, że ten skakał na igrzyskach z bolącymi mięśniami - mówi Tajner.

Łukasz niechętnie wraca do tamtych czasów. Z Kuttinem, dziś trenerem Thomasa Morgensterna, wpadają na siebie na skoczniach, rozmawiają. Ale wśród SMS-ów, które dostał trener mistrza olimpijskiego po zwycięstwie Stocha w Soczi, wiadomości od Austriaka nie było. Za to gratulacje od Hannu Lepistö przyszły jako jedne z pierwszych.

Lepistö, który objął kadrę po Kuttinie, był jego zupełnym przeciwieństwem. Aż zabawnie spokojny i powolny, z wielkimi trenerskimi sukcesami (prowadził m.in. Mattiego Nykänena), podczas gdy raptus Kuttin, mistrz świata jako skoczek, dopiero się trenerki uczył. Austriak wszystko zagarniał do siebie, Lepistö wszystkim się dzielił. Dzielił się również wtedy, gdy ledwie rok po zdobyciu z Małyszem mistrzostwa świata podziękowano mu za współpracę, Łukasz został samodzielnym trenerem i często dzwonił i pisał z prośbą o radę.

Adam tak skakać nie chce

Wtedy przyszedł pierwszy trudny moment: Małysz już podczas pierwszego Turnieju Czterech Skoczni z Kruczkiem załamany słabymi wynikami powiedział, że tak skakać dalej mu się nie chce, i poprosił o własny sztab z Lepistö jako szefem. Łukasz nie był z Adamem poróżniony, ale przyjaciółmi też nie byli. Nadawali jako skoczkowie na innych falach, Adam miał swoją paczkę, Łukasz swój świat.

- Przekonałem się, jak trudno trenować kolegę. Bo trudno ci patrzeć na niego inaczej niż dotychczas. Nie zastanawiasz się np., jak twój kolega się czuje podczas treningów, a to przecież ma ogromny wpływ. Wiele takich rzeczy ci umyka. W relacji z młodszymi skoczkami przykładam automatycznie inną miarę, jestem wyczulony na każdy szczegół - mówi Łukasz.

Dziś ten moment, gdy Adam odszedł do Lepistö, uważa za punkt zwrotny. Małysz pozostał dobrym duchem kadry, a Kruczek wreszcie mógł się w pełni poświęcić innym skoczkom. - Bo troszczenie się o Adama było już nie do pogodzenia z troszczeniem się o całą grupę - wspomina. Mógł zacząć budować wszystko po swojemu. W sezonie, w którym Adam zakończył karierę, zaczęły się zwycięstwa Kamila, a potem kolejnych skoczków. Co sezon kogoś nowego: rok temu Piotra Żyły, obecnej zimy Jana Ziobro i Krzysztofa Bieguna.

Był też ostry wiraż, piętnaście miesięcy temu w Kuusamo, gdy po fatalnym początku sezonu Kruczek zebrał kadrę w hotelowym pokoju i zasugerował, że jeśli to on jest problemem, odejdzie. Ale skoczkowie stanęli za nim murem. To był przełom, coś, co scaliło grupę. - Jemu to poparcie dodało skrzydeł - mówi Andrzej Wąsowicz. - Kupił sobie grupę pracą i tym, że umie słuchać. Stał się trenerem kompletnym, który ma już doświadczenie, a jeszcze ciągle dużo życiowej energii - dodaje Tajner.

Warto rozmawiać

Skoczkowie mu ufają, są z nim na ty, ale ma u nich posłuch. - Jego bronią jest mózg, to, jak go potrafi używać - mówi Kamil Stoch. - Łukasz dojrzał. Wiem, jak się z nim pracowało w pierwszych latach i jak się z nim pracuje teraz. Zmienił się, wyłącznie na korzyść. Kiedyś nie był otwarty na nasze pomysły, wolał swoje. A teraz jest rozmowa, wszystko dobrane indywidualnie - mówi Piotr Żyła.

- Słucha ludzi lepszych od siebie. Ma specjalistę od siły mięśniowej, biomechanika itd. Ma świetny kontakt z nami, sam chodzi po pokojach i zaprasza na rozmowy - mówi Maciej Kot. - Jest w grupie przyjaźń i równość, bo on nie faworyzuje zawodników, mimo że Kamil jest mistrzem olimpijskim i świata. Wtedy w Kuusamo staliśmy nad przepaścią: skaczemy albo się nawzajem ratujemy. Podjęliśmy dobrą decyzję. To było bardzo mocne przeżycie, ono teraz daje nam siłę. Czujemy odpowiedzialność za to, co się z tego wykluło - dodaje Kot. A Andrzej Wąsowicz wzdycha: - Udał nam się Łukasz. Już nam go chcą podkupić. Ale się nie damy, będzie zadowolony z nowych warunków.

Pierwszą propozycję miał już rok temu, od Finów. Odmówił, choć proponowali mu taką sumę w euro, jaką teraz dostaje w złotówkach. Ale wolał zostać z grupą, którą stworzył, mówi, że na razie o zagranicznych wyzwaniach nie chce rozmawiać, bo jeszcze ma z chłopakami dużo do zrobienia, a są w najlepszym momencie.

Wie, że ta sielanka się kiedyś skończy, ktoś się zbuntuje, ktoś zechce pójść swoją drogą. Ma tylko jedno marzenie: - Niech to się nie odbędzie za plecami. Chcę się tego dowiedzieć z rozmowy.