Soczi 2014. Kowalczyk się nie łamie

Magdalena Fularczyk przyjechała po medal na wózku inwalidzkim, Szymon Kołecki zdobył swój krążek na jednej nodze, więc i biegającej ze złamaną kością śródstopia Justynie Kowalczyk nie sposób odmówić szans na olimpijskie podium. Na igrzyskach w Soczi Polka powalczy o nie w czwartek w swym ulubionym biegu na 10 km stylem klasycznym ze startu interwałowego. Transmisja w TVP, relacja na żywo w Sport.pl od godz. 11.
Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS, na Androida i Windows Phone

Historia kariery Justyny Kowalczyk i biegów narciarskich. Przeczytaj książkę>>

Osiem lat temu właśnie w takim starcie Kowalczyk miała sprawić niespodziankę na igrzyskach w Turynie. Na podium, o którym marzyła, nie stanęła. Przegrała z presją. Przed biegiem nie była w stanie zjeść śniadania, na trasie straciła przytomność. Działacze z polskiej misji olimpijskiej nie chcieli jej dopuścić do ostatniego startu na tamtych igrzyskach, ale ona i trener uparli się, że zrobią to, co sobie zamierzyli. Kto wie, jak potoczyłaby się kariera 23-letniej wtedy dziewczyny, gdyby ustąpili. Duet, który od ośmiu lat dostarcza nam wielkich emocji, w biegu na 30 km stylem dowolnym zdobył w Turynie pierwszy medal wielkiej imprezy. Teraz w Soczi - mimo kontuzji zawodniczki - ten sam duet nie zrezygnuje z walki o piąty krążek olimpijski, a 12. licząc też zdobycze z mistrzostw świata.

Z bólem za pan brat

Polka ze złamaną piątą kością śródstopia wystartowała już w Soczi w biegu łączonym. Zajęła szóste miejsce, z wyniku i z samego biegu była zadowolona, a później - choć zapowiadała, że zrobi to dopiero po 13 lutego - zdecydowała się na badanie stopy. Rentgenowskie zdjęcie zamieniła w pocztówkę z "pozdrowieniami" dla krytyków.

Czy startem w swej koronnej konkurencji będzie chciała im udowodnić, że skreślili ją przedwcześnie? Raczej nie, bo etap udowadniania komukolwiek swej sportowej klasy już dawno pokonała. Teraz biega dla siebie, nam pozostaje patrzeć i podziwiać.

Tak, podziwiać, bo nawet ten, kto za nią nie przepada, musi przyznać, że Polka zawsze walczy i często wygrywa.

Czy wygrać - niekoniecznie dosłownie, bo wygraną będzie każdy medal - może i teraz? W przeddzień startu Kowalczyk spotkała się z dziennikarzami, by pokazać, że w to wierzy. I ma rację. Na pewno nie jest w komfortowej sytuacji, na pewno później zapłaci za walkę z Marit Bjoergen, Theresą Johaug i Charlotte Kallą, bo to po biegu ból da jej się we znaki. Ale - jak zauważyła Petra Majdić - zawodniczka tej klasy z bólem przyjaźni się od lat.

Na poprzednich igrzyskach Słowenka, biegając ze złamanymi żebrami, wywalczyła brązowy medal w sprincie. Po nim wycofała się z następnych konkurencji.

Według doktora Stanisława Szymanika, który w Soczi opiekuje się naszymi olimpijczykami, Kowalczyk może wystartować we wszystkich następnych biegach, a leczenie stopy odłożyć na później.

Oni potrafili

Czy tak zdecyduje? Jako królowa polskiego sportu pewnie nie będzie gorsza od tych, którzy na blokadach (zastrzykach przeciwbólowych) walczyli o swoje olimpijskie marzenia.

Półtora roku temu zachwycaliśmy się Magdaleną Fularczyk i Julią Michalską, które na igrzyskach w Londynie zdobyły olimpijski brąz w wioślarskiej dwójce podwójnej. Obie dzień przed finałem na nogi stawiał pracujący z siatkarzami fizjoterapeuta Aleksander Bielecki. Fularczyk miała tak duże problemy z plecami, że po medalowym wyścigu z łódki wyciągali ją wolontariusze, a na dekorację dotarła na wózku inwalidzkim.

Siatkarze zdrowiem mocno ryzykowali cztery lata wcześniej. - Tuż przed Pekinem wybiłem sobie lewy kciuk, a w olimpijskim turnieju go złamałem. To się stało w meczu z Serbią. Na blokadach zagrałem trzy mecze - mówi Mariusz Wlazły.

Siatkarz, któremu wielu zarzucało, że nie chce występować w reprezentacji, wtedy pokazał, jak bardzo zależy mu na grze w jej barwach o olimpijski krążek. Medalu nie udało się zdobyć, bo Polacy przegrali 2:3 ćwierćfinałowy horror z Włochami. Ale Wlazły grał świetnie. Zdobył 27 punktów, był najskuteczniejszy na parkiecie. Kilka dni wcześniej, w grupowym spotkaniu z Rosją, które Polska wygrała 3:2, wywalczył dla drużyny 23 punkty, znów będąc najbardziej eksploatowanym graczem na boisku.

W tym samym turnieju przez cały czas na blokadach grał Daniel Pliński. W 2007 roku pękła mu kość piszczelowa, ale nie zdecydował się na operację, bo nie chciał stracić igrzysk.

W Pekinie z wielkim bólem walczył też Szymon Kołecki. Srebro w podnoszeniu ciężarów wywalczył - jak sam wspomina - na jednej nodze. - Lewe kolano bardzo bolało, nie pozwoliło trenować. Do Pekinu pojechałem nieprzygotowany, na treningach uzyskiwałem wyniki o 30 kg gorsze od tego, który później dał mi medal - opowiada prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów.

Po tamtym starcie Kołecki na pomost nie wrócił już nigdy, jego kolano operowano wiele razy. - Sześć albo siedem, już sam nie wiem - mówi i od razu dodaje, że zdrowie stracił nie dlatego, że naraził je w Pekinie, tylko dlatego, że lekarze popełnili błąd przy artroskopii, która w teorii nie miała prawa się nie udać.

- Teraz nie mogę nawet robić przysiadów, ale prawda jest taka, że gdyby ktoś wyleczył moją nogę, to od jutra zacząłbym się przygotowywać do igrzysk w Rio i nie miałbym problemu z przyszykowaniem dobrej formy - mówi Kołecki.

Przykładów na to, że sport działa jak narkotyk, jest więcej. Piłkarz ręczny Bartłomiej Jaszka brązowy medal mistrzostw świata w 2009 roku zdobył, walcząc o niego ze złamaną ręką. O tym, że kość nie wytrzymała, dowiedział się po fakcie, ale przecież od razu czuł, że jest źle. Wiedzieli zresztą o tym wszyscy, a Jaszka wszystkim skupionym wokół ławki trenerskiej Bogdana Wenty powiedział, że nie zamierza się oszczędzać i po szybkiej interwencji lekarza walczył dalej.

Kowalczyk jeszcze kilka dni temu była w takiej samej sytuacji. Ona też nie wiedziała, ale czuła, że kontuzja to złamanie. A kiedy poznała wynik badania, podtrzymała wcześniejszą decyzję - startuje, walczy.

Zła czy dobra prognoza?

1 lutego w Toblach Polka nie wygrała biegu na 10 km "klasykiem" ze startu interwałowego pierwszy raz od trzech lat. W ostatniej przedolimpijskiej próbie była piąta, co wielu uznało za złą prognozę przed Soczi. Kto wie, czy samej Kowalczyk tamten start nie uspokoił. Biegła bez znieczulenia, bo sprawdzała, jak stopa zareaguje na obciążenie startowe. Poza tym źle dobrała narty i dopiero co wróciła z wysokogórskiego zgrupowania, na którym formę szykowała na 13, a nie 1 lutego.

Mimo to w Toblach do podium Polce zabrakło tylko czterech sekund. Oczywiście teraz medalu, tym bardziej złotego, Kowalczyk nie obiecuje. Ona doskonale wie, że odwilż, z którą walczą organizatorzy, utrudni pracę serwismenom, a jeśli ci nie spiszą się dobrze, o wynik na miarę oczekiwań będzie trudno. Poza tym przy złej pogodzie zwiększa się prawdopodobieństwo upadków. We wtorkowych sprintach, w których Kowalczyk nie startowała, na własnej skórze przekonała się o tym świetna technicznie Bjoergen.

Norweżka już na pewno nie zdobędzie w Soczi medalu w każdym ze swych sześciu startów, ale w czwartek na zwycięstwie będzie jej zależało szczególnie. Ona już na długo przed igrzyskami zapowiedziała, że najbardziej chciałaby zdobyć złoto tam, gdzie najmocniejsza jest Polka. A że Kowalczyk mimo problemów jest mocna - sama mówi, że cieszy się na ten start i jest przed nim spokojna - najpewniej odwieczne rywalki znów dadzą nam widowisko.