Olimpijska twierdza Soczi

Nad bezpieczeństwem igrzysk czuwają wojsko, policja, służby specjalne, bombowce, rakiety, drony i kamery. Ale tego, że może dojść do zamachu terrorystycznego, wykluczać nie należy.
Soczi jest położone w regionie bardzo niespokojnym. Adler, południowa granica miasta, w której znajduje się wioska olimpijska ze stadionem Fiszt i halami lodowymi, praktycznie graniczy z Abchazją. To między innymi o tę prowincję gruzińską, dziś uznawaną przez Moskwę za niezależne państwo, Rosja w 2008 r. toczyła wojnę z Gruzją. Czarnomorski kurort dzieli zaledwie 200 km od niespokojnych republik Kaukazu Północnego, gdzie stale wybuchają bomby, dochodzi do potyczek, porywani są ludzie.

Doku Umarow, który uważa się za przywódcę islamskiego podziemia na Kaukazie, jeszcze latem wezwał swych bojowników, by za główny cel postawili sobie teraz zerwanie "diabelskich igrzysk", które Rosjanie chcą przeprowadzić "na kościach licznych muzułmanów, naszych przodków".

Moskwa do tych ostrzeżeń nie przywiązywała specjalnej wagi. Do czasu, kiedy w ostatnich dniach grudnia 2013 r. doszło do dwóch samobójczych ataków w Wołgogradzie. Wybuchy bomb najpierw na dworcu kolejowym, a potem w miejskim trolejbusie zabiły 34 osoby.

Świat uznał, że kaukascy islamiści zaczynają realizować swoje krwawe przedolimpijskie obietnice. Już w styczniu kilka narodowych komitetów olimpijskich otrzymało ostrzeżenia, by na igrzyska w Soczi nie posyłały swych reprezentacji, bo będzie tam niebezpiecznie. Rosjanie zareagowali na to specyficznie. Aleksandr Żukow, szef Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego, poradził swym zagranicznym kolegom, by "nie zwracali uwagi" na te sygnały.

Władze podchodzą jednak do zagrożeń bardzo poważnie i w rejonie, gdzie będą igrzyska, koncentrują ogromne siły.

Przed bojownikami podziemia olimpiadę ma ochronić armia. W regionie od półtora roku stacjonuje i ćwiczy specjalnie stworzona na igrzyska Operacyjna Grupa "Soczi". Jej trzon tworzą dwie doświadczone i ostrzelane brygady specjalnego przeznaczenia Południowego Okręgu Wojskowego: 22., która brała udział w wojnie afgańskiej i jako główna rosyjska siła uderzeniowa przeszła obie czeczeńskie, oraz 10. Brygada też bardzo dobrze znająca Kaukaz. A granicę z Gruzją ma osłaniać 58. Armia, która sześć lat temu walczyła z Gruzinami.

Wojskowi działają na dalekich przedpolach Soczi. Stale kontrolują drogi, patrolują góry, urządzają zasadzki na terrorystów, którzy próbowaliby dotrzeć do miasta.

Do samego Soczi jeszcze wiele tygodni przed igrzyskami przerzucono z innych regionów Federacji ponad 40 tys. policjantów oraz 20 tys. ratowników ze zmilitaryzowanych oddziałów podporządkowanych ministerstwu spraw nadzwyczajnych.

Z powietrza nad spokojem sportowców i kibiców czuwać będą dyslokowane w pobliże Soczi myśliwce MiG-29 oraz samoloty bombowe. Opodal miasta dyżurują baterie rakiet przeciwlotniczych, w tym pocisków S-300 uznawanych powszechnie za najlepszą rosyjską broń do strącania wrogich samolotów.

Nad głowami zjeżdżających już na miejsce gości olimpiady stale krążą drony. Śledzące uczestników igrzysk samoloty bezzałogowe zamierzali zastosować organizatorzy letnich igrzysk w Londynie w 2012 r., ale nie udało im się uzyskać zgody władz na loty tych maszyn nad miastem.

FSB będzie też kontrolować Morze Czarne u nabrzeży Soczi i zakupiła sonary, dzięki którym w pobliże miasta nie przemkną się niezauważone łodzie podwodne i nurkowie dywersanci.

A przed ewentualnym atakiem z głębin Morza Czarnego chronią mieszkańców Soczi, sportowców i kibiców płetwonurkowie rosyjskich służb specjalnych.

Soczi i Krasnej Polanie, gdzie będą rozgrywane zawody narciarskie, stale przygląda się elektroniczne oko Wielkiego Brata.

Przed igrzyskami służby specjalne zainstalowały w tym rejonie 5,5 tys. kamer wideo. To, co zarejestrują, ma być potem przechowywane przez sześć miesięcy.

Wszyscy działający w Soczi operatorzy telefonii komórkowej i internetu zostali jeszcze kilka miesięcy przed igrzyskami zmuszeni do kupienia na własny koszt i zainstalowania czarnych skrzynek systemu SORM (stosowany przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa system środków technicznych do działań operacyjno-śledczych). Kto się próbował od tego uchylić, został ukarany.

Przed olimpiadą FSB udoskonaliła swój system perlustracji korespondencji elektronicznej, wzbogacając SORM o system "głębokiego" filtrowania korespondencji DPI (Deep Packet Inspection) pozwalający penetrować informacje i automatycznie wyławiać z nich to, co czekiści uznają za ważne.

W Rosji służby specjalne nie muszą informować operatorów, czyją korespondencję sąd pozwolił im przechwytywać. Czarne skrzynki są połączone zabezpieczonym kablem z siedzibami FSB, skąd funkcjonariusze sami uruchamiają podsłuch.

Jeszcze w lipcu Rostelecom, należący do państwa ogólnorosyjski operator telefonii komórkowej (ma około 100 mln abonentów), uruchomił w Soczi nowoczesną sieć pracującą zgodnie ze standardami 4G LTE. Kusi teraz klientów tanim i szybkim wi-fi.

Ale to właśnie do jego serwerów podłączone są czarne skrzynki SORM-u i pozwalające na "głęboką penetrację" przysyłanej korespondencji urządzenia DPI.

Zagraniczni goście nie powinni liczyć na to, że perlustracji tego, co wysyłają i otrzymują, zapobiegną nowoczesne metody szyfrowania tych informacji stosowane przez zachodnich operatorów. Jak twierdzi brytyjska gazeta "The Telegraph", Departament Stanu USA radzi Amerykanom, którzy wybierają się do Soczi, by swoje iPhone'y, iPady i notebooki zostawiali w domu.

Choć w Soczi przeprowadzono pełną mobilizację służb, władze USA doradzają swoim obywatelom, by wybierając się na igrzyska, byli czujni i ostrożni. Domagają się na przykład, by wykupili polisy gwarantujące, że w razie niebezpieczeństwa zostaną wywiezieni z terytorium Rosji. Waszyngton na wszelki wypadek opracował plan ewakuacji Amerykanów z Soczi.

Choć w miejscu, gdzie dziś rozpocznie się olimpiada, jak śpiewa Wojciech Młynarski, "na jednego mieszkańca jeden szeryf przypada", te obawy nie są bezpodstawne.

Służbom rosyjskim brakuje bowiem tego, co do zapobiegania atakom terrorystycznym najważniejsze - operacyjnej informacji o tym, co się dzieje w islamskim podziemiu na Kaukazie i co zamyślają jego przywódcy.

Po samobójczym zamachu na dworcu w Wołgogradzie 29 grudnia rosyjskie służby, choć miały ciało zamachowca, nie tylko długo nie potrafiły powiedzieć, kto wysadził się w powietrze, ale nawet wymyślały kłamliwe wersje wypadków.

Najpierw ogłosiły, że sprawcą tragedii była kobieta. Mowa była też o tym, że terrorystkę zatrzymał dzielny policjant, która za cenę swego życia ocalił "kilkadziesiąt istnień ludzkich", bo nie wpuścił samobójczyni do hali dworcowej. "Bohatera" odznaczono i pochowano z honorami wojskowymi.

Według kolejnej wersji zamachowcem był mężczyzna, rodowity Rosjanin, który przeszedł na islam i przystał do bojowników kaukaskich.

Kiedy trzy tygodnie później odpowiedzialność za zamach na dworcu i wybuch w trolejbusie w Wołgogradzie wzięła na siebie grupa Ansar as-Sunna, ludzie ze służb poinformowali, że ona działa w Iraku, chociaż, jak się szybko wyjaśniło, chodzi o silną organizację terrorystyczną z rosyjskiego Dagestanu.

Ta historia dowodzi, że szefowie rosyjskich służb specjalnych niewiele wiedzą o swym przeciwniku, a swoje potknięcia próbują tuszować, mydląc oczy opinii publicznej.

- Nasze służby nie mają informatorów na Kaukazie ani agentów w tamtejszym podziemiu, nie mogą więc przewidzieć i co tam jest planowane, gdzie może nastąpić kolejny atak. A to daje powody do niepokoju - powiedział "Gazecie Wyborczej" Andriej Sołdatow, jeden z najlepszych rosyjskich ekspertów od służb specjalnych.