Soczi 2014. Elektryk jeszcze prijdiot

Kiedy jechaliśmy o 21 autobusem z lotniska w Soczi do Gorki, 400-tysięczne miasto wyglądało na całkowicie wymarłe, choć otwarcie igrzysk już za dwa dni - w piątek.
Wacław Radziwinowicz o zimowych igrzyskach olimpijskich w Soczi i paradoksach współczesnej Rosji. PRZECZYTAJ >>

Jechaliśmy główną drogą i jedynymi ludźmi na ulicach byli mundurowi, stojący przy małych i dużych skrzyżowaniach czy wjazdach z bocznych uliczek i zaułków. W pewnym momencie autobusy zjeżdżają z drogi wzdłuż Morza Czarnego w kierunku gór. Tu zaczyna się osławiona droga w dolinie rzeki Mzymty do Krasnej Polany, Esto-Sadoku i Gorki.

Stop! Jest szlaban. Dalej nikt nie pojedzie oprócz olimpijczyków, mediów, żołnierzy, ochroniarzy.

Od tego momentu ciągnie się szeroka szosa, na której nie ma żywego ducha. Są za to pachnące świeżym betonem estakady, tunele, do których bez problemu wjedzie wyrzutnia międzykontynentalnych rakiet balistycznych i jeszcze zostanie sporo miejsca pod dachem. Obok ciągnie się tor kolejki Jaskółka, filary zawieszonej konstrukcji wbite są częściowo w koryto rzeki, co chwila pociągi chowają się w tunelach, ścigają się na mostach i estakadach. W środku wagonów niemal pusto, ludzi mało, założyłbym się, że głównie z obsługi.

Wokół masy betonu, stali i drutu kolczastego. Gdyby wysłannik z Marsa albo jakiś olimpijski bóg zobaczył, co człowiek zrobił, aby garstka olimpijczyków mogła pościgać się na saneczkach, pobiegać na nartach, złapałby się za bolącą głowę.

Pokoje w hotelu bez prądu

Dojechaliśmy do Gorki, ale hotel okazał się wysoko w górach, trzeba było piąć się w górę gondolą. Wszędzie pracowali ludzie, a było już dobrze po 23. Już dochodziły do nas wieści - nie ma gdzie mieszkać, bo nie wszystkie hotele są już zbudowane. Nasz stał jak byk - monumentalny i luksusowy jak cztery gwiazdki w Hurgadzie - ale pokój bez prądu.

Turecki majster i tadżycki robotnik spotkani z planami instalacji na korytarzu będą interweniować. - Elektryk prijdjot - mówi umorusany gipsem Tadżyk. - Dobra, bolszoje, spasibo - mówimy do nich, ale Turek nie odpowiada, nie mówi po rosyjsku.

Zjeżdżamy na dół do recepcji, po drodze winda się zatrzymuje na trzecim piętrze, wchodzą robotnicy z wiadrami, widzimy przez drzwi windy, że na piętrze chaos, coś tynkują, jakieś drabiny. Drzwi się zamykają, jedziemy w dół. Nagle winda się zatrzymuje, światło w niej gaśnie. Hm. Po dłuższej chwili zaskoczenia, dezorientacji i zagubienia drzwi się jednak otwierają.

W recepcji mówimy: - W pokoju brak prądu, a soczewki w oczach trzeba wymienić, po ciemku się nie da, nie wspominając o ładowaniu komputerów, telefonów. - Będzie światło, sława Bogu, pan się nie martwi, elektryk prijdiot - mówi miła dziewczyna. - Zaraz kogoś wyślemy! Ale już jest 1 w nocy, a w ogóle wtrąca się jakiś zdyszany i wnerwiony Kanadyjczyk w rozchełstanym stroju, żeby natychmiast przerwać to borowanie w ścianach.

Ale rano... Przez okno widać góry Kaukazu, lasy.