Soczi 2014. Niecierpliwa Therese Johaug

Jeśli chodzi o zarabianie na biegówkach, uciekła wszystkim rywalkom. Ale na trasach często doganiały ją nerwy. W Soczi będzie musiała pokazać, że umie wygrywać nie tylko z zaskoczenia


Czeka na tytuł królowej nart jak książę Karol na brytyjski tron. Od dawna wiadomo, że jest następna w kolejce, ale ani Justyna Kowalczyk się nie spieszy z abdykacją w stylu klasycznym, ani Marit Bjoergen w dowolnym. Więc Therese, o kilka lat młodsza od nich i mniej wszechstronna, czeka. Czeka, od czasu do czasu wyskakuje z cienia po jakieś zwycięstwo, i zarabia. Coraz więcej, już niemal tyle, ile Justyna i Marit razem wzięte, nawet do 15 milionów koron rocznie (równowartość 7,5 mln zł). Firmuje swoim nazwiskiem linię sprzętu sportowego, przede wszystkim rękawiczki, których w tym roku tylko przed Bożym Narodzeniem sprzedano w Norwegii ponad 120 tysięcy par. Reklamuje aż 12 firm, w tym BMW, Colgate, okulary Oakley, dom mody Eger, austriackie linie Mapjet, oferujące prywatne czartery, i zegarki Tag Heuer. Miała je niedawno promować w Paryżu, podczas otwarcia nowego sklepu, razem z Leonardo di Caprio. Odmówiła, musiała trenować, igrzyska są ważniejsze.

Do Bjoergen po cytat, do Johaug po uśmiech

Jest w narciarstwie klasycznym tylko jedna postać cenniejsza dla sponsorów, Petter Northug. Ale Northug, wielka gęba, dzieli kibiców, a Johaug łączy. Wyskoczyła na główną scenę w mistrzostwach świata w Oslo trzy lata temu, wygrywając wyścig na 30 km na Holmenkollen po pięknej samotnej ucieczce, a potem rzucając się w objęcia króla Haralda. Od tego czasu jest księżniczką Therese, zapraszaną do najpopularniejszych talk-show, do sesji w kobiecych magazynach, podpisywania kontraktów sponsorskich. Bjoergen jest reklamową gwiazdą od zdrowego stylu życia, Johaug od sportu w wersji glamour. - Do Bjoergen idziesz po ciekawy cytat, do Johaug po uśmiech. Marit jest dojrzalsza, bardziej refleksyjna, już jej nie zależy na tym, żeby być w mediach, coraz częściej opowiada o tym, że już pora na dzieci. Therese jest bardzo miła we współpracy, chętnie mówi, ale zwykle rzeczy bardzo uprzejme i bardzo przewidywalne - mówi Mette Bugge, dziennikarka "Aftenposten".

Nieobecni nie mają racji

Jeśli jest coś w mediach o Northugu, to znaczy, że jest o jakimś sporze: ze Szwedami, z federacją. Jeśli o Bjoergen, to o zwycięstwach i porażkach (mówiąc najkrócej - o miażdżeniu rywalek i byciu miażdżoną). Jeśli jest o Johaug, to albo o tym, że znów ją pokochał jakiś wielki sponsor, albo że znów kogoś pokonała w rankingu popularności i sympatii, albo o panowaniu na trasach, które jest tuż-tuż. Miało nadejść rok temu, ale się spóźniło, nie udało się też na początku obecnego sezonu, choć miała być w kosmicznej formie. Dogoniła oczekiwania dopiero w Tour de Ski, wygrała go jako pierwsza Norweżka, została pierwszy raz w karierze liderką Pucharu Świata. Zrobiła to pod nieobecność Kowalczyk, po wycofaniu się Bjoergen, po bardziej zaciętej, niż się można było spodziewać, walce z Astrid Jacobsen i bez wielkiego błysku. Ale, jak mówiła Justyna, nieobecni nie mają racji. Therese wspięła się na Alpe Cermis pierwsza, potem jeszcze pokonała Bjoergen z ponadminutową przewagą w biegu na 10 km klasykiem w mistrzostwach Norwegii, prezentując przy okazji cały strój z najnowszej kolekcji firmowanej swoim nazwiskiem (gdy startuje w międzynarodowych zawodach, ma tylko rękawiczki firmy Johaug, bo reszta stroju musi być od Swix, z którym umowę ma federacja) i na trwające właśnie wysokogórskie zgrupowanie Norwegów w Seiser Alm odjechała jako najgorętsze nazwisko w kadrze.

Mniej, ale lepiej

Jeśli wierzyć w to wszystko, co się o niej mówi i pisze, to będą jej igrzyska. O Marit Bjoergen w sezonie olimpijskim jest w norweskich mediach zadziwiająco mało. Za to Therese wszędzie pełno. Jedna z gazet duży reportaż o wspierającym Johaug sztabie zatytułowała niedawno: "To oni sprawią, że Therese będzie złota". Czasem wygląda to tak, jakby się Johaug umówiła z resztą koleżanek z reprezentacji, że ściągnie na siebie całą uwagę, tak żeby one miały spokój. Ale to niemożliwe, bo jest raczej znana z tego, że źle znosi presję. Na trasie nie potrafi czekać, zresztą ma z największych postaci kobiecych biegów najsłabszy finisz, więc czekanie i tak nie miałoby sensu. Tak naprawdę dotychczas sprawdzała tylko jedną taktykę: cała naprzód, wóz albo przewóz. Albo się naje, jak mówią biegacze o tych, którzy płacą za podyktowanie zbyt mocnego tempa, albo przetrzyma kryzys i ucieknie wszystkim. Tak uciekła na Holmenkollen, tak po wariackim biegu zdobyła złoto na 10 km dowolnym w ubiegłorocznych mistrzostwach świata w Val di Fiemme. Była w nich nieoczekiwanie drugą po Bjoergen największą gwiazdą wśród kobiet, zdobyła złoto, srebro i brąz indywidualnie, do tego złoto w sztafecie.

Od dawna daje do zrozumienia, że w Soczi poluje przede wszystkim na złoto na 30 km. Trasy są mordercze, a dla niej im trudniej, tym lepiej. Zmieniła ostatnio treningi, jak Justyna Kowalczyk, zmniejszając liczbę roboczogodzin do 900 rocznie, a stawiając na jakość. I na trening siłowy, z myślą o lepszych wynikach w sprincie, ale tu akurat wielkich efektów nie widać. Nie licząc corocznych szturmów na Alpe Cermis, Therese zwykle jest najmocniejsza nie wtedy, kiedy się wszyscy spodziewają. Pytanie, co to będzie oznaczać w Soczi. Już w sobotę ostatnia przed igrzyskami próba sił, w najlepszej obsadzie, i w olimpijskiej konkurencji: bieg na 10 km klasykiem w Toblach.

Kalendarz biegów narciarskich