Sport.pl

Soczi 2014. Kot: Zakopane daje power

- Przykro nam było ze względu na Klimka. Najbardziej trenerowi. Po ogłoszeniu nazwisk zapadła cisza. Klimek wyglądał na załamanego - mówi w wywiadzie dla Sport.pl jeden ze skoczków, którym udało się zdobyć kwalifikację na igrzyska olimpijskie - Maciej Kot


Niedzielny konkurs w Zakopanem wygrał Norweg Anders Bardal, Maciej Kot zajął 10. miejsce, najlepsze z Polaków. Zawody były loterią, bo pod Tatrami mocno wiało, padał deszcz, a śnieg na skoczni i zeskoku topił się. Organizatorzy wielokrotnie przerywali zawody, ale ich nie odwołali, bo pod Wielką Krokwią czekało 23 tys. kibiców. Ostatecznie rozegrano jedną serię. Po zawodach trener Łukasz Kruczek ogłosił, że na igrzyska do Soczi jadą Kamil Stoch, Piotr Żyła, Jan Ziobro, Maciej Kot i Dawid Kubacki. W domu zostaje Klemens Murańka.

Czy przeprowadzenie indywidualnego konkursu na Wielkiej Krokwi miało w ogóle sens?

- Sportowo? Niezbyt wielki. Ale nikomu z nas w głowie się nie mieściło, żeby popsuć zabawę takim kibicom. Dla nich skakać warto było w każdych warunkach.

Co pan pomyślał, gdy Diethart i Wellinger po protestach ich trenerów powtarzali skoki?

- Wiem, że wielu ludzi odebrało to jak faworyzowanie Niemców i Austriaków, którzy rządzą skokami. Ja uważam, że były powody, by dać im drugą szansę. Tory na rozbiegu się rozpuściły i nie nadawały do skakania. Konkurs zmienił się w loterię, ja wyciągnąłem niezły los, więc nie mam powodów się żalić. Oczywiście wszyscy wolelibyśmy skakać w warunkach normalnych. Siła wyższa do tego nie dopuściła. Jeszcze bardziej niż nas, żal mi kibiców stojących w deszczu i wietrze wiele godzin, patrzących cierpliwie, jak konkurs wciąż jest przerywany, a zawodnicy zamiast błyszczeć klasą, zmagają się z pogodą.

Emocje na skoczni się nie skończyły. Zaraz po konkursie Łukasz Kruczek ogłaszał kadrę na Soczi. Pan był pewny swojego miejsca?

- Mniej więcej. Wszyscy czuliśmy, że Kamil Stoch bezdyskusyjnie, a Jasiek Ziobro, Piotrek Żyła i ja raczej w tej kadrze będziemy. Jednak poczułem ulgę, gdy moje nazwisko padło. Co innego domyślać się, co innego wiedzieć. Kwestia sporna dotyczyła Dawida Kubackiego i Klemensa Murańki. Wiadomo, że były argumenty za jednym i drugim. Klimek skakał lepiej na początku sezonu, ale ostatnio jego forma jakby przygasała, a Dawida zaczęła rosnąć. W sumie jednak zdecydowało doświadczenie, które Dawid zdobył na mistrzostwach świata w Val di Fiemme. Przykro nam było ze względu na Klimka. Najbardziej trenerowi. Musiał podjąć decyzję, która była porażką dla jednego z nas. Po ogłoszeniu nazwisk zapadła cisza. Klimek wyglądał na załamanego. Nikt nie miał pytań, trener poprosił go, żeby szczerze powiedział, co o tym sądzi. Klimek stwierdził tylko, że nie ma nic do powiedzenia, bo cokolwiek by powiedział i tak niczego już to nie zmieni.

Co dalej?

- Humory poprawili nam kibice pod COS-em. Ludzie stali do godziny 23, czekali na autografy, zdjęcia, chwilę rozmowy. Nas to bardzo dowartościowuje. Konkurs w Zakopanem to okazja, żeby spotkać się z naszymi kibicami. Kiedy startujemy, gdzieś w Austrii, Niemczech czy Skandynawii, czujemy ich wsparcie. Wiemy, że w każdą sobotę czy niedzielę siadają przed telewizorami, by ściskać za nas kciuki i podmuchać pod narty. To nie puste słowa: naprawdę czyni nas to mocniejszymi, dodaje motywacji. W Zakopanem mamy okazję podziękować za wsparcie.

Co takiego jest w Zakopanem? Jak by pan wyjaśnił ten fenomen?

- Niemcy i Austriacy mają Turniej Czterech Skoczni. Tłumy kibiców przychodzą na konkursy w Oslo, na loty w Kulm, ale nawet na TCS nie ma takiej atmosfery jak w Zakopanem. W Oberstdorfie, czy Ga-Pa przyjdzie Niemiec na skocznię, je kiełbasę i patrzy. A w Zakopanem jest życie, atmosfera, trąby w uszach grają mi jeszcze kilka dni po konkursie.

Chodzicie do miasta czy chowacie się w hotelu?

- Oczywiście, że chodzimy. Trzeba się naładować energią na cały rok. Zwykle Krupówki pulsują w tym samym rytmie, co Wielka Krokiew podczas konkursu. W tym roku po konkursie indywidualnym było pusto. Deszcz popsuł wszystko. Już tęsknię za konkursem w Zakopanem. Trochę tylko mi smutno, że to jeszcze 364 dni.

Przed wami igrzyska w Soczi. Czy nie obawiacie się, że Simon Ammann znów coś "kombinuje"?

- Oczywiście, że "kombinuje". Do Zakopanego nie przyjechał, trenuje gdzieś sam, nie wiadomo, czy poleci do Japonii. Jeśli ktoś jest specem od igrzysk, to właśnie on. Wygrywał złoto cztery razy, wie, jak to robić, doświadczeniem bije nas na głowę. On już nic nie musi, wszystko ma, co daje mu luksus spokojnego startu. A wtedy skacze się właśnie najlepiej. Na dodatek od początku tego sezonu jest w znakomitej formie. Walczył o zwycięstwo w TCS, jest wysoko w Pucharze Świata. W Soczi będzie jednym z faworytów.

Lepiej przegrać z Ammannem czy na przykład z Schlierenzauerem?

- Najlepiej w ogóle nie przegrywać. Ale jeśli już, to oczywiście trochę łatwiej zaakceptować porażkę z wielkim mistrzem. Kiedy niedawno na Kulm skakał Noriaki Kasai, staliśmy przed monitorem z wynikami wszyscy: Słoweńcy, Austriacy, Polacy, Czesi i Finowie, życząc mu zwycięstwa. To przeuroczy człowiek, fantastyczny kolega, jego zwycięstwo było frajdą dla nas. Ale zazwyczaj każdy martwi się o siebie. My bardziej lubimy się z Czechami, Słoweńcami czy Niemcami, z innymi mniej. Są tacy, którzy nie przepadają za Schlierenzauerem, bo uważają, że zbytnio gwiazdorzy, innym to nie przeszkadza.

Uchodzi pan za zawodnika, którego tłumią wielkie aspiracje. Czy praca z psychologiem nie mogłaby pomóc?

- Pracowałem z psychologiem w kadrze sześć lat, ten sezon jest pierwszy, gdy go z nami nie ma. Od dwóch lat przygotował nas jednak do samodzielności. Trener uznał, że do niej dorośliśmy. Ze mną jest tak: niecierpliwi mnie, gdy słyszę, że dobrze skaczę, kiedy jestem 17. Trener jest zadowolony z techniki skoku, a ja chciałbym coś zmienić, żeby chociaż do czołowej dziesiątki wskoczyć. No więc zmieniam, kombinuję i zwykle bywa jeszcze gorzej. Skoki wymagają cierpliwości.



Więcej o: