Sport.pl

Skoki narciarskie. Masz tu, Sven, miskę śnieżek

- Za pierwszym razem na skocznię w Zakopanem weszło 10 tys. ludzi bez biletów - z samego rana, jeszcze przed porządkowymi. Za Chiny 80 porządkowych nie wyprowadzi 10 tys., więc zostali - wspomina Apoloniusz Tajner. W sobotę w Zakopanem konkurs drużynowy. Początek o 17:30. Relacja Z Czuba i na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl Live.
Dariusz Wołowski, Radosław Leniarski: Pamięta pan jeszcze swój zjazd po zeskoku Wielkiej Krokwi po triumfie Małysza w Zakopanem w 2002 r.?

Apoloniusz Tajner: Byłem w szoku. Chciałem skoczyć z samej góry, ale jakimś cudem się powstrzymałem. Ale potem już nie mogłem, coś musiałem ze sobą zrobić z euforii, rzuciłem się na plecy i się sturlałem. Porządkowy do mnie podleciał, poznał mnie, ale próbował zatrzymać. "Daj pan spokój, to do widowiska należy" - krzyknąłem do niego, nie wiem, czy zrozumiał, ale mnie puścił.

Od tego czasu trochę się w Zakopanem zmieniło... Tu była ruina. Konkursu w 2001 r. nie było, bo skocznia nie miała homologacji FIS.

Rok później w Harrachowie nasi kibice obrzucili śnieżkami Svena Hannawalda. On cieszył się w sposób wkurzający, jakby miał w nosie resztę zawodników. Sven mówił, że nasi kibice piją, a przecież tam też pili i piją, i to jak. Tam można pić na trybunach, u nas nie, zabronione. Rzucano w niego też w Zakopanem w 2002 r., ale rok później patrzę, a przy furtce przy wyciągu na Wielką Krokiew czają się kibice ze słomianą misą i wielkimi kulami śnieżnymi. "Czego chcecie?" - pytam. "Chcieliśmy Hannawalda przeprosić". Ochrona ich wpuściła, zawołałem Svena, a oni mówią: "Masz tu, Sven, misę śnieżek, możesz w nas teraz rzucać, ile chcesz, w ramach przeprosin za tamto". Strasznie się uśmiał. Przyjechał z czterema ochroniarzami w czarnych płaszczach, którzy mieli u pasa pistolety maszynowe. Prosili nas nawet o to, aby Svenowi na krzesełko na górę zawsze towarzyszył Adam, bo bali się, że ktoś jakimś granatem rzuci czy co.

Gdy zbliżały się zawody w Zakopanem, myśleliście: "Fantastycznie, wreszcie!" czy "Ratuj się, kto może!"?

Baliśmy się trochę.

Za pierwszym razem na teren skoczni weszło 10 tys. ludzi bez biletów - z samego rana, jeszcze przed porządkowymi. Za Chiny 80 porządkowych nie wyprowadzi 10 tysięcy, więc zostali. Wokół wtedy nie było siatek. Na skoczni i w okolicach było z 80-100 tys. kibiców. Wszyscy potem szli do pana Stocha na Krupówki, tam mieli otwarte non stop, więc ludzie przesiadywali tam, bo nie mieli gdzie spać. Stoch nie zamykał, dowoził tylko towar, wkładał pieniądze do worków, takich 25-kilowych na ziemniaki. Plombował i odkładał. Po trzech dniach zebrał siedem worków pieniędzy i przez następne dwa dni liczył.

Ale jeszcze lepiej było na skoczni. Każdy chciał pogadać w szatni z Małyszem, weszło ze 150 ziomków. Z wózkami, dziećmi, nie było gdzie tych dzieci rozebrać, one wrzeszczą, każdy chciał pogadać. Pierwszego dnia podziała mi się gdzieś krótkofalówka, nie miałem kontaktu z grupą, po prostu koszmar. Drugiego postanowiliśmy, że wstęp do szatni będzie tylko dla zawodników i trenerów. Nie było wtedy ochroniarzy - na straży stanęli profesorzy Jerzy Żołądź i Jan Blecharz. Nikogo nie wpuszczali, nawet Izy Małysz i potem była przez to na nich mocno obrażona. Małysz miał pierwszego dnia wygrać, był siódmy. Ale wygrał następnego dnia.

Teraz na skoczni jest inaczej. Ludzie na trybunach są, ale emocji mniej.

- Małysz wziął się trochę za wychowanie. Wtedy mówił, że takiej hucpy - jak rzucanie śnieżkami w Hannawalda - nie chce, że to są skoki, a nie wojna polsko-niemiecka. Na zgrupowanie jeździliśmy tak, aby dwie kadry - polska i niemiecka - spotkały się na treningach. Pokazywali się razem, gazety publikowały zdjęcia. Włączyli się dyplomaci. W Trondheim polski ambasador w Norwegii przyszedł do nas, poprosił Hannawalda o spotkanie i wręczył mu paczkę pączków od Bliklego, prosto z Warszawy, ze słowami: "Przypominają śnieżki kształtem, ale można je zjeść".

Teraz w Polsce skoki są zupełnie inne. Takie rzeczy mogą się zdarzać w nowych miejscach. Zresztą, co kraj to obyczaj. Nawet teraz, jak jest konkurs w Kazachstanie, skocznię otacza wojsko. A kibice są w mundurach.

Więcej o: