Sport.pl

Tour de Ski. Nałóg Alpe Cermis

W niedzielę o 10 Justyna Kowalczyk wspina się na Alpe Cermis, najstraszniejszą górę w Pucharze Świata. Tym razem biegnie treningowo. A my za nią - pisze Paweł Wilkowicz.
Dla niej ten alpejski stok to miejsce największych pucharowych triumfów. Końcowy rytuał Tour de Ski, wyścigu, który wygrywała w czterech ostatnich podejściach. Dwa lata temu na tym stoku, w miejscu gdzie się zmienia rytm wspinaczki, bo trasa zaczyna biec zakosami, zgubiła słabnącą Marit Bjoergen. Rok temu przybiegła blisko pół minuty przed Therese Johaug. I opowiadała za metą, jak przezwyciężała poranny strach przed końcową wspinaczką. Mimo że miała przed tym etapem ponad dwie minuty przewagi nad Johaug. Ale boi się zawsze. Nie rywalek, tylko góry. Rok wcześniej przed finałowym pojedynkiem z Bjoergen wstała już o godz. 5 i zaczęła śpiewać. A trener mówi: - Jak ona śpiewa, to znaczy że się boi.



To jest bardzo dziwny bieg. Pod górę slalomowego stoku, wzdłuż szpaleru widzów. Obok dymiących garkuchni, bo przy trasie trwa Tour del Gusto z przysmakami Trentino, regionu, który Polacy upodobali sobie na narty alpejskie, a Norwegowie na biegowe. To jedyny taki dzień w roku, kiedy mężczyźni mają dokładnie tę samą trasę co kobiety, bo jest i dla nich wystarczająco męcząca. Ma 9 km, ale wyniki pasują raczej do wyścigów na 15 km. A półmetek, patrząc na czasy, wypada na niej dopiero na niecałe 2 km przed metą. Niemal dokładnie w środku końcowej wspinaczki na górę.

Justyna narzekała na ten bieg wiele razy, jak większość narciarzy. Gdy ówczesny szef biegów w FIS Juerg Capol razem z Vegardem Ulvangiem wymyślili, że tak będzie wyglądał finał Tour de Ski, jeden ze szwedzkich komentatorów napisał, że to niegodne narciarstwa. Inni mówili o spędzie bydła, Justyna o "dmuchaniu pod górę, na którą nie da się podjechać na rowerze". Niemal co roku wspomina, że już więcej tu nie wróci. Ale wróciła nawet w sezonie, gdy nie biegnie w Tour de Ski.

Po tym jak tydzień temu w ostatniej chwili wycofała się z Touru po zmianie programu biegów, który uznała za naruszenie reguł gry, odjechała na treningi do Włoch. Jak się okazało, właśnie do Val di Fiemme. I jeszcze przed odjazdem, gdy rozmawialiśmy o tej rezygnacji, wspomniała, że będzie szukała w najbliższych dniach okazji do startów. - Może w jakimś narciarskim maratonie. Albo pod Alpe Cermis z turystami - mówiła. I półżartem ostrzegała: - Lepiej uważaj. Bo w tym biegu z turystami, o którym wspominała, rozgrywanym niedługo przed startem finału Tour de Ski, po tej samej trasie, startujemy co roku z grupą dziennikarzy z Polski skrzyknięci pod egidą Eurosportu. W niedzielę to będzie już nasza trzecia Rampa con i Campioni, czyli wspinaczka z mistrzami. Tak ten bieg nazwano, bo startują tu byłe narciarskie gwiazdy, a z nimi wszyscy chętni, którzy zgłoszą się w porę (co roku jest tylko 200 miejsc).

Biegli tu już Petra Majdić, Katerina Neumannova, Thomas Alsgaard (wygrał rok temu), Odd Bjoern Hjelmeset (najlepszy dwa lata temu). Ale wszyscy po zakończeniu kariery. A gwiazda aktualna, co dopiero formatu Justyny, jeszcze nigdy tu nie startowała. Ma dostać w niedzielę koszulkę z nr. 1, może nawet z napisem "Justyna". Być może będzie się miała okazję ścigać również z działaczami FIS, choć akurat nie z Pierre'em Mignereyem, z którym była w sporze o Tour de Ski. Ale Juerg Capol biega w Rampie co roku, czasem z Ulvangiem. Na początku robił to po to, żeby obronić swój pomysł, pokazać, że to wcale nie jest takie nieludzkie, skoro długo po zakończeniu kariery sobie radzi. A teraz robi to po prostu dla przyjemności i reklamy biegów.



Justyna robi to dla treningu - jest się tu z kim pościgać, Alsgaard wygrał Rampę rok temu z czasem 33.54,8, Kowalczyk przebiegła finał Touru w 35.52,5 - i trochę z przekory wobec FIS. My - tym razem będzie ze mną Michał Gąsiorowski z radiowej "Trójki" i Radosław Jaworski z Eurosportu - biegniemy, bo Alpe Cermis uzależnia. Przed pierwszą Rampą żaden z nas nie biegał na nartach. Chcieliśmy spróbować przygody, nauczyć się lepiej sportu, którym się zajmujemy. Ambicją było dowlec się do mety, dobrze by było, gdyby w limicie czasu - 1:45 (to się udało), czyli ponad trzy razy wolniej od najszybszych. Rok później, żeby się nie przywlec na ostatnich miejscach (to się udało) i w czasie nie gorszym niż dwukrotność czasu Justyny na ostatnim etapie (to się nie udało - 1:14.59). Teraz, żeby może wreszcie mieć na górze czas poniżej godziny, żeby nie popełniać głupich błędów, nie zderzać się z nikim - zjazd na stadionie, po wirażu, jest naprawdę szybki - nie poddawać się, kiedy już wszystko miga przed oczami, a nogi tak się trzęsą, że trudno skręcić tam, gdzie się biegnie zakosami.



W międzyczasie polubiliśmy bieganie na tyle, że wyrywamy się na śnieg, kiedy tylko można. Że kiedyś będziemy mogli pobiec z Justyną, nawet nie przypuszczaliśmy. Jeśli jej nie stracimy z oczu do pierwszego podbiegu, tego jeszcze na stadionie w Lago di Tesero, arenie ubiegłorocznych mistrzostw świata w Val di Fiemme, będzie sukces. Na stadionie są dwa duże wzniesienia, potem biegnie się po płaskim, wzdłuż rzeki, fragmentem trasy Marcialongi, jednego z najsłynniejszych maratonów narciarskich. I po ponad 5 km, po skręcie w lewo, wyjeżdża się pod ścianę płaczu. Zostają niecałe 4 km do mety, a wyścig dopiero się zaczyna: 400 m różnicy wzniesień, miejscami tak stromo, że można się przy potknięciu zsunąć ze stoku. - Nie można dać się ponieść emocjom, nie zacząć za mocno. A kusi mnie zawsze, bo nachylenie na początku wspinaczki jest takie, jak lubię - mówi Justyna. Dla amatorów rady ma takie: - Dobrze zjeść, dobrze spać, nie patrzeć w górę, nie przeszarżować, bo człowiek nigdy nie wygra z Alpe Cermis.

Człowiek z Alpe Cermis nie wygra, ale Alpe Cermis zmienia ludzi, daję słowo. Spróbujcie sami za rok.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS, na Androida i Windows Phone

Więcej o: