TCS. Stoch wrócił na podium [RELACJA Z INNSBRUCKU]

:
-
- Nie chcę się chwalić, ale to był bardzo dobry skok, jeden z moich najlepszych w turnieju - mówił Kamil Stoch, który loterię w Innsbrucku skończył na trzecim miejscu. Udało się rozegrać tylko jedną serię, zwyciężył Ansi Koivuranta, ale największym wygranym jest Simon Ammann. Odrobił dużo punktów do Thomasa Dietharta, wyprzedził zdmuchniętego przez wiatr Thomasa Morgensterna.
Gdy spiker ogłaszał, że jury po krótkiej naradzie przerwało drugą serię, a wyniki z pierwszej będą się liczyć jako cały konkurs, kibice długo gwizdali. Zanim winda na skoczni zwiozła na dekorację skoczków, którzy czekali na belce na drugi skok, Bergisel w połowie opustoszała. Ale tak naprawdę innego wyjścia nie było. Wiatr był coraz silniejszy, od północy już nadciągała wielka chmura i robiło się coraz ciemniej, a skocznia w Innsbrucku nie ma sztucznego oświetlenia. Chwilę przed naradą jury upadł przy lądowaniu dziesiąty po pierwszej serii Denis Korniłow. Wcześniej kilku skoczków walczyło w powietrzu o przetrwanie, m.in. Jan Ziobro, ale on przynajmniej, choć w pierwszej rundzie też wiatr miał średnio korzystny, dostał się do drugiej serii jako lucky loser. Wolfgang Loitzl nie miał tyle szczęścia.

Do dokończenia konkursu zabrakło skoków dziewięciu zawodników, ale nie było sensu dalej ryzykować. Wszystko przemawiało za przerwaniem zawodów, również to, że mimo zmiennych warunków w czołowej dziesiątce po pierwszej serii byli wszyscy ci, którzy mają walczyć o zwycięstwo w turnieju. A wygrana Ansiego Koivuranty nie naruszała niczyich interesów, bo Fin jest w klasyfikacji turniejowej bardzo nisko.

Najbardziej rozgoryczony tym konkursem był Thomas Morgenstern. On skakał w Innsbrucku najlepiej podczas treningów, zapowiadał w wywiadach, puszczając oko do Thomasa Dietharta, że skończył się czas rozdawania prezentów. Ale żaden z faworytów nie trafił na tak złe warunki jak Morgenstern. Trener Alexander Pointner bił mu brawo za to, że się uratował z opresji i wylądował na ósmym miejscu, ze stratą 7,5 pkt do Ammanna, przez co Szwajcar wyprzedził go w klasyfikacji turnieju. Ale to się mogło skończyć dużo gorzej. Było tylko dwóch skoczków, którzy dostali się do czołowej dwudziestki mimo wiatru w plecy: Morgenstern i Anders Bardal. Austriak machnął ręką w stronę tych, którzy puszczają skoczków z belki, jego ojciec na trybunach pokazał do kamer kciuk w dół. Ale szanse nadal są, nawet jeśli po konkursie zapowiadanym jako walka dwóch austriackich Thomasów najbardziej zadowolony był Simon ze Szwajcarii. Rozstrzygną to w Trzech Króli w Bischofshofen. Ammann ma 9,4 pkt straty do lidera, piątego w Innsbrucku Thomasa Dietharta. To około 5 m, a w Bischofshofen lata się daleko. Morgenstern do Ammanna traci sześć punktów.

Kamil Stoch miał z tych, którzy wylądowali na podium, najmniej korzystny wiatr, ale wyciągnął ze skoku, ile się dało. Stanął na podium pierwszy raz od konkursów w Engelbergu. Czołówka była bardzo wyrównana, pierwszego Koivurantę od czwartego Gregora Schlierenzauera dzieliło tylko 2,1 pkt. Z Ammannem Stoch przegrał o 0,1 pkt. Żartowali potem za stołem podczas konferencji prasowej. - Simon mi powiedział, że jest już coraz bliżej w Pucharze Świata [Polak ma 526 punktów, Ammann 484, a Schlierenzauer 463 - red.]. A ja mu na to: jakie bliżej, wyprzedziłeś mnie tylko o jedną dziesiątą - mówił Stoch. - O bronieniu żółtej koszulki w ogóle nie myślę. Jak będę dobrze skakał, to się sama obroni. A jeśli ktoś jej naprawdę bardziej potrzebuje ode mnie, to oddam.

W Turnieju Czterech Skoczni prowadzenie utrzymał Austriak Thomas Diethart, który ma na koncie 716,1 pkt. Za nim plasują się Simon Ammann (706,7 pkt) i Thomas Morgenstern (700,7 pkt). Najwyżej z Polaków jest Stoch (663,1) - ósmy. Czołową dziesiątkę zamyka Klemens Murańka (635,9 pkt). Murańka, który w turnieju robi swoje ze spokojem, skacze bardzo regularnie i z całej kadry jest najcichszy. Mówią o nim w sztabie, że jeszcze rok, dwa takiej pracy jak teraz i zajdzie bardzo daleko.

W niedzielę kwalifikacje w Bischofshofen, w poniedziałek ostatni konkurs turnieju.