Sport.pl

Kowalczyk dla Sport.pl: Skoro nikt nie chce protestować, to zrobię to ja!

- Decyzja o wycofaniu się z Tour de Ski jeszcze nie zapadła, musimy się z tym przespać. Ale ktoś musi powiedzieć głośno, że nasi szefowie nie mogą nas tak traktować - mówi Sport.pl Justyna Kowalczyk. Konferencja prasowa biegaczki i jej trenera odbędzie się w piątek o 16.30.
Paweł Wilkowicz: Z powodu problemów ze śniegiem w Oberhofie na dwa dni przed Tour de Ski organizatorzy zmienili program: zamiast 10 km klasykiem będzie w niedzielę sprint łyżwą. Zapowiedziałaś, że w tej sytuacji zastanowisz się nad rezygnacją ze startu, ale to też będzie oznaczać rezygnację z walki o Kryształową Kulę, bo Tour daje mnóstwo punktów. Jak z tego wybrnąć?

Justyna Kowalczyk: - Na 90, może i 99 procent wycofujemy się ze startu. Ale decyzja jeszcze nie jest podjęta. Bardzo nam jest smutno, bo Tour nie jest samoistną zabawą. Wyniki Touru wpływają bardzo mocno na cały Puchar Świata. Jeżeli Tour miał być kiedyś w założeniu wielodniowy, wieloetapowy, stawiać na wszechstronność zawodników, to teraz zrobiła się z tego jakaś poświąteczna zabawa. I to nie jest dobre.

Po pierwsze, dlatego, że jak wygrywasz Tour de Ski, to jesteś kimś. Tak powinno być. A to, co teraz przygotowali, nie ma wiele wspólnego z Tourem. Po drugie, ja tu chciałam mieć porządny trening. A co tu mamy? Jakieś trasy zastępcze. W piątek nie możemy nawet wyjść na oficjalny trening. Musimy iść trenować do tunelu. Wszystko jest robione na siłę. Po co? Skoro nie ma śniegu, nie ma tras, to odwołajmy to. Albo przenieśmy w jakieś miejsce, gdzie warunki będą bardziej normalne.

Za chwilę w Oberhofie będzie biatlon i jestem pewna, że wtedy śnieg się znajdzie. I wcale się nie dziwię, biatlon jest tu religią, i świetnie że jest. Tylko dlaczego biegi narciarskie muszą trafiać w miejsca, gdzie są traktowane po macoszemu? Jest tyle pięknych miejsc na świecie, w których by nas przyjęli z otwartymi rękami. Tylko musieliby wiedzieć o tym wcześniej, a nie dwa dni przed. Dwa lata temu też tu śniegu nie było, trening oficjalny też był gdzieś upchnięty. Po co tak to ciągnąć?

A już zupełnie nie rozumiem, co daje zamiana klasyka na łyżwę. Przecież do klasyka potrzeba mniej miejsca, mniej śniegu, trasa może być węższa. To dlatego w Jakuszycach nie zrobi się biegu łyżwą, jest za wąsko, ale wystarcza miejsca na klasyk, i to na bieg masowy. Nie wiem, co to za filozofia, ale niech im będzie. Tylko w takim razie dlaczego dwa dni później, podczas etapu w Lenzerheide, nie możemy zamienić łyżwy na klasyk?

No właśnie, dlaczego?

- Nie wiem, bo ktoś się uparł i tak ma być. Dla mnie to zupełnie bez sensu. Tour zbyt wiele znaczy, żeby się nim tak bawić. A jeśli go nie szanujemy, to dajmy za niego dwa razy mniej punktów i będzie sprawiedliwie. Wtedy możemy biegać codziennie łyżwą, a z Alpe Cermis jechać w dół, zamiast się wspinać. Nie mam z tym problemu. Tylko nie chcę, żeby to było nazywane Tourem i traktowane tak poważnie. Bo nie tak to kiedyś wymyślano.

Mieliśmy nagradzać wszechstronnych. A porobiło się tak, że wszędzie decyduje bieg łyżwowy. W Ruka Triple w Kuusamo - kolejność ustawia finałowy bieg łyżwą. W Tour de Ski - dwa najważniejsze biegi, czyli 15 km w Toblach i Alpe Cermis są łyżwą. W Falun - finał łyżwą. Czyli we wszystkich etapowych wyścigach, z bonusami punktowymi. Jak ktoś je wszystkie wygra, to wygrywa Puchar Świata. Ja wiem, że klasyk się ostatnio stał niepopularny, zwłaszcza wśród naszego szefostwa w biegach, ale bądźmy trochę bardziej sprawiedliwi.

Dlaczego stał się niepopularny?

- Zasada jest taka, że ma być w sezonie biegów obydwoma stylami 50 na 50. I niby jak się patrzy w kalendarz, tak jest. Ale w momentach decydujących już nie ma 50 na 50. Wtedy są biegi łyżwą. Nie chcę się doszukiwać teorii spiskowych. Po prostu kilka nacji nie biega dobrze klasykiem. I nie chodzi o tę nację, która wszystkim przychodzi do głowy. Nie, Norwegowie biegają dobrze klasykiem i to nie jest zmiana pod nich. Ale są tacy, którzy mają przepaść między klasykiem a łyżwą i wśród kobiet, i wśród mężczyzn. Być może to jest wytłumaczenie. Ale zgaduję, pojęcia nie mam.

Czy w Tour de Ski też zastosują tę regulaminową nowość z Ruka Triple, w którym w tym sezonie było za sprint dwa razy mniej bonusowych sekund niż wcześniej? Bo to byłoby jakieś pocieszenie w sytuacji, gdy są dwa sprinty łyżwą.

- Tak, dostaliśmy esemesa, że sprinty będą premiowane jak w Kuusamo, czyli maksimum 30 sekund, a nie 60. Ale mnie naprawdę nie chodzi o takie szczegóły, tylko o zasady. Tour nie może wyglądać tak, że biegniemy łyżwą, potem łyżwą, potem dla odmiany łyżwą, potem jest jakiś bieg klasykiem, a potem znowu odmiana - łyżwa. Kiedyś już startowałam w takich zawodach w Rosji. Ekstremalnych, nazywały się Sprint Tour, wozili nas pociągami po Syberii, bawiliśmy się całymi nocami. Niech nam taką imprezę zrobią, fajnie będzie, najlepiej w sylwestra. Ale niech nie nazywają tego Tourem. To wszystko idzie w złą stronę.

Wróćmy jeszcze do tego sprintu w Szwajcarii. W Toblach trudno byłoby zmienić styl biegu na 15 km, bo mężczyźni będą kończyć na waszych trasach bardzo ważny etap ze wspinaczką, a wtedy obowiązuje łyżwa. Ale dlaczego w Lenzerheide nie, skoro nic nie stoi na przeszkodzie i jest jeszcze trochę czasu na zmianę?

- Bo nie mogą i tyle. Nikt nam tego nie chce wytłumaczyć. Nie ma żadnych "ale". Nie i już. Postanowione. Przykre to jest. Jeśli się jednak zdecyduję na start, to tylko ze względów treningowych i dlatego, że mam sobie coś do udowodnienia w biegach klasykiem. I bardzo chcę sobie coś udowadniać. Ale smutno mi, że się tak wypacza Tour.

Przecież już i tak Tour jest ustawiany przez dwa biegi, ten pościgowy w Toblach i Alpe Cermis. Cokolwiek nie zrobię na wcześniejszych etapach, to i tak w pościgowym w Toblach ruszający za mną pociąg do mnie dojedzie. A Alpe Cermis - wiadomo. To teraz zabrali mi jeszcze jeden z tych dwóch klasycznych etapów, na których mogę mieć trochę przyjemności i spokoju. Ci co lubią biegi i się na nich znają, chyba docenią mój sprzeciw. Mam nadzieję, że nasi decydenci już takich błędów popełniać nie będą. Chyba że się na błędach nie uczą.

Ale jeśli zrezygnujesz z Touru, to w sezonie olimpijskim zburzysz porządek przygotowań, który się zawsze sprawdzał. Nie boisz się tego?

- Strasznie się boję. Jasne. Tour to dla mnie czas doprowadzania mojego ciała do startowej wersji, tej najlepszej. Czas szlifowania tego co najważniejsze, również stylu dowolnego. Nikt mnie przecież tak nie zmęczy jak te najlepsze dziewczyny. Muszę się mierzyć z rywalkami równymi lub lepszymi, żeby się przełamywać, podciągać. Jak będę w tym czasie startować w jakichś zawodach FIS-owskich, niższej rangi, to będę pięknie biegła, ale co z tego? Niewiele mi to da. Więc tak - boję się bardzo. Boję się też, że za opuszczenie Touru zapłacę stratą dobrego numerka startowego podczas igrzysk w Soczi. Zwłaszcza w tym indywidualnym biegu na 10 km klasykiem, który jest dla mnie najważniejszy. Mam w sprawie Touru naprawdę dużo do stracenia i wcale się nie mam zamiaru dumą unosić.

Ja się będę zastanawiać, trener się będzie zastanawiać i jeszcze nie jest wykluczone, że stanę w sobotę na starcie. To nie jest sprawa osobista: nie pobiegnę, bo ja to ja. Po prostu chcę zwrócić uwagę, że tak nie wolno robić. Nasi szefowie sobie myślą, że wszyscy będą siedzieć cicho. I będą siedzieć cicho, poza mną. Jeszcze Petter Northug ma coś do powiedzenia w takich sprawach, ale Northug jest teraz w słabszej formie, to się pewnie woli nie odzywać. Więc zostanę z tym sama, bo reszta poza nami jest perfekcyjnie sformatowana medialnie. Trudno, ktoś to musi powiedzieć na głos i to będę ja. Szkoda mi tylko w tym wszystkim Kikkan Randall. Gdyby wiedziała, że będzie miała dwa sprinty łyżwą, to pewnie nie rezygnowałaby z Touru.

No właśnie: nie ma Randall, nie ma Charlotte Kalli, na wprowadzeniu drugiego sprintu mocno ucierpi Therese Johaug. Tak naprawdę zyskała tylko Marit Bjoergen, więc może jednak warto wystartować, przetrwać ten łyżwowy początek i łowić punkty Pucharu Świata? Jeden długi bieg klasykiem, w Lenzerheide, nadal jest w programie.

- Dlatego mówię, że jeszcze się będziemy zastanawiać. Po prostu mnie drażni to, że tak ważne decyzje zapadają bez tłumaczenia nam dlaczego. Zamiast nich dostajemy uśmiechy na twarzach i "nie nie nie, nie da się". Przecież to wkurzy każdego normalnego człowieka. To jest nie fair wobec nas, będę to głośno mówić, niezależnie od tego, czy stanę w sobotę na starcie, czy nie. A co do Johaug, to ona sobie poradzi, te zmniejszone bonusy za sprinty jej sprzyjają. Wszystko, czego Therese potrzebuje, to mieć mniej niż trzy minuty straty przed wspinaczką na Alpe Cermis. A będzie przecież miała ten bieg pościgowy w Toblach, żeby wyrównać straty.

Kiedy podejmiecie z trenerem decyzję? Dopiero w sobotę?

- Pewnie w piątek. Dotarliśmy do Oberhofu w czwartek po południu, po dwóch dniach w Jakuszycach. Ja się z tym wszystkim prześpię, trener się z tym prześpi, potem sobie usiądziemy i porozmawiamy. Zrobimy tak, żeby było dobrze. Tour wygrałam już cztery razy i zwycięstwo nie jest najważniejsze. Chodzi o to, by tak to wszystko poukładać, by było dobrze w dalszej części sezonu.

Jest jakiś plany awaryjny?

- Już trochę popytałam, czy gdzieś w górach niedaleko jest śnieg, na wypadek gdybyśmy chcieli skorzystać. Ale decyzji nie ma. To co mnie naprawdę męczy, to ten numerek startowy na Soczi. I dla niego mogę schować dumę do kieszeni. Ale warto mówić głośno, że nas boli. Zobaczę jeszcze, jak oni będą reagować na moje argumenty, to też jest dość ważne. Trochę oglądalności za nami stoi, mamy swoje argumenty. Warto czasami posłuchać zawodników. Zęby zjedliśmy na tym sporcie i nikt nam nie wmówi, że klasyk zamienia się na łyżwę z powodu braku śniegu. Co innego jest tu na rzeczy?

Może chodzi o to, że Niemki lepiej na tym wyjdą i publiczność będzie miała więcej radości?

- Może tak, a może po prostu tak organizatorom było łatwiej. Ale przecież ratraki mają, daliby radę i z klasykiem. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Nie dziwię się, że dla Oberhofu najważniejszy jest biatlon. Ale w takim razie dlaczego nasze szefostwo nie broni naszych interesów? Przecież chodzi o najważniejszą imprezę w Pucharze Świata. A jedyne, na co się mogą zdobyć, to że im przykro. Więc czeka nas nerwowy piątek. Będzie burza mózgów, spróbujemy też jeszcze raz powalczyć o zamianę jednego sprintu na klasyk. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Więcej o: