Soczi 2014. Toni Innauer dla Sport.pl: Stoch i polska szkoła aerodynamiki

- Skokom narciarskim świetnie zrobi, że wyrosło Austriakom tylu groźnych rywali. Wśród nich Kamil Stoch. On i inni Polacy skaczą bardzo podobnie stylowo, widać, że to jedna szkoła układania się w powietrzu - mówi Sport.pl Toni Innauer, były mistrz olimpijski, były trener austriackiej kadry i twórca obecnej potęgi austriackich skoków
Paweł Wilkowicz: Kto jest według pana faworytem Turnieju Czterech Skoczni?

Toni Innauer*: - Patrzę z austriackiej perspektywy i mimo wszystko - Gregor Schlierenzauer. Ciągle też mam spore nadzieje co do Thomasa Morgensterna. Do czasu tego fatalnego lądowania w Titisee-Neustadt był w znakomitej formie, moim zdaniem skakał stabilniej niż Schlierenzauer, choć to Gregor prowadzi w Pucharze Świata [wywiad przeprowadzono, zanim liderem PŚ został Kamil Stoch - red.].

Weekend w Titisee był dla Morgiego niesamowity: w sobotę pierwsze od bardzo dawna zwycięstwo w PŚ, w niedzielę kraksa. Ale jeśli wyzdrowieje do Turnieju... To może być bardzo interesujący powrót. Skoki znają wiele takich historii: ze szpitala na podium.

A faworyci spoza Austrii?

- Najważniejsze dla skoków, że po latach austriackiej dominacji wreszcie pojawiła się cała grupa skoczków z innych krajów, których można stawiać na równi ze Schlierenzauerem czy Morgensternem. Polacy mają Kamila Stocha i Piotra Żyłę, których w każdym konkursie stać na miejsca na podium, choć Żyła jest jednak na razie mniej regularny niż Stoch.

Nie wiem niestety o polskiej kadrze nic więcej niż to, co widzę w telewizji, więc nie podejmę się jakichś głębszych ocen. Ale rzuca się w oczy, że Polacy skaczą podobnie do siebie, widać, że to jedna szkoła, że za tym wszystkim stoi konkretna praca nad aerodynamiką.

My się tej zimy zachwyciliśmy polską szkołą skoków, ale to jednak austriacka była przez ostatnie lata najważniejszą i punktem odniesienia. Pan ją tworzył jako szef narciarstwa klasycznego w austriackim związku. To był system silny przede wszystkim siłą klubów, czy zarządzaniem z góry, przez związek? Bo w Polsce na poziomie klubowym ciągle bywa biednie i niewesoło.

- U nas też kluby są słabsze, niż byśmy sobie tego życzyli. Wspieramy je na tyle, żeby były w stanie udźwignąć szkolenie młodzieży, bo już z wyczynowcami zwykle mają problem.

Choć akurat klub Bergisel z mojego rodzinnego Innsbrucka stał się jednym z wyjątków. Skakał tam mój syn Mario, więc byłem blisko klubowej codzienności. Zaproponowałem m.in. żebyśmy zmienili nazwę z Natters na SV Innsbruck-Bergisel i korzystali z pieniędzy sponsora tytularnego, organizatora konkursów na Bergisel. Staraliśmy się łączyć know-how z pieniędzmi.

Najważniejsze, żeby kluby nauczyły się wyławiać talenty, dobrze nimi opiekować, przekonać rodziców, że ich dzieci są bezpieczne i pod dobrą opieką. Wiele się mówi o gimnazjum w Stams, ale tam trafiają już ukształtowani sportowcy. Gregor Schlierenzauer zaczął skakać jako dziewięciolatek, a do Stams trafił dopiero pięć lat później.

Jako szef skoków w austriackim związku starałem się stworzyć całościowy system. Naszą siłą było to, że Austria jest taka mała i związek narciarski mógł mieć realny wpływ na zarządzanie klubami. Długo by mówić o naszej recepcie na sukces, o tym, jak ważna była wynalazczość, psychologia. Wolę o tym opowiadać na zamkniętych szkoleniach, które teraz prowadzę jako biznesmen.

To wracając do teraźniejszości: kto podczas Turnieju będzie groźniejszym rywalem dla Austriaków: Polacy czy Niemcy, którzy prowadzą na razie w klasyfikacji Pucharu Narodów?

- Niemcy są niesamowici jako grupa, mają najwięcej skoczków zdolnych do wygrywania lub stawania na podium, trener Werner Schuster odmłodził kadrę, nie dopuszcza do jakichkolwiek napięć między weteranami a młodymi. Stworzył świetną atmosferę, to jest siła Niemców. Ale przychodzi ten czas, gdy niemieccy kibice zaczną wymagać sukcesów. Bo na razie wystarczały im obietnice i poczucie, że ich skoki idą w górę. Teraz czują, że pora na atak na szczyt.

Wspomniał pan o atmosferze w niemieckiej reprezentacji: w austriackiej kadrze nie zawsze było w ostatnich latach zgodnie, a w osiąganiu sukcesów to nie przeszkadzało. Ale 2013 to nie był dobry rok dla Austriaków. To tylko kryzys, czy koniec boomu?

- Na pewno jesteśmy już za szczytem i zeszliśmy niżej. Ale to ciągle jest bardzo wysoki poziom. Nieudane były przede wszystkim mistrzostwa świata w Val di Fiemme, bo przecież w Pucharze Świata i Turnieju wygrywał Gregor.

W Val di Fiemme w konkursie drużynowym jeszcze się obroniliśmy, ale w indywidualnych Gregor musiał ratować honor narodu jednym srebrem z dużej skoczni. W porównaniu do poprzednich MŚ w Oslo, gdzie Austria zdobyła całe złoto w męskich skokach, rzeczywiście wypadło to blado.

Ale nie spieszyłbym się z ogłaszaniem końca boomu. Skoczkowie nadal są w Austrii bohaterami, publika jest wierna, a telewizje i sponsorzy - zadowoleni. To jest w ogóle fantastyczny czas dla skoków z punktu widzenia popularności i biznesu: Austriacy nadal mocni, Niemcy znowu mocni, Norwegowie i Polacy mocni. A nie ma nikogo, kto by wyraźnie uciekł reszcie. Emocje i zyski - gwarantowane.

Gregor Schlierenzauer wciąż jest najlepszym skoczkiem w PŚ, wrócił do wygrywania Morgenstern, ale jest problem ze znalezieniem trzeciego i czwartego zawodnika do austriackiej drużyny na igrzyska w Soczi.

- Próbujemy wymiany pokoleniowej, ale młodzi nie są jeszcze tak dobrzy i regularni jak poprzednie pokolenie. Na Andreasie Koflerze, Martinie Kochu, Wolfgangu Loitzlu można było polegać. I nadal bym ich nie skreślał.

Kofler to wielki znak zapytania. Ma teraz problemy z dostaniem się do finałowych serii, choć gdy go oglądałem w październiku w mistrzostwach Austrii, zanosiło się, że będzie w zimie bardzo mocny. Kofler w lecie odszedł z grupy trenera Markusa Maurbergera, który w Innsbruck-Bergisel prowadził do wielkich sukcesów jego i Schlierenzauera.

Gregor ma od tego sezonu swój własny sztab, z Maurbergerem w roli głównej, a Kofler zaczął blisko współpracować z Andreasem Widhoelzlem, który został teraz asystentem trenera kadry Alexandra Pointnera. W lecie ten nowy model wyglądał bardzo obiecująco, potem coś się w przypadku Koflera popsuło, ale trzeba dać mu jeszcze czas.

To pan, jeszcze jako szef austriackich skoków, zrobił niedocenianego Pointnera trenerem kadry. Tak się zaczął złoty czas dla Austriaków, ale nie ma pan wrażenia, że dziś Pointner jest już szefem zmęczonym, że może trudno mu o taką motywację jak na początku pracy?

- To jest naturalne w przypadku trenera, który jest szefem w kadrze już dziesiąty rok. Poznałem to sam, cztery lata temu odszedłem ze stanowiska w austriackim związku narciarskim, bo chciałem robić nowe rzeczy.

Kolejne medale nie dawały mi już poczucia spełnienia. Założyłem firmę, działam na pograniczu sportu i biznesu, staram się inspirować ludzi biznesu ideami i systemami, które się sprawdziły w sporcie.

Nie zerwałem kontaktów ze związkiem, ze sportem też nie, bo nadal doradzam indywidualnie niektórym sportowcom. Ale odsunąłem się od bieżących spraw, więc nie mam zamiaru niczego podpowiadać Pointnerowi czy szefom związku.

A co poradziłby pan Schlierenzauerowi, który mówi, że zastanawia się nad tym, czy po Soczi nie zrobić sobie rocznej przerwy od skakania? Powrót po takiej przerwie na szczyt jest w ogóle w skokach możliwy? Przykład Janne Ahonena nie zachęca.

- Ja nie tylko Gregorowi doradzam, żeby tak zrobił. Ja mu to jako pierwszy zasugerowałem, pisząc tekst na ten temat dla jednej z austriackich gazet.

Sam jako skoczek planowałem taką roczną przerwę. To było po złotym medalu igrzysk w Lake Placid, miałem wtedy 22 lata i poczucie, że zdobyłem już niemal wszystko, chciałem odskoczyć na jakiś czas do nauki i innych zainteresowań. Ale tych planów nigdy nie spełniłem, bo niedługo później zdarzyła się kontuzja, która mnie zmusiła do zakończenia kariery.

Cieszę się, że Gregor będzie miał taką szansę i że mój pomysł rozważa. Ahonen wrócił już drugi raz i rzeczywiście, efekty są średnie, ale nie porównujmy tych sytuacji. Gregor wracałby na skocznie jako 25-latek. A Ahonen wracał jako 32- i 36-latek. Takie przerwy są tylko dla wyjątkowych sportowców.

A co sprawia, że Gregor jest tak wyjątkowy? Pan przygląda mu się od kilkunastu lat, bo Gregor trenował z pana synem.

- I dlatego proszę mnie zwolnić z dłuższej odpowiedzi, o Gregorze powiedziałem przez lata już wszystko, przeanalizowałem go od góry do dołu, już nie mam siły. Najkrócej jak można: ciało sportowca, umysł sportowca, a do tego zdolność do niesamowitego poświęcenia dla sportu. Bardzo rzadko się zdarza taki pakiet.

Schlierenzauer nie ukrywa, że do poświęcania się dla sportu napędza go teraz już tylko Soczi, pogoń za indywidualnym złotym medalem igrzysk, bo tylko tego mu brakuje. W Soczi, jak w Turnieju, też będzie faworytem?

- Nie chcę typować, bo zostało dużo czasu, a to będą tylko dwa konkursy, podczas których trzeba będzie mieć bardzo dużo szczęścia. Dlatego trzeba się skupić nie na tych konkursach, ale na całej drodze do Soczi. Wiem, że Gregor tak właśnie do tego podchodzi, zresztą nie tylko on: skoro to ma być olimpijska loteria, to najważniejsze jest, żebyś miał poczucie, że zrobiłeś wszystko, by dobrze wypełnić kupon.



*Austriak Toni Innauer, rocznik 1958, dziś komentator skoków (będzie podczas Turnieju Czterech Skoczni ekspertem niemieckiej ZDF) i biznesmen był jednym z najlepszych skoczków przełomu lat 70 i 80.: wicemistrzem olimpijskim z Innsbrucku 1976, mistrzem z Lake Placid 1980, wicemistrzem świata w lotach z 1977.

Zakończył karierę jako 22-latek z powodu kontuzji kostki, po skończonych studiach został trenerem i nauczycielem w gimnazjum w Stams, potem trenerem austriackiej kadry i wreszcie szefem całego narciarstwa klasycznego w austriackiej federacji, autorem reform, które sprawiły, że Austriacy dominowali na skoczniach w ostatnich latach. Odszedł z ÖSV po igrzyskach w Vancouver. Zajął się biznesem, założył firmę doradczo-szkoleniową www.innauerfacts.at.