PŚ w skokach. FIS przekracza cienką, czerwoną linię

- Testy wypadły dobrze, pomysł spodobał się skoczkom - mówi Walter Hofer o wyświetlaniu lecącym zawodnikom linii, którą powinni przekroczyć, by objąć prowadzenie. - Nie rozmawiano z nami o tym - twierdzi Maciej Kot. - A co, jeśli zawodnik linię przeskoczy, a za chwilę okaże się, że była źle wyznaczona? - pyta sędzia skoków, Jerzy Pilch. - Idea nie jest dopracowana, ale mimo to już w Klingenthal linia się pojawi - dodaje Apoloniusz Tajner. Relacja na żywo z piątkowych kwalifikacji w Sport.pl od godz. 18. Transmisja w Eurosporcie.
Wychodzisz z domu, a skaczą Polacy? Śledź relacje w telefonie dzięki aplikacji Sport.pl Live

Przez lata w skokach wszystko było proste - wygrywał ten, kto lądował najdalej. Czasem zdarzało się, że przy podobnych odległościach zyskiwał zawodnik, który był lepszy technicznie. Nie notowano sytuacji, do jakich dochodzi od kilku sezonów. Teraz często skoczek przekraczający np. 130. metr plasuje się za tym, który skoczył o 10 metrów bliżej. To efekt odejmowania i dodawania punktów za korzystne i niekorzystne podmuchy wiatru w czasie lotu zawodnika oraz za manewrowanie belką startową.

Jeszcze więcej kalkulacji

Telewidzom śledzenie konkursów ułatwia nanoszona w transmisji linia, za którą każdy kolejny skoczek powinien wylądować, by wyprzedzić tych, którzy wykonali już swoje próby. FIS uznał, że taką linię widzieć powinni również kibice, którzy płacą za bilety i konkursy oglądają z trybun. A według szefa skoków w Międzynarodowej Federacji Narciarskiej, taką linię widzieć chcą również zawodnicy.

- Rewolucja z tą magiczną linią nie przypadła mi do gustu - mówi czekający na pierwsze skoki w Klingenthal Kot. - Dla kibiców będących na skoczni jest to oczywiście fajna rzecz, bo dla nich konkurs i wyniki będą bardziej przejrzyste. Jednak patrząc ze strony zawodnika, myślę, że w ten sposób wprowadzi się w ten sport jeszcze więcej kalkulacji - twierdzi. - Do tej pory każdy wyciągał ze skoku ile mógł. Oczywiście często przed skokiem zawodnik wiedział, ile mniej więcej powinien skoczyć, ale do końca nie był tego pewien. Dlatego szedł na sto procent. Kto wie, czy przy nowych przepisach zawodnik, który prowadzi po pierwszej serii i w drugiej leci bardzo daleko nie odpuści skoku, widząc, że i tak przeleci wyświetlaną linię. Ja osobiście bym nie odpuścił, ale nie ręczę za innych zawodników - tłumaczy jeden z liderów naszej kadry.

Hipotetyczna sytuacja przedstawiona przez Kota byłaby przykra dla kibiców, ale nie aż tak jak ta, którą szkicuje Pilch.

Nowinka myli, nowinka rozprasza

- Ta nowinka może być myląca - ostrzega sędzia, który w przeszłości oceniał skoczków m.in. na mistrzostwach świata. - Warunki na skoczni mogą się zmienić już po tym, jak zawodnik ruszy z belki startowej. W takiej sytuacji kibice i skoczek zobaczą linię, zawodnik ją przekroczy i niby wszystko będzie jasne, a za chwilę okaże się, że jednak skok był za krótki, bo w trakcie lotu skoczka korzystny wiatr się nasilił i tak naprawdę linię należałoby przesunąć ze trzy metry do przodu, ale obsługa techniczna nie zdążyła tego zrobić - mówi Pilch. - Z transmisji telewizyjnych dobrze wiemy, że to się zdarza. Już wyobrażam sobie, jak tego typu wpadki denerwowałyby zawodników i kibiców pod skocznią - dodaje sędzia.

Hofer próbuje bronić sprawy, przypominając, że w zmiennych warunkach linia jest przesuwana, a system pozwala reagować nawet aż do dwóch sekund przed lądowaniem. Austriakowi przytomnie odpowiada Kot. - Linie na skoczni są zawsze w tym samym miejscu. Jeśli nagle pojawiałaby się jakaś inna linia i zmieniałaby miejsce, moglibyśmy poczuć się zdezorientowani, co mogłoby spowodować niepotrzebne napięcie, a w konsekwencji zepsucie skoku. To by nas rozpraszało - mówi skoczek. - Myślę, że najpierw trzeba przetestować ten pomysł, porozmawiać o nim z zawodnikami, a dopiero później próbować wprowadzać go w życie - puentuje nasz skoczek.

Zagadka groźna dla Żyły

Niestety, oficjele nie po raz pierwszy zapomnieli uwzględnić w swych planach tych, którzy powinni być najważniejsi.

- Od Łukasza Kruczka wiem, że w Klingenthal ta linia ma się pojawić, ale nikt nie wie, jak to ma być zrobione - mówi Tajner. - Pewnie z technicznego punktu widzenia to nie będzie problem, komórka FIS-u, która na Pucharach Świata zapewnia obsługę techniczną znajdzie sposób na sprzężenie odpowiedniego urządzenia z komputerem i wyświetlanie linii. Ale nie jestem przekonany, że dobrym pomysłem jest pokazywanie jej skoczkom. Taki Piotrek Żyła mógłby mieć silną pokusę do wydłużania skoku kosztem własnego bezpieczeństwa. Moim zdaniem rozsądniej byłoby wyświetlać tę linię tylko publiczności. Ona powinna znikać z zeskoku w momencie, w którym zawodnik wybija się z progu - dodaje prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

Jak będzie - nie wiadomo. Kilka dni temu Hofer pytany o sprawę już w Klingenthal mówił, że jeszcze nie wiadomo, czy linia będzie widoczna tylko dla kibiców czy również dla skoczków. Jednak Austriak znów podkreślił, że zawodnicy "wyrazili zainteresowanie pomysłem".

Tajnera dziwi, że prace nad ważnym przecież systemem, wprowadzanym w bardzo ważnym, olimpijskim sezonie były prowadzone tak cicho. - Nie uczestniczyłem w omawianiu tego pomysłu, nic nie wiem, by go gdzieś testowano - mówi. - Skoro Walter Hofer powołuje się na testy, to one pewnie były przeprowadzane, ale szkoda, że w małym gronie i że nie przedstawiono wyników, nie przekonano poszczególnych ekip, że linia nie deprymuje zawodników - dodaje prezes PZN.

Skoki bez not? Są ważniejsze sprawy

Na to, że linia nie znajdzie akceptacji wśród skoczków i trenerów nadzieję ma Pilch. - Chcę myśleć, że jej wprowadzenie nie jest wstępem do zrezygnowania za jakiś czas z not sędziowskich i bazowania tylko na odległościach z dodawaniem i odejmowaniem punktów za wiatr i odejmowaniem ich wyłącznie za podparcie przy lądowaniu i upadek - mówi sędzia. - Wiem, że są zwolennicy takiego rozgrywania zawodów, ale przypominam, że skoki to nie tylko pogoń za odległościami, ale też technika. Przecież wszyscy zachwycamy się wybitnymi stylistami i w pamięci mamy nienaganne sylwetki w locie takich zawodników jak Kazuyoshi Funaki czy Jakub Janda - dodaje Pilch.

On również podkreśla, że nowinka forsowana przez FIS została przygotowana w sekrecie. - Niedawno mieliśmy krajowe seminarium sędziów, był na nim Rysiek Guńka, który należy do komisji sędziowskiej FIS i nic nie mówił o testach, o których opowiada Hofer. Szkoda, że to wszystko zostało opracowane w bardzo małym gronie - tłumaczy.

Pilch uważa, że Międzynarodowa Federacja Narciarska chcąc reformować skoki powinna skupić się na dopracowaniu tego, co już wprowadziła. - System rekompensat za wiatr nadal jest mocno niedoskonały - mówi. - Czujniki mierzące kierunek i siłę podmuchów znajdują się po bokach skoczni, a często jest tak, że kiedy z lewej strony powietrze faluje pod narty, to z prawej przesuwa się w odwrotnym kierunku. Skocznie są szerokie, naprawdę bywa, że zupełnie inaczej powiewają chorągiewki oddalone od siebie w poziomie o kilkanaście metrów - mówi Pilch. - Prawda jest taka, że gdyby dało się w jednym momencie puścić dwóch zawodników i kazać im lecieć po różnych stronach skoczni, to często mieliby inny wiatr, a punkty dostaliby takie same - tłumaczy. - Dlatego najlepiej byłoby zamontować na plecach skoczka urządzenie, które przez cały lot mierzy siłę wiatru, a zaraz po wylądowaniu uśrednia wszystko i wylicza punkty - dodaje. - Oczywiście trudno uwierzyć, że takie urządzenia szybko powstaną, ale lepiej pójść w kierunku pracy nad czymś takim, niż pokazywać zawodnikom kolejną linię i narażać ich na kontuzje oraz dodatkowe nerwy - kończy sędzia.

Kto wygra Kryształową Kulę?