Alpejski PŚ. Polskie zawodniczki: Od najlepszych wciąż dzieli nas organizacyjna przepaść

W sobotniej inauguracji alpejskiego Pucharu Świata w austriackim Soelden (relacja w Eurosporcie od 9.15, drugi przejazd o 12.30) zobaczymy w rywalizacji kobiet tylko jedną Polkę - Agnieszkę Gąsienicę-Gładczan. - Dam z siebie wszystko, powalczę, każde punktowane miejsce w trzydziestce będzie sukcesem. Nie da się ukryć, że w Polsce wciąż w nasz sport nie inwestuje się wielkich pieniędzy. Pomagają nam rodzice, musimy same ciułać pieniądze. Od Amerykanek, Austriaczek, czy Szwajcarek dzieli nas organizacyjna przepaść - mówiły Sport.pl w Soelden polskie alpejki, oprócz Gąsienicy-Gładczan, także Karolina Chrapek i Maryna Gąsienica-Daniel.
Agnieszka Gąsienica-Gładczan to najlepsza polska alpejka ostatnich lat. Występując jeszcze pod panieńskim nazwiskiem, Gąsienica-Daniel dwa lata temu na MŚ w Garmisch zajęła 18. miejsce w kombinacji. Na igrzyskach w Vancouver była 23. w supergigancie i 25. w kombinacji. W Pucharze Świata raz - w 2009 r. udało jej się zająć miejsce w dwudziestce.

Czemu Polkom tak trudno przebić się do czołówki w narciarstwie alpejskim? - Od najlepszych wciąż dzieli nas przepaść finansowa i organizacyjna. Trudno nam powiedzieć, ile razy więcej pieniędzy mają do wydania Amerykanie, czy Austriacy, ale są to gigantyczne kwoty - mówi Sport.pl Gąsienica-Gładczan. - Amerykanki latem lecą trenować do Chile albo do Nowej Zelandii, gdzie mają piękną pogodę i stok do własnej dyspozycji. My siedzimy w Alpach, trenujemy na doczepkę z innymi ekipami, i modlimy się o ładną pogodę, a potem na dwa tygodnie wracamy do Polski. Amerykanki mają w sztabie kilku trenerów, kilkunastu serwismenów, mnóstwo dodatkowych osób do pomocy. U nas jest dwóch trenerów, którzy pełnią też rolę serwisantów. Na tym poziomie rywalizacji decydują detale - dodaje Karolina Chrapek.

Polskiego Związku Narciarskiego nie stać na wysłanie zawodniczek do Chile, czy Nowej Zelandii, nie stać ich też na ogromny sztab ludzi, ani na najlepszy sprzęt. Polki jeżdżą więc na nartach nieco gorszych niż czołówka Pucharu Świata. Do tego dochodzi organizacja podczas samych zawodów. - Amerykanki podczas supergiganta, czy zjazdu mają przygotowane po 20-30 par nart i każda z nich nasmarowana jest w inny sposób przez serwismenów. W trakcie zawodów wzdłuż trasy stoi 15-20 osób z amerykańskiej ekipy wyposażonych w krótkofalówki i reaguje nawet na minimalne zmiany wilgotności, temperatury, czy nasłonecznienia. Nasze dziewczyny nie mają nawet namiastki takich warunków - mówi Sport.pl Marcin Szafrański, były olimpijczyk, ekspert Eurosportu.

PZN przyznaje, że sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby w kadrze pojawił się dobry zawodnik lub zawodniczka, odnoszący sukcesy, wtedy prezes Apoloniusz Tajner mógłby ściągnąć więcej sponsorów, lub inaczej dystrybuować pieniądze z Ministerstwa Sportu i zacząć budować profesjonalny team na miarę tego, który jest wokół Justyny Kowalczyk w nartach biegowych. Takiego zawodnika jednak wciąż nie ma. A przebić się w narciarstwie alpejskim jest dużo trudniej niż w skokach narciarskich, czy biegach, bo to najpopularniejsza dyscyplina zimowa, uprawiana na świecie przez dziesiątki tysięcy zawodników. Do austriackiej kadry nabór robi się z tysiąca najlepszych juniorów, u nas - z kilku wybijających się nazwisk.

- To błędne koło, bo ciężko jest przebić się wyżej bez większych pieniędzy, a pieniędzy nie ma, bo nikt nie odnosi sukcesów w PŚ - wzdycha Maryna Gąsienica-Daniel, młodsza siostra Agnieszki. Zarówno ona, jak i Karolina Chrapek przyznają, że dziś nawet pieniądze z PZN nie starczają na wszystko. - Ciągle pomagają nam rodzice, u nas jest trochę tak jak w tenisie, bez wsparcia rodziców ani rusz - mówi Chrapek.

Prawdopodobnie, gdyby nie własne pieniądze, Polki nie poleciałyby w grudniu na zawody do USA, gdzie PŚ odbędzie się m.in. na trasach przyszłorocznych MŚ. - Żeby zarobić na ten wyjazd, dorabiam jako instruktorka i trenerka narciarska. Postanowiłam wziąć sprawy we własne ręce - przyznała Gąsienica-Gładczan.

Jest jednak światełko w tunelu, nazywa się Maciej Bydliński. 25-latek ze Szczyrku w zeszłym roku zajął 9. miejsce w kombinacji w Kitzbuehel, udało mu się także finiszować na 16. pozycji w MŚ w Schladming. Takich wyników w polskim narciarstwie nie odnosił nikt, odkąd w latach 90. karierę zakończył Andrzej Bachleda junior (syn Andrzeja "Ałusia" Bachledy). Bydliński, poza wsparciem PZN, ma kilku prywatnych sponsorów, dzięki temu był latem w Nowej Zelandii, otacza go sztab fachowców, m.in. dietetyk i specjalista od przygotowania fizycznego. Jego głównym szkoleniowcem jest Słowak Vlado Kovar.

Bydliński ma już zapewniony start na igrzyskach w Soczi, dzięki wysokim miejscom w PŚ z początku tego roku. Gdyby w tym sezonie w PŚ lub na igrzyskach błysnął jakimś spektakularnym wynikiem, może byłby to dla polskiego narciarstwa pozytywny impuls. Póki co, Polacy wciąż są tłem dla walczących o najwyższe trofea alpejskich potęg.