Krysia, absolwentka z telewizji. Czyli małe Czerwienne pęka z dumy po sukcesie Krystyny Pałki

Wszyscy ją tu znają, zwracają się po imieniu. Kiedy Krysia zdobyła medal mistrzostw świata w biatlonie, to cała wieś pękała z dumy. Dzięki Krysi małe Czerwienne ma swoje pięć minut. I chce je wykorzystać
W położonej niedaleko Czarnego Dunajca wsi są dwie podstawówki. W tej "na dole" czuć góralski klimat. Oprócz skrzypiec i ciupagi w oczy rzucają się trzy rzędy pucharów.

- Są nawet moje stare trofea - uśmiecha się Krystyna Pałka, 30-letnia wicemistrzyni świata w biegu na dochodzenie sprzed dwóch tygodni. Każda jej wizyta jest tutaj małym świętem. Niskim ukłonem wita ją woźna, a pani dyrektor dopytuje, kiedy będzie miała czas, by złożyć autograf w kronice szkolnej.

Specjalnie na nasz przyjazd w starych dziennikach zaznaczyła wzmianki o najważniejszej absolwentce. Są tam wycinki z lokalnych gazet ze zdjęciami małej Krysi. Jest też "Krysia górą" - napisane czerwonym flamastrem, a jeden z artykułów opatrzony fotografią około 15-letniej Pałki nosi tytuł "Odkrywanie talentów". W korytarzu wisi też korkowa tablica cała poświęcona nowej wicemistrzyni świata.

Tydzień wcześniej, kiedy Pałka wróciła do Czerwiennego z Novego Mesta ze srebrnym medalem mistrzostw świata, uczniowie przygotowali uroczystość. Było naprawdę hucznie - tort, kwiaty, tańce i śpiewy góralskie, dzieci recytowały wiersze.

Co zbudują na sukcesie Krysi

- Teraz, po tych wszystkich latach, patrząc na występy Krysi w telewizji, serducho drży, i to nie tylko mnie - mówi Marek Szuba, który uczył biatlonistkę wychowania fizycznego.

- Kiedy przyszłam do szkoły po zdobyciu przez Krysię wicemistrzostwa świata w biegu na dochodzenie, dzieci nie mówiły o niczym innym. Wypytywały mnie w kółko, czy już słyszałam - wspomina Maria Miętus, dyrektorka szkoły.

We wsi poruszenie. Władze chcą, by w Czerwiennem powstały najlepsze trasy biegowe na Podhalu, a być może w całym kraju. Plany ich budowy powstały jeszcze przed zdobyciem medalu przez Pałkę, ale teraz szanse wzrosły. Mają mieć dziesięć metrów szerokości i trzy, może nawet cztery kilometry długości. Wójt podobno dał zielone światło, ale teraz przed urzędnikami najtrudniejsze zadanie: trzeba uzyskać zgodę właścicieli gruntów ziemskich. A górale lubią stawiać na swoim...

- Mam nadzieję, że będziemy mogli przekazać właścicielom symboliczny datek za zgodę na budowę tras i jestem przekonany, że nie będzie problemów. Sukces Krysi na pewno może pomóc. Jej osiągnięcia dają bodziec do pracy, pokazują, że warto coś robić dla wsi. Jak teraz nie wykorzystamy naszych pięciu minut, to potem może być różnie - przekonuje Tomasz Garbaciak, radny gminy Czarny Dunajec, były sołtys Czerwiennego, a obecnie... sąsiad Pałki. Jest też pomysł, by zbudować trasy nartorolkowe do letnich treningów, ale na razie to nic konkretnego.

W Czerwiennem czasami już teraz ćwiczą czołowi polscy biegacze i biatloniści, a ostatnio odbyły się tu gminne zawody. Wracając ze szkoły, mijamy kilkoro dzieci z nartami biegowymi na ramieniu. Główna droga we wsi ciągnie się przez prawie dziewięć kilometrów i Pałka twierdzi, że nadaje się do treningów. Sama często wybiega pod górę, a potem dzwoni do taty, by po nią przyjechał i zwiózł. Choć dużego ruchu nie ma, to zjazd ulicą na nartach byłby zbyt niebezpieczny.

Góralski charakter

Dzwonek na przerwę. Po szkole szybko roznosi się wiadomość o naszej wizycie. Niektóre dzieci ustawiają się za filarem, zerkają nieśmiało i udają, że wcale nie patrzą na biatlonistkę, a odważniejsze podchodzą, by powiedzieć "dzień dobry". - Zdarzyło się, że przychodziły do mojego domu i pytały, kiedy w końcu zostanę ich trenerką. Czemu teraz nie podbiegają z prośbami o autografy? Bo już je mają - śmieje się Pałka.

Dwa lata temu była gościem specjalnym podczas szkolnych zawodów biatlonowych, a wcześniej oddała też swój stary sprzęt. - Był w dobrym stanie, to czemu ma się marnować, skoro dzieciaki mogą z tego skorzystać? - pyta zawodniczka. Kiedy chodziła do siódmej klasy, kilka szkół w okolicy podpisało porozumienie z WKS-em Zakopane. Podstawówka w Czerwiennem była jedną z tych, które otrzymały potrzebny do treningów sprzęt. I wtedy wszystko się zaczęło.

- Tras tu nigdy nie było, więc biegaliśmy czasem w śniegu po kolana. Były też karabiny, więc mocowaliśmy tarcze do ławek i na przerwach oddawaliśmy pierwsze strzały. Tylko akurat na angielski wtedy chodziłam, więc nie było wiele wolnego czasu - opowiada Pałka.

Kompletów nart wówczas nie starczało dla wszystkich. Wicemistrzyni świata wspomina, że w pierwszej kolejności otrzymywały je pupilki nauczycieli. A ona do nich nie należała, bo - jak sama twierdzi - była zbyt uparta. O tym, że zawsze stawiała na swoim, krążą zresztą anegdoty.

Kiedyś trener Tadeusz Jankowski, który zapoczątkował kobiecy biatlon w Polsce, wyrzucił ją ze zgrupowania w Ustce. Sama nie pamięta dlaczego, ale zapewne powiedziała o dwa słowa za dużo. Teraz, gdy o tym wspomina, zanosi się śmiechem, ale wtedy nie było żartów. Zamiast wrócić do domu, dołączyła do grupy starszych chłopaków i przez dwa tygodnie biegała z nimi po lesie. - I co? Na dobre mi to wyszło. Po powrocie były starty w biegach przełajowych. Dzięki wyciskowi na zgrupowaniu nie było mocnej, by mnie pokonać. Wygrywałam wszystkie - śmieje się Pałka.

Mieszka kilometr od szkoły, więc czasem jeździła na lekcje rowerem lub na deskorolce. - W tamtych czasach nie mieliśmy dobrych warunków. Sama Krysia czasami musiała deptać trasy, by można było pojeździć. Niby była drobniutka, ale faktycznie nadrabiała upartością. Nie tylko ona, ale wszystkie dzieci wtedy ciągnęły na narty, nawet jak trzymał mróz. Zdarzało się, że wychodziliśmy przy minus dwudziestu stopniach - wspomina Szuba, nauczyciel wuefu.

Pałka: - Zdarzało się też, że byliśmy przemarznięci do szpiku kości, ale szczęśliwi, bo na treningi do Kościeliska jeździliśmy wielkim wojskowym starem.

Koleżanka Justyny Kowalczyk

"Nie znam drugiej tak twardo stąpającej po ziemi kobiety. Tak upartej. Jeśli Krysię zastaną zatrzaśnięte drzwi, ona będzie wchodzić oknem czy kominem" - tak o Pałce tuż po sukcesie w Novym Meście pisała na blogu Justyna Kowalczyk.

- A ja myślę, że bardziej uparta jest jednak Justyna - uśmiecha się Pałka.

Znają się doskonale, bo chodziły do tej samej klasy liceum w Zakopanem i do dziś utrzymują kontakt, czasem spotykają się na zgrupowaniach. Raz Kowalczyk wspomniała w mediach, że trzeba zorganizować casting na męża Krysi i teraz dziennikarze ciągle o to pytają. Na przykład przed spotkaniem z nami Pałka opowiadała o swoich miłosnych perypetiach w "Dzień Dobry TVN".

- Usiądziemy kiedyś z Justyną, ustalimy wszystkie kryteria i ogłosimy oficjalny konkurs na męża. Na razie niech panowie prasują koszule i pracują nad muskulaturą. Niech potem nie mówią, że nie mieli czasu się przygotować - Pałka nie może powstrzymać śmiechu.

Po zdobyciu medalu wiele się w jej życiu zmieniło. Telefon nie przestaje dzwonić. Twierdzi, że do dziś nie odpisała na wszystkie gratulacje. Były setki e-maili, SMS-ów, wiadomości na Facebooku. Zaraz po zdobyciu wicemistrzostwa miała podobno tak dużo połączeń, że musiała wyłączyć komórkę. Ale wtedy przybiegali do niej znajomi ze słuchawką w ręku i kolejnym rozmówcą na linii.

- Aby odpisać wszystkim, musiałabym chyba siedzieć przed komputerem 24 godziny bez przerwy - śmieje się.

Doktor biatlonistka

Srebrny medal może być dla niej nowym początkiem także z innego powodu. Do tej pory na sporcie finansowo więcej traciła, niż zarabiała i pewnie gdyby nie góralska zawziętość, to nartami i karabinem dawno cisnęłaby w kąt. Kiedy leczyła kontuzje barku czy kolana, z własnych pieniędzy opłacała dojazdy i wizyty w klinikach w Krakowie albo Bieruniu. Niedługo czeka ją kolejny zabieg, bo musi usunąć... specjalistyczną śrubę ze stopy.

- Właśnie ten mój charakter mi pomógł. To chyba kwestia genów. W głębi serca zawsze czułam, że stać mnie na dobre wyniki i ta góralska natura nie pozwoliła mi się poddać. Gdybym miała więcej pieniędzy, to dobre wyniki przyszłyby wcześniej. Na przykład przegrałam walkę o medal juniorskich mistrzostw świata o jedną setną sekundy, ale wtedy miałam ledwie dwie pary nart - wspomina.

Na własną rękę nawiązała kontakt z firmą Fisher i serwismenami reprezentacji Austrii. W Polsce na dobry serwis nie miała co liczyć. O swoim sprzęcie wypowiada się pieszczotliwie: nie "narty", ale "nartki". Podobno wciąż musi odpowiadać, jak nazywa się jej karabin. To dlatego, że jej koleżanka z reprezentacji Weronika Nowakowska-Ziemniak ochrzciła swój "Zbyszek". Pałka ogłosiła więc na Facebooku, że karabin jest bezimienny.

- I jak jeszcze raz mnie ktoś o to zapyta, to rozstrzelam. To po prostu sprzęt, o który trzeba dbać, choć przyznaję, że jeśli podczas jakiegoś wyjazdu jestem sama w pokoju, to jedno z łóżek zawsze należy właśnie do karabinu - mówi. I zapewnia, że nigdy nie użyła go do celów pozasportowych. Choć koledzy ze studiów czasami żartowali, że z karabinem chodzi na egzamin.

Teraz najważniejsze są przygotowania do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Soczi. Ale nie tylko! Jeszcze przed wyjazdem do Rosji chce obronić pracę doktorską na temat biatlonu. Do czego potrzebny jej tytuł naukowy?

- A czemu miałabym go nie mieć? - odpowiada w swoim stylu. - Gdybym miała zostać tylko i wyłącznie przy uprawianiu sportu, tobym się przecież zanudziła.