Londyn 2012. Chińskie metody produkcji mistrzów - dramaty w cieniu medali

Worek olimpijskich medali zdobytych w Londynie przez Chiny przypomina o sowieckim stylu produkowania sportowych mistrzów. Produkcji z niesamowitym skutkiem i za straszną cenę.
Chińscy blogerzy nie mogą opanować oburzenia na temat systemu panującego w ojczyźnie. Chińscy sportowcy nie mogą widzieć problemu.

Wu Minxia, która zdobyła dwa złote medale w skokach do wody, dopiero po triumfie dowiedziała się o chorobie nowotworowej własnej matki. Rodzice ukrywali to przed nią, bo nie chcieli, zakłócać jej przygotowań do startu w Londynie.

- Rodzice rzadko przychodzą do ośrodków szkoleniowych. Ale odległość dzieląca nas od rodzin nie znaczy, że czujemy się samotni. Wszyscy trenujący jesteśmy jak rodzina. Wybrałam życie sportowca, by osiągnąć taki cel jak medal olimpijski - mówiła dziewczyna po wygraniu złota.

Po upadku komunizmu w Europie, systemy produkujące mistrzów sportu w ZSRR czy NRD, znalazły zastosowanie w Chinach.

Wu Minxia, jak większość z 396 chińskich sportowców w Londynie, poświęciła swoje dzieciństwo dla sławienia ojczyzny przez sport. Koledzy, drużyny i urzędnicy zastąpili jej rodzinę i przyjaciół.

Zachodni trenerzy wprost krytykują chińskich szkoleniowców o fizyczne znęcanie się nad sportowcami. - Zastanawialiście się, dlaczego Chinki odnoszą tyle sukcesów? Prawie wszystkie są trenowane przez mężczyzn. Do wykonywania poleceń są zmuszane biciem - twierdzi Johannah Doecke, trener skoczków do wody z Uniwersytetu Indiana. - W tym systemie, gdy popełnisz błąd, natychmiast musisz się ukłonić w pas i przeprosić - dodaje. Doecke wie co mówi, bo gdy zaczynała u niej trenować Chinka Chen Li, która do Stanów wyemigrowała jako 19-latka, zachowywała się tak samo jak w ojczyźnie.

O systemie panującym w ojczyźnie nie chce jednak powiedzieć złego słowa. Nie przyznaje też, czy była bita. Mówi tylko: - Trenerzy są jak rodzice dla sportowców. Skoki do wody to niebezpieczny sport, trzeba robić wszystko perfekcyjnie, by nie zrobić sobie krzywdy. A jeśli jakiś trener musi uderzyć podopiecznego, to wiem, że w środku bardzo go to boli - twierdzi.

Dominacja w tenisie sportowym i badmintonie też spotkała się z oskarżeniami o katorżnicze treningi chińskich sportowców. - To, jak trenerzy traktują tam zawodników, nie jest dozwolone na Wyspach. - twierdzi Brytyjka Kelly Sibley, tenisistka stołowa. - Parę lat temu grałyśmy w ośrodku w Szanghaju. Gdy ktoś z Chińczyków zagrał nie tak, trener podszedł i po prostu go kopnął! - dodaje.

Chińczycy zdają się nie rozumieć zarzutów. - Trzeba ciężko trenować. Czemu Zachód wygaduje o nas takie rzeczy? - dziwi się Shi Zhihao, trener chińskich ping-pongistek. - Chiny są wolne. Jeśli chcesz coś robić, robisz to. Jeśli nie, to nie - próbuje przekonywać.

Bajka o dzieciach wyrwanych z biedy nie kończy się jednak na ich sportowych sukcesach i medalach olimpijskich. Są w niej też sportowcy, którzy po drodze okazali się słabsi, a teraz pozostali bez wykształcenia i zawodu.

Chińscy medaliści olimpijscy dostają premie od ministerstwa sportu, są też honorowani przez administrację lokalną. Biada tym, którzy sukcesów nie mają - czy ze względu na brak talentu, czy odniesione kontuzje. Ich czeka życie w ubóstwie.

- Jesteśmy przyzwyczajeni do nauki i do treningów. Odpoczynek jest potem - mówi Chinka Lu Ying, srebrna medalistka w pływaniu motylkiem na 100 m, która część treningów odbywała w Australii. - Myślę, że chińskie myślenie ma ograniczenia. W Australii byłam zapraszana na barbecues z kolegami i koleżankami z drużyny, w Chinach to nie do pomyślenia - dodaje.

Szerzej starają się myśleć chińscy blogerzy. ''Cały narodowy system to katastrofa. Młode talenty mają się zamknąć i trenować. Nie są przygotowane do życia, umieją robić tylko to, co trenują'' - pisze Sina Weibo na Twitterze.

Krytyka nie robi wrażenia na liderach Chińskiej Partii Komunistycznej, którzy polegają na systemie produkcji mistrzów. Oni doskonale wiedzą, że sukcesy sportowe wzmacniają poczucie dumy narodowej.