Londyn 2012. Chcesz wygrać, bądź gotów na wielki ból

- Aktywność fizyczna jest zdrowa, ale sport wyczynowy? Co do tego my, lekarze, coraz częściej mamy wątpliwości - mówi dr Jarosław Krzywański, lekarz sportowy, zastępca szefa komisji medycznej PKOl.
Jakub Ciastoń: Marcin Dołęga mówił, że przed igrzyskami w Pekinie wziął 30 zastrzyków - blokad. Bartłomiej Bonk - że zjadł tonę tabletek przeciwbólowych. Medycyna uśmierza ból, ale w pewnym sensie zachęca, by dalej dźwigali ciężary, choć ich ciało protestuje.

Jarosław Krzywański: Te zastrzyki ich nie leczą. Uprawianie sportu wyczynowego to potwornie ciężka praca i nieustanna walka z bólem. Lekarze często nie stoją po tej samej stronie co sportowcy. Buntujemy się, protestujemy, ale oni są bardzo zmotywowani, chcą trenować mimo bólu. Podnoszą ciężary, bo wiedzą, że to jest ich jedyna droga. Czasem nawet udają, że ich boli mniej albo wcale.

Jak reagują stawy i mięśnie ciężarowców?

- Najbardziej obciążone są stawy kolanowe, w pierwszej fazie to one dźwigają ciężar w górę. Poza nimi stawy barkowe i łokcie. One cierpią najczęściej przy nieudanych próbach w rwaniu. No i kręgosłup. Jest ogromny nacisk na odcinek lędźwiowo-krzyżowy. Polska jako jeden z niewielu krajów ma jednak preselekcję ludzi, którzy chcą uprawiać ciężary na podstawie radiologicznej oceny kręgosłupa. Co jakiś czas mają robione te badania także wyczynowcy. Zdarzały się przypadki, że nie dopuszczaliśmy chętnych, orzekając tzw. trwałą niezdolność do uprawiania sportu. Mieliśmy też ok. pięciu przypadków wykluczenia już aktywnych ciężarowców.

Nie można zmusić ciężarowca, żeby zrobił sobie pół roku przerwy i się wyleczył, gdy go boli?

- Nie ma gwarancji, że po przerwie nie będzie go dalej boleć. To normalna rzecz w sporcie. Wszystkich boli - lekkoatletów, siatkarzy, pływaków, zapaśników i judoków. Więcej kontuzji czy zabiegów operacyjnych jest tak naprawdę w grach zespołowych, takich jak piłka nożna i ręczna.

Ale ciężarowcy dźwigają wielokrotność wagi własnego ciała. Dołęga podrzuca 230 kg. To musi odbić się na zdrowiu.

- Ciężary to skrajność. Nie ukrywam, że ilość blokad przeciwbólowych i leków przeciwzapalnych w ciężarach jest zbyt duża. Ale kiedy Marcin mówi, że miał 30 blokad, to chyba jednak trochę przesadza.

Co biorą ciężarowcy, żeby uśmierzyć ból?

- Podstawową rzeczą, która ich ratuje, są niesteroidowe leki przeciwzapalne, np. diclofenac. Jak pana boli głowa, weźmie pan 25 mg, ciężarowiec - 100 mg.

Na czym polega zastrzyk blokada?

- To potoczna nazwa podania steroidowego leku przeciwzapalnego miejscowo, np. w staw czy przyczep mięśnia. Kiedyś te blokady były pod ścisłym nadzorem władz antydopingowych, ale od dwóch lat są dozwolone, pod warunkiem że są stosowane miejscowo.

Zamiast leczyć sportowca, uśmierzamy ból. Nie czuje go, ale wciąż podrzuca 230 kg, i kto wie, co się dzieje z jego ciałem.

- W świecie medycznym trwa dyskusja, czy blokady są skuteczne i potrzebne. Nie jestem ich fanem, bo likwidujemy ból, ale nie przyczynę.

Nie można jej zlikwidować?

- Nie da się. Taki jest wyczynowy sport - na granicy ludzkich możliwości. Zawodnik chce wygrać, będzie zawsze naginał granicę. Sport to jest sposób na sławę, życie, na pieniądze. Żeby być najlepszym, niestety, trzeba trenować na granicy. Ciężarowiec na treningu przerzuca dziś po 30 ton i musi to powtórzyć dnia następnego i następnego...

Pan jest lekarzem. Nie może mu pan zabronić, odradzić?

- Wracamy do sedna. Aktywność fizyczna jest zdrowa, ale sport wyczynowy? Co do tego my, lekarze, coraz częściej mamy wątpliwości. Ale, chwała Bogu, sportowcy w Polsce trafiają do specjalistów, którzy raz na pół roku może zrobią im blokadę, ale umieją też ocenić ryzyko. Jeśli uznają, że może dojść do naderwania czy zerwania mięśnia, umieją powiedzieć "nie". W Polsce sportowcy są pod czujną opieką. Jesteśmy przy nich, staramy się nie pozwolić, by przesadzili. Przedłużający się ból prowadzi do kontuzji. Rolą lekarzy jest zapewnienie, żeby nie doszło do niebezpiecznych następstw tych przeciążeń. To nie jest tak, że rocznie tracimy pięciu-sześciu zawodników w ciężarach.

Mówimy ciągle o ich karierze, ale co będzie z nimi za dziesięć lat?

- Mało jest sportowców, którzy myślą, co będzie za dziesięć lat. Idą za bardzo na krawędzi. Nie nadajemy na tych samych falach. Jako lekarz mogę odradzić jakąś metodę treningu, ale nie mam mocy do zabrania ciężarowca z pomostu. Nie ma na świecie badań dowodzących, że wyczynowy sport pogarsza jakość życia na starość. Nie ma też dowodów, że podnoszenie ciężarów może się skończyć kalectwem.

Czy to, że zapasy uprawiają byłe kraje ZSRR i bliskowschodnie satrapie, to nie jest jakiś znak? Może świat zachodni szanuje kręgosłupy i stawy swoich obywateli jednak nieco bardziej?

- Do piłki nożnej czy pływania idzie więcej ludzi, ale nie dlatego, że chcą być zdrowsi, tylko dlatego, że te sporty są po prostu łatwiejsze do uprawiania. Historycznie ciężary u nas były i pewnie dalej będą. To trudny sport, dla podwójnie twardych ludzi, bo pieniędzy też z tego wielkich nie ma.

Dołęgi żal potwornie. Walczył o olimpijską emeryturę. Nie udało się ani w Pekinie, ani w Londynie.

- Kilka tygodni temu widziałem w Spale, jak dźwigał te 190 kg serią. To ogromne nieszczęście Marcina i jego trenera Jacka Chruściewicza, który jest moim przyjacielem. Nie umiem znaleźć racjonalnego wytłumaczenia, czemu się nie udało. Marcin zrobił absolutnie wszystko, w 100 proc. zrealizował założenia treningowe, był w optymalnej formie, był pewnym kandydatem do złota. Myślę, że właśnie to sprawiło, że nie czuł się najlepiej psychicznie.

Gdyby Dołęga powiedział teraz panu, że chce przerzucać tony na treningach i spróbować jeszcze raz za cztery lata, to co by pan mu doradził?

- Jako lekarz nie mogę powiedzieć, że Marcin ma jakiś problem medyczny. Jak trochę odpocznie, nabierze dystansu, to oceni, czy chce dalej uprawiać ciężary. Nie wyszło raz, drugi, ale jest trzykrotnym mistrzem świata, rekordzistą świata...

I jego kolana to wytrzymają?

- Pod nadzorem lekarzy? Oczywiście, że tak. Pytanie tylko, czy przyniesie mu to sukces.