Londyn 2012. Miarczyński: Polskim żeglarzom bardziej się chce

:
-
- Skąd ten sukces? Z determinacji. U nas sezon krótki, więc jak jedziemy na obóz za granicę, to trenujemy non stop, żeby wykorzystać czas. Brazylijczyk, Australijczyk, czy południowiec z Europy, który praktycznie mieszka na plaży, w tym czasie wybrzydza, że wiatr za słab, albo leniuchuje, mówi że najpierw kawki się napije - opowiada Przemysław Miarczyński, brązowy medalista w windsurfingowej klasie RS:X.
Jakub Ciastoń: Z Zosią Klepacką od początku wymieniano was w roli faworytów. W przeciwieństwie do niektórych polskich sportowców, wytrzymaliście presję.

Przemysław Miarczyński,: - Bo nie czuliśmy jej. Chyba dlatego, że podeszliśmy do tych zawodów jak do normalnych zawodów Pucharu Świata. Łatwo nie było, bo wiadomo, że igrzyska są jednak bardziej napompowane, ale z boku to były normalne regaty, gdyby nie to logo "Londyn 2012", niczym by się nie różniły. Może jeszcze tym, że nie można było nigdzie wejść, wszędzie kontrole, zakazy itd. Ale na wodzie - to samo. Cieszę się, że z Zośką się nam udało. Szkoda, że nie wyżej, szczególnie w przypadku Zośki była na to realna szansa.

Który moment w pana rywalizacji o medal był najtrudniejszy?

- Po pierwszym dniu wydawało mi się, że będzie łatwiej. W dwóch wyścigach byłem drugi. Wydawało się, że mam dobrą prędkość, ale potem okazało się, że to była najbardziej morska trasa, z równym, silnym wiatrem. W innej części zatoki było dużo trudniej, wiatr kręcił, potrzeba było dużo więcej manewrów. Wtedy zdałem sobie sprawę, że aż tak prosto jednak nie będzie.

Żałuję też, że nie trzymałem się zawsze planu. Przed wyścigiem obierałem jakąś taktykę, ale na wodzie potem widziałem, że Brytyjczyk i Niemiec planują płynąć w inną stronę. I zastanawiałem się, czy jestem najmądrzejszy, czy jednak popełniam jakiś błąd. Razem dałem się złamać, i okazało się, że źle na tym wyszedłem. Holender Dorian van Rijsselberge zdobył złoto właśnie dlatego, że każdego dnia trzymał się planu z żelazną konsekwencją.

Całe regaty były nerwowe, nie było luzu, że mam dużą przewagę, ciągle trzeba było liczyć - aha, ten ma dwa punkty przewagi, więc nie może być szósty itd. W ostatnim wyścigu atakowałem podium i było najłatwiej, bo przestałem kombinować.

Jedni windsurferzy się lubią, inni mniej, nie pomagacie sobie nawzajem w takim ostatnim wyścigu medalowym. Np. ktoś bez szansy na medal odpuszcza, żeby pan miał łatwiej?

- Każdy z kimś się bardziej kumpluje. Walczącemu ze mną o podium Niemcowi Toniemu Wilhelmowi kibicowali Grek i Szwajcar, ale go nie puścili, nie popłynęli w bok. Nie ma odpuszczania na igrzyskach po prostu.

Przełamał pan olimpijską klątwę. W Atenach rozchorował się pan na półpasiec, w Pekinie nie wiało dla pana dobrze...

- Tak, tak, przełamałem. Najbardziej mnie śmieszy, jak czytam w internecie, że przełamałem klątwę "Tańca z gwiazdami", choć nie wiem za bardzo, co program telewizyjny z 2010 r. ma wspólnego z igrzyskami 2012 r. Tak na serio, to nie myślę o klątwach, chciałem zdobyć ten medal dla siebie, rodziny, kibiców, sponsorów.

W przygotowaniach pomagał panu do końca Piotr Myszka, kolega z kadry, ale też konkurent, z którym wygrał pan rywalizację o jedyne miejsce w Londynie.



- Był ze mną w Weymouth do samego końca, do 27 lipca, pływaliśmy razem, pomagał przy sprzęcie. To bardzo cenna pomoc, dziękuję, że znalazł motywację. I związkowi żeglarskiemu, że pozwolił mu przyjechać.

Silni jesteśmy w tym windsurfingu. Gdyby Myszki nie wykluczyły przepisy pozwalające na start jednego zawodnika, moglibyśmy walczyć w sumie o trzy medale. Skąd się bierze ta siła?

- Z determinacji. U nas sezon jest krótki, więc jak jedziemy na obóz za granicę, to trenujemy niemal non stop, żeby wykorzystać czas. Brazylijczyk, Australijczyk, czy południowiec z Europy, który praktycznie mieszka na plaży, w tym czasie wybrzydza, że wiatr za słaby albo leniuchuje, mówi że najpierw kawki się napije. To się tak przeciąga, aż na koniec okazuje się, że my pływamy więcej od nich (śmiech).

Zanosi się na to, że za cztery lata w Rio będzie kitesurfing zamiast windsurfingu, co pan na to?

- Jestem gotowy się przestawić. Żeglarze żartują się, że kitesurfer amator od kitesurfera profesjonalisty różni się tylko tygodniowym kursem. Myślę, że to pójdzie w stronę racingu, czyli regat na płaskiej wodzie, z wiatrem, pod wiatr, coś jak RS:X. Doświadczenie z windsurfingu będzie miało znaczenie. Mój brat przestawił się w miesiąc i rywalizował już z zawodnikami z kadry. Finansowo kitesurfing będzie chyba tańszy do uprawiania, liczmy, że zrobi się konkurencja między producentami i najlepsi będą dostawać sprzęt za darmo. W RS:X tak niestety nie było, bo każdy miał taki sam sprzęt, który trzeba było kupić. A powinno być tak, jak np. w kolarstwie, że są różni producenci, dostawcy, konkurencja.

Polscy żeglarze mają wszystko to, co rywale podczas przygotowań? Zazdrościł pan czegoś rywalom?

- Byliśmy raczej wszędzie tam, gdzie chcieliśmy. Akwen w Weymouth był blisko, mogliśmy tam mieszkać cały czas, nawet z rodzinami. Brytyjczycy, wiadomo, mieli dużo więcej kasy, a przez to też sprzętu, ludzi. Nick Dempsey ma indywidualnego trenera, zaplecze ludzi oddelegowane wyłącznie dla niego. Mieli tutaj własną wioskę, gdzie siedział statystyk, a nawet psycholog od rozwiązywania problemów rodzinnych (śmiech). U nas, za dużo mniejsze pieniądze, zrobiliśmy prawie to samo. Mój brat pracuje w Norwegii, gdzie skarżą się, że nie mają środków, a brat mówi, że gdyby PZŻ miał takie pieniądze jak oni, to 20 zawodników byśmy wystawiali w klasie RS:X.

Jakie cechy musi mieć dobry żeglarz?

- Jak każdy sportowiec musi być zdeterminowany, dążyć do celu. I musi lubić to, co robi. Umiejętność czytania wiatru przychodzi sama po jakiś czasie, to jest mniej ważne. No i krzepę trzeba mieć, w ciągu trzech godzin na wodzie spala się 2-2,5 tys. kalorii. Ja mam końskie zdrowie, średnie tętno poniżej 100 uderzeń na minutę, gdy schodzę z wody po wysiłku. Trenerzy mówią, że to tak, jakbym na kanapie siedział.

Tomasz Majewski stwierdził, że swój medal po prostu wrzuci do szuflady, a pan?

- O nie, ja powieszę go w domu na honorowym miejscu.

W Rio kitesurfing? Będziemy najlepsi - trener Miarczyńskiego