Sport.pl

Londyn 2012. Po klęsce Marcina Dołęgi - Sztangę trzeba leczyć

Ludzie, co jest z nami? Powinniśmy im, sztangistom, krzyknąć przeraźliwie głośno do ucha: rzućcie to, zajmijcie się czymś innym, co nie zniszczy wam zdrowia - pisze z Londynu Radosław Leniarski.
Powinniśmy mocniej wyrazić nasze wątpliwości, a nie w pełni akceptować proceder, a potem marudzić, że nie ma podium. I jeszcze te emerytury dla medalistów, niby piękny gest państwa, ale też przynęta, by robić coś, do czego państwo nie powinno zachęcać.

Jak to możliwe, że człowiek bierze miesiącami wagony tabletek przeciwbólowych, że traktuje je jak odżywki, jak natkę pietruszki, jak zupki Gerbera, że lekarz mu wstrzykuje podczas przygotowań 30 blokad, aby zamienił się w żurawia portowego, robota bez czucia, i zgadza się to zrobić nie po to, by delikwenta wyleczyć, ale by mógł dalej niszczyć się nieludzkimi ciężarami.

Potem wychodzą na pomost z opaskami, bandażami, taśmami na łokciach, plastrami, które czasem kleimy na szybę, aby nie pękła do reszty i nie wyleciała z ramy, więc od razu myślę - czy te sznurki wytrzymają, czy zaraz któryś nie strzeli i cała ta prowizoryczna człowiecza konstrukcja się nie rozsypie.

Marcin Dołęga z premedytacją się okalecza, bo wie, co robią ciężary z jego kośćmi, mięśniami, stawami, ścięgnami, w końcu przeszedł dwie operacje każdego kolana (nie dlatego, że mieszka na czwartym piętrze bez windy), do tego operację barku, przy czym drugi bark też potrzebuje chirurgii, ale przecież nie teraz, teraz są igrzyska, więc nie można tracić czasu na leczenie naderwanego mięśnia, na rehabilitację i trzeba przewalać 30 ton dziennie. Gdyby on był wyjątkiem, powiedziałbym "szaleniec", i tyle.

Jednak w ostatnich dniach nasłuchałem się tyle o bólu, o zbierających się płynach w kolanach, których wypompowywanie jest koszmarnie bolesne (bo trzeba nakłuwać kolano w różnych miejscach i wysysać igłą płyn do sucha), o wstrzykiwaniu komórek macierzystych, co jest jeszcze bardziej bolesne, o nadgarstkach pękających powoli, niewidzialnymi na razie pęknięciami, o wysuszających się stawach podczas odchudzania się, nieuniknionego, aby zmieścić się w limicie wagi i które przez to nabierają niebezpiecznego luzu i niemiłosiernie napieprzają, że sam potrzebuję trzech tygodni spokoju w Ciechocinku i będę o to aplikował u naczelnego.

Wczoraj zapytaliśmy brązowego medalistę Bartka Bonka, człowieka o wielkiej łagodności, że skoro mówi, że wziął podczas przygotowań tonę środków przeciwbólowych, to na co mu to dźwiganie? - No, bo są zawody międzynarodowe, to trzeba dźwigać.

Potem dodał: - Ja potrafię dużo dźwigać, tylko zdrowia nie ma.

Ale po igrzyskach będzie pan nadal dźwigał?

- Muszą zrobić rezonans, coś strzeliło w nadgarstku wczoraj. Ligę jeszcze mamy w tym sezonie...

Czy to przypadek, że w tej dyscyplinie dominują zawodnicy z Chin, Kazachstanu, Iranu, Korei Północnej, Uzbekistanu, Syrii, Gruzji, Azerbejdżanu, Kuby, Indonezji, Rosji, Mołdawii? Co może łączyć te kraje, czytelniku?

Jaki jest tego finał w przypadku Dołęgi?

Nie tylko największa katastrofa w dziejach polskich katastrof nie tylko na tej olimpiadzie, ale też dramat życiowy - Dołęga nie wyrwał pierwszego ciężaru, 190 kg, co zrobiłby w Spale w środku nocy, idąc na salę w pidżamie.

Miał złoto na wyciągnięcie ręki, dlatego że wytrzymał koszmar przygotowań, a inni nie wytrzymali, a raczej nie wytrzymały ich układy mięśniowo-szkieletowe. Z nieludzkiego wyścigu wycofali się z kontuzjami wszyscy najważniejsi rywale, i to tuż przed igrzyskami. Niektórzy sugerują doping, co jest oddzielną historią, ja obstawiam zmęczenie materiału. Jego organizm wytrzymał, on wytrzymał, tylko to mu nic nie dało.

To jeden z najsmutniejszych momentów w mojej dziennikarskiej pracy. I niech mi de Coubertin nie mówi, że liczy się udział.

Marcin Dołęga: Nie nadaję się do ciężarów


Więcej o: