Londyn 2012. Bieg na 100 metrów. Piorun strzelił w Bestię

:
-
9,63! O włos od rekordu świata był Usain Bolt, najszybszy człowiek na Ziemi, z łatwością rozprawił się z Yohanem Blake'm i byłym dopingowiczem Justinem Gatlinem z USA
Takiego olimpijskiego finału 100 m nie było jeszcze nigdy. Nawet w Seulu w 1988 roku, gdy o złoto ścigali się trzej rekordziści świata.

W niedzielę na londyńskiej bieżni biegło obok siebie pięciu najszybszych ludzi w historii sprintu, flagowej konkurencji lekkoatletycznych zawodów - poza jamajskim fenomenem jego rodak Blake znany też jako "Bestia", Gatlin, Tyson Gay, Asafa Powell.

A choćby było ich stu, to dla 80 tysięcy ludzi na stadionie i tak liczyłby się tylko Bolt. Supergwiazdor, który zamienił sprint w globalny show z prężeniem się na starcie, strzelaniem min, dziwnych gestów palcami, naprężaniem wyimaginowanego łuku.

I teraz popisują się wszyscy, każdy na swój oryginalny sposób.

W niedzielę za maską showmana kryło się prawdziwe napięcie, prawdziwa rywalizacja za prawdziwe i wielkie pieniądze, wypłacane przez Pumę, menedżerów europejskich mityngów, światowych reklamodawców. Bolt nie mógł się czuć komfortowo jak przed igrzyskami w Pekinie czy mistrzostwami świata w Berlinie w 2009 roku. Wyrósł mu rywal, 23-letni Yohan Blake. Ten sam, który sprowokował go do falstartu w finale 100 m na MŚ w Daegu i go wygrał. Ten sam, który dwukrotnie wyprzedził Usaina podczas eliminacji kadry jamajskiej w tym sezonie.

Ba, większość fachowców zwycięzcę widziała właśnie w Blake'u. Zwłaszcza że sporo czasu na przygotowania jego wielki rywal trwonił na podróże do Niemiec, do kliniki słynnego lekarza, uważanego za cudotwórcę Hansa Wilhelma Mullera-Wolfartha. Nie wiadomo, czy to właśnie mikstura z grzebienia kurczaków, zastrzyki z miodu i krwi cielęcej przesądziły, ale gdy Bolt wystrzelił ze startu, wiadomo było, że zwycięży. Przypomniał, dlaczego wołają nań "Piorun".

Jako niemal dwumetrowy mężczyzna zawsze ma kłopoty ze zmieszczeniem się w bloki, męczy się na pierwszych 10 metrach, i to właśnie początek bywa powodem jego porażki. Bo gdy się rozpędzi, nie ma na niego mocnych.

W niedzielę wystartował idealnie. I znów pokonał 100 m 41 krokami, czyli trzema mniej niż konkurenci. I te wielgachne susy przyniosły mu drugi wynik w historii. Pierwszy (9,59 s) to jego rekord świata z MŚ w Berlinie, trzeci (9,69) to rekord świata z igrzysk w Pekinie.

Blake pobiegł na srebro. Na metę wpadł tuż przed Gatlinem, który wrócił przed dwoma laty z czteroletniej dyskwalifikacji za doping.

Jamajczycy zdominowali bieżnię w Pekinie i w Londynie też to zrobią. W sobotę mistrzostwo na 100 m obroniła Shelly Ann Fraser-Pryce, a brąz zdobyła Veronica Campbell-Brown. Znaczy w ledwie dwóch sprintach Jamajka zdobyła dwa złota, srebro i brąz. A być może wśród mężczyzn całe podium byłoby jamajskie, gdyby nie kontuzja Powella. To się zdarza - w Pekinie wszystkie medale zgarnęły jamajskie sprinterki.

Wszyscy Jamajczycy, o których piszemy, przeszli przez międzyszkolne zawody z ponad 100-letnią tradycją i na które od kilku lat ciągną tłumy agentów sportowych, skautów w amerykańskich uniwersytetów, menedżerów z federacji różnych krajów, kuszących wielkimi zarobkami i premią za zmianę obywatelstwa. Na 30-tysięcznym stadionie narodowym w Kingston Bolt nie wygrał żadnego finału w grupie 14-latków, mała Shelly Ann dostawała regularne lanie, tak jak mała Veronica. Nawet Jamajka z urodzenia Sandra Richards-Ross, która w niedzielę zdobyła złoto na 400 m dla USA, przeszła chrzest w Kingston.

Chyba wszyscy jednak intuicyjnie czujemy, że chodzi nie tylko o technikę biegania, o - być może - geny, o powszechność biegania na karaibskiej wyspie, ale też o stosunek do świata.

Polski sprinter Dariusz Kuć, który miał szczęście startować z Boltem w MŚ w Berlinie - w eliminacjach, rzecz jasna - opowiadał, że przed startem, w tzw. call- roomie, czyli pokoju dla zawodników oczekujących na start, Jamajczyk zachowuje się tak, jak typowy Jamajczyk powinien się zachowywać. Czyli zamiast siedzieć grzecznie albo co najwyżej lekko się rozciągać, chodzi i śpiewa reggae, wygłupia się, zaczepia innych dowcipami i uśmiechami, kto wie, czy nie drwiącymi.

A właściwie to wiadomo, że drwiącymi. Bo w niedzielę zadrwił z tych, którzy myśleli, że jest na świecie istota ludzka szybsza od niego.