Londyn 2012. Trzy złote centymetry, dwie złote kule

:
-
W niebotycznym konkursie pchnięcia kulą mistrz olimpijski Tomasz Majewski pokonał mistrza świata Davida Storla. O trzy centymetry!
Takiego poziomu konkursu olimpijskiego nie było od zainfekowanych anabolikami igrzysk w Seulu w 1988 roku, gdzie wygrał Ulf Timmermann z NRD (22,47). Powiedzmy sobie szczerze - powyżej 22. metra pchały za niego głównie zastrzyki turinabolu prosto z JenaPharmy. Nie liczy się.



Ale nowych czasach, postenerdowskich nikt nie pchał w finale tyle, co Majewski i Storl, 22-letni czyli młody jak na kulomiota, eksplozywny Niemiec (też z terenów NRD, ale urodził się już po upadku muru berlińskiego).

Takiego kulomiota jak dwumetrowy, 145-kilogramowy Polak, nie było od Perry'ego O'Briena, który jako ostatni obronił tytuł mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą (1952 Helsinki - 16 metrów, 1956 Melbourne - 18,57 m).

Tak jakby po katastrofalnym konkursie w zeszłorocznych mistrzostwach świata w Daegu, gdzie nie zakwalifikował się nawet do ścisłego finału, paląc pierwszą próbę, psując nerwowo dwie następne, Majewski sobie powiedział: - Więcej takich wpadek nie będzie.

To był całkiem inny Majewski niż Daegu i inny niż w Pekinie, cztery lata temu. Choć wciąż z tą samą pekińską, szczęśliwą bandanką na głowie.

Nie chodzi tylko o to, że teraz jest żonaty i ma malutkie dziecko, choć z pewnością ta zmiana w życiorysie 31-letniego kulomiota miała ogromne, stabilizujące znaczenie.

Tam - w stolicy Chin - była kompletnie inna sytuacja. Wtedy jechał jako średnio mocny kulomiot. Polska była co do jego możliwości i szans podzielona. On nieśmiało marzył o brązowym medalu, cała reszta nie dawała mu szans. A i tak osób, które znały jego możliwości można było wtedy ograniczyć do wąskiego grona zagorzałych kibiców lekkoatletyki.

Teraz jechał jako obrońca tytułu, jako były wicemistrz świata. Nigdy mu nie brakowało pewności siebie, ale teraz z niego kipiała wiara, że wszystko pójdzie w Londynie dobrze, mimo, że w tabelach światowych miał dopiero czwarty wynik. - Ja już mam złoty medal. To cała reszta musi się sprężać, aby go zdobyć dla siebie. Być może przecież żaden z nich nigdy nie zdobędzie złota - mówił Majewski przed konkursem.

Miało to swoje olbrzymie konsekwencje w piątkowym konkursie, bo pchnięcie kulą to też wojna psychologiczna - w Daegu ją przegrał i przyjął tą lekcję jak wzorowy uczeń.

- Czas na dużych chłopców - powiedział basem spiker

Kiedy Storl pchnął w pierwszej próbie 21,84, w drugiej poprawił się jeszcze o dwa centymetry, każdy inny kulomiot pomyślałby - już pozamiatane, tego smoka nie pokonam. Być może nawet Majewski z wcześniejszych lat by to zrobił. Ale teraz nie stracił nerwów. Spróbował raz - 21,72! Dużo, ale za mało, co łatwo było zauważyć patrząc na kwaśną minę kulomiota. Wtedy naszym zdaniem przyszedł czas nie na dużych chłopców, ale na facetów, którzy nie pękają.

Majewski odpowiedział imponująco w swojej trzeciej próbie, bardzo szczęśliwej - pobił Niemca o jeden centymetr!

Teraz to on miał wszystkich rywali pod kontrolą. I wiedział, że jego groźni przeciwnicy Amerykanie nie są odporni na taką presję, pokazywali to często. W wąskim finale jako lider mógł do końca patrzeć się na to jak bardzo chcą go przerzucić i nie mogą: Christian Cantwell, Reese Hoffa, którzy w tym sezonie osiągali 22 metry lub więcej, Kanadyjczyk Dylan Armstrong.

I mógł z tego tylnego fotela kontrować w razie czego - jak prawdziwy mistrz. Ale nie było w razie czego.

Ostatnie pchnięcie, kiedy już wiedział że ma złoty medal, pchnął najdalej, właściwie z nieustającym uśmiechem na ustach. W najważniejszym konkursie, w ostatniej próbie zbliżył się do swojego rekordu Polski (21,95), zabrakło sześciu centymetrów.

Trzy centymetry dały Majewskiemu już pozycję wyjątkową w polskim sporcie, miejsce w wąskiej grupie podwójnych mistrzów świata. Gdy ją ograniczyć do dyscyplin i konkurencji, które odbywają się na pełnym osiemdziesięciotysięcznym stadionie i są najważniejszym punktem wieczoru igrzysk olimpijskich, okazuje się, że Majewski jest już wśród polskich legend sportu.

- Bardzo rozbawiło mnie to, że mi się udało. Znowu ich oszukałem w jakiś sposób, mimo, że są lepsi. Ekstra, ekstra, ekstra! Wielka historia, obroniłem tytuł - cieszył się Majewski w pierwszych słowach po zdobyciu medalu.