Londyn 2012. Jak Polacy znoszą klęski

Szermierze wygrali dwie walki, tenisiści dwa mecze, pływacy odpadają hurtowo w eliminacjach, naszą reprezentację toczy w Londynie choroba wczesnych porażek.
Nawet na konia nie ma co liczyć, co już nie jest nawet chichotem, ale rżeniem olimpijskiej historii. W konkursie WKKW nie wystartował wałach Wag, a co za tym idzie Paweł Spisak. Koń nie przeszedł badań weterynaryjnych. Nie miał "czystości chodu".

A rower Macieja Bodnara psuł się podczas "czasówki" dwa razy. Polak zajął 25. miejsce.

Kiedy Radosław Zawrotniak przegrał swój pierwszy szermierczy bój z Senegalczykiem, kolega londyński korespondent powiedział: - No, nie... jadę tam i go zapytam: panie Zawrotniak, coś pan opowiadał o tym złotym medalu!?

Nie ma się co czepiać jednego szermierza, choć on sam uważał się za faworyta. Florecistka Sylwia Gruchała też liczyła na medal w swoich wyjątkowych, bo ostatnich igrzyskach, a odpadła w pierwszej rundzie z niżej rozstawioną Japonką - choć ta walka miała być przetarciem, rozgrzewką przed znacznie większymi wyzwaniami.

Sklasyfikowana na drugim miejscu na świecie tenisistka Agnieszka Radwańska przegrała pierwszy mecz z Niemką Julią Görges, choć na prawdziwym Wimbledonie doszła do finału. Główny wioślarz czwórki wagi lekkiej Paweł Rańda mówił, że srebrny medal będzie dla niego porażką, ale odpadł ze swoją osadą w repasażach, ósemka wygrała w Eton finał B, choć liczyła na to samo w finale A.

Nasi ulubieńcy, siatkarze, którzy roztrzaskiwali wszystkich w Lidze Światowej, Pucharze Świata i mieli kontynuować roztrzaskiwanie w Londynie, doznali zaskakującej porażki z podobno rozbitą drużyną z Bułgarii.

Jeśli nasi przechodzą ciut-ciut dalej niż pierwsza albo druga runda, rozbijają się o chińskich badmintonistów, japońskich judoków, amerykańsko-australijsko-francusko-chińsko-japońsko-rosyjsko-niemiecką koalicję pływaków, niesprawiedliwych sędziów, mecze odbywają się bardzo wcześnie, za wcześnie - chciałoby się powiedzieć. Albo bardzo późno. Za późno.

Z pewnością będzie lepiej. Nie jest to nawet półmetek igrzysk. Do finałów szykują się wioślarze, w piątek zaczynają się zawody lekkoatletyczne, dźwigać dopiero zaczną ciężarowcy, w regatach Weymouth dobrze idzie żeglarzom - ale na razie strach wychodzić z wioski i wchodzić na olimpijski obiekt. Albo włączyć telewizor. Włączał go siatkarz Michał Winiarski i powiedział: - Na pewno dla nas nie jest to miłe, bo jak mamy wolne i siedzimy w wiosce, to szukamy w telewizji zawodów, w których występują nasi. No i do tej pory nie mieliśmy wielu powodów do radości.

Rozmowa dla Sport.pl odbyła się przed porażką z Bułgarią, z pewnością oglądaną przez wielu naszych olimpijczyków.

Trener Andrzej Kijowski, z którym rozmawiałem, gdy był na treningu ze srebrną medalistką w strzelaniu Sylwią Bogacką, twierdzi, że nic złego w polskiej drużynie się nie dzieje. To ważne stwierdzenie, bo Polka w sobotę wystartuje w swojej ulubionej konkurencji strzelania z trzech pozycji. Konkurencji wrażliwej na wpływy zewnętrzne jak zegar atomowy, wymagającej spokoju i dobrego nastawienia. - Niepowodzenia drużyny nie mają dla nas znaczenia. Dziewczyny, owszem, oglądają zawody, ale koncentrują się na sobie. Wszyscy tutaj wiemy, że w Pekinie pierwszy medal był po kilku dniach od rozpoczęcia igrzysk [to wtedy mój kolega Rafał Stec napisał, że boi się wychodzić z pokoju, żeby nie dopadła go jakaś klęska prześladująca biało-czerwonych], w Atenach też długo czekaliśmy - powiedział trener, który w Atlancie w 1996 roku cieszył się ze złota swojej zawodniczki Renaty Mauer już pierwszego dnia igrzysk. Czyli się przyzwyczailiśmy.

- Smutnego nastroju się nie odczuwa. Na pewno przykro nam wszystkim, że nie idzie, ale przecież inni też chcą tutaj wygrywać - stwierdził w Radiu TOK FM siatkarz plażowy Mariusz Prudel, jeden z kilku sensacyjnych wyjątków, po zwycięstwie nad amerykańską parą numer jeden na świecie.

Morale ratują właśnie olimpijczycy, o których niewielu kibiców w Polsce w ogóle słyszało - jak Prudel i jego kolega z siatkarskiego duetu, Mateusz Polaczyk w kajakarstwie górskim, ważny członek kajakarskiego klanu olimpijczyków, który przypłynął czwarty i naprawdę bardzo mało zabrakło mu do medalu.

W końcu komuś musi się udać, olimpijczyków przyjechało 217.