Londyn 2012. Ten łomot był w planie, czyli handball made in UK

Wizyta na meczu brytyjskich szczypiornistów, zbieraniny półamatorów i imigrantów, to dość surrealistyczne przeżycie. Na boisku dostają takie lanie, że bolą oczy, ale publika i tak szaleje. Sęk w tym, że pewnie ostatni raz, bo po igrzyskach sport umrze śmiercią naturalną
W hali Copper Box, czyli w Miedzianym Pudełku, atmosfera jak na rockowym koncercie. Spiker wykrzykuje nazwiska piłkarzy, muzyka rozsadza uszy, siedmiotysięczne trybuny tańczą. "Cooooooome on, UK!" - ryczą kibice poprzebierani we flagi Union Jack. Nie stracili dobrego humoru nawet wtedy, gdy po 20 min meczu Wielka Brytania - Szwecja, na tablicy wyników świeciło smutne 6:17. Wielkim widowiskiem piłki ręcznej ciężko było to nazwać. Skończyło się na pogromie 19:41. Pewien progres jednak jest, bo w pierwszym meczu Team GB został rozbity przez broniących tytułu Francuzów jeszcze wyżej - 14:44. Gazety cieszyły się wtedy, że nie była to jeszcze największa olimpijska klęska w historii piłki ręcznej - w 1980 r. Jugosławia rozniosła Kuwejt 44:10.

Trudno się jednak dziwić, że Brytyjczycy dostają łomot, skoro ich kapitan Bobby White w 2007 r. nie słyszał jeszcze nigdy o piłce ręcznej. Był bramkarzem w amatorskiej drużynie piłki nożnej Newport Pagnell FC. Leżał sobie na kanapie, oglądał BBC Breakfast News, i zastanawiał się, czy nie mógłby robić w życiu czegoś ciekawszego. - I wtedy zobaczyłem w telewizji Sir Steve'a Redgrave'a [pięciokrotnego mistrza olimpijskiego w wioślarstwie], który mówił coś, że każdy może wziąć udział w igrzyskach. Wystarczy mieć 190 cm wzrostu i sportowego ducha - opowiadał White.

To było ogłoszenie o naborze do specjalnego programu " Sporting Giants" realizowanego przez rządową agendę UK Sport. Przed pójściem na rozmowę kwalifikacyjną White wygooglował " handball" i poczytał o nim w Wikipedii.

Po przyznaniu w 2005 r. decyzją MKOl igrzysk Londynowi, Brytyjczycy, jak każdy gospodarz, nabyli prawo do wystawienia reprezentacji w sportach drużynowych. Piłkę ręczną tworzyli kompletnie od zera - czterech zawodników wyłonił wspomniany program " Sporting Giants", kolejnych czterech znaleziono szukając Skandynawów z niższych lig z podwójnym obywatelstwem, takich, jak Steven Larsson, czy Robin Garnham. Resztę stanowili przeważnie studenci zagranicznych uczelni, dziwnym trafem uprawiający piłkę ręczną.

Tak skomponowaną drużynę skoszarowano na kilkanaście miesięcy w duńskim Aarhus na obozie szkoleniowym. W ciągu pięciu lat od powstania drużyny Brytyjczycy wygrali... dwa mecze - z Bułgarią i Włochami. W ostatnim sparingu przed igrzyskami Węgrzy rozbili ich 44-12. - Porażka 10-12 golami będzie wielkim osiągnięciem - mówili piłkarze przed potyczką z Francją.

Wielka Brytania pojawiła się na mapie szczypiorniaka, ale sama dokładnie nie wie po co.

Poszedłem na konferencję prasową po meczu ze Szwecją. Na sali było chyba sześciu Szwedzkich dziennikarzy, ani jednego Brytyjczyka. Jako jedyny zadałem pytanie nie skierowane do Szwedów. Co dalej? Co z wami będzie po igrzyskach? - Kibicom się podoba, w kilku szkołach ruszyły programy szczypiorniaka, mamy nadzieję, że coś z tego będzie - odparł prawoskrzydłowy Sebastian Prieto. - Plan był taki, żeby poprzez igrzyska przekonać kibiców i sponsorów do piłki ręcznej, że istnieje taki sport, że warto w niego grać, inwestować, pokazywać - mówił wcześniej także White.

Przyszłość nie jest jednak różowa., bo UK Sport, początkowo niezwykle zapalona do projektu, w 2009 r. przykręciła kurek z pieniędzmi, mówiąc, że jest kryzys i piłka ręczna musi sobie radzić sama. To był trudny moment dla drużyn (także kobiecej), w które wpompowano wcześniej 3 mln funtów. Zawodnikom obcięto stypendia. Ciaran Williams i Chris McDermott sprzątali miejskie toalety, malowali mieszkania. Skrzydłowy John Pearce pracował na budowie nim dostał pół-zawodowy kontrakt w małym klubie w Norwegii. Christopher Mohr od 6.30 do 11.30 pracował w piekarni, dopiero potem szedł na trening. Dziś kilku zawodników gra w zawodowych klubach w Europie, ale część wciąż łączy sport z pracą. Po igrzyskach ma odejść serbski trener Dragan Djukić. Kiedy na konferencji zadawałem pytanie o przyszłość piłki ręcznej, dał znak, że nie chce odpowiadać. To zły znak dla brytyjskiej piłki ręcznej.

Niepoprawnym optymistą jest John Brewer, prezes brytyjskiego związku. Jego zdaniem pełne trybuny i entuzjazm kibiców pokazują, że sport został świetnie przyjęty i ma przyszłość. Brewer liczy, że UK Sport zmieni zdanie i utrzyma szczypiorniaka przy życiu przez kolejne cztery lata. - Odbiór dyscypliny jest świetny, mówili o nas w telewizji śniadaniowej, rozgrzaliśmy Twittera, sam słyszałem w metrze entuzjastycznie nastawionych fanów, którzy mówili, że handball jest cool. Na igrzyskach w Rio będziemy już silni - mówi prezes.

Ale spotkany przeze mnie w biurze prasowym Copper Box jedyny angielski dziennikarz z " Sunday Telegraph" Robert Mendick nie zostawił złudzeń. Na pytanie, czy sport przetrwa, przecząco pokręcił głową: - Futbol i krykiet, Futbol i krykiet, tylko to się liczy w tym kraju.

Zwycięzca Rajdu Dakar » zdobył brąz w Londynie 2012


Więcej o: