Londyn 2012. Smutny Kubot: Czarny polski dzień. Zostały Radwańskie

- Debliści też przegrali, dziewczyny też? Czarny polski dzień. Zostały nam tylko Radwańskie - wzdychał Łukasz Kubot po porażce w I rundzie tenisowego singla z Bułgarem Grigorem Dimitrowem. W deblu odpadli Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski oraz Klaudia Jans-Ignacik i Alicja Rosolska. Z Niemką Moną Barthel wygrała w singlu jedynie Urszula Radwańska, ale teraz zmierzy się z główną faworytką - Sereną Williams.
Trudno powiedzieć, czy to rzeczywiście był czarny polski dzień, bo właściwie nikt z Polaków nie występował w roli faworyta.

Klaudia Jans-Ignacik z Alicją Rosolską przegrały z parą numer trzy - Rosjankami Marią Kirilenko i Nadią Pietrową 7:6 (7-5), 3:6, 2:6. Polki w pierwszym secie brawurowo odrobiły wysokie straty - było już 2:5, a potem 1-4 w tie-breaku, ale potem znacznie silniejsza fizycznie Pietrowa i dużo regularniejsza w grze z linii końcowej Kirilenko, obie wysoko notowane w singlu, przejęły inicjatywę.

- Nie utrzymałam moich serwisów, one lepiej serwowały, a na trawie bez dobrego podania szybko jest po meczu - powiedziała Alicja. - Szkoda, nie zdążyłyśmy nawet dobrze poczuć olimpijskiej atmosfery. Odpadamy pierwszego dnia, u nas repesaży niestety nie ma - kwaśno żartowała Klaudia. Trochę czepiały się jeszcze Pietrowej, że robiła za długie przerwy na konsultację taktyki z Kirilenko. - Jak jej szło, to grała szybko i bez zastanowienia, a jak nie, to specjalnie przeciągała te rozmowy z partnerką. Powinniśmy chyba zwrócić uwagę sędzi, ale w sumie to już bez znaczenia - machnęła ręką Klaudia.

To co, teraz wakacje? - zapytał polski dziennikarz nie piszący na co dzień o tenisie (a na igrzyskach zawsze trafi się ktoś niezorientowany w konkretnej dyscyplinie). - No nie... teraz Kanada, Stany i US Open, wakacje to w listopadzie - odparły dziewczyny.

Debliści na ostrzu noża

Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski przegrali z Hiszpanami Davidem Ferrerem i Feliciano Lopezem 6:7 (7-9), 7:6 (8-6), 6:8 po ostrym jak brzytwa pojedynku. Tu o sensacji też jednak ciężko mówić. Ferrer to piąty singlista świata, Lopez od dawna jest w top 50. Mariusz i Marcin zaliczają się do deblowej elity, ale sukcesy odnoszą głównie w turniejach, gdzie widzą znajome twarze - takich samych jak oni deblowych specjalistów. Nigdy nie umieli wygrywać ważnych meczów z parami złożonymi z dwóch singlistów, bo oni zazwyczaj lepiej od klasycznych par deblowych returnują, lepiej czują piłkę, są po prostu lepszymi tenisistami (i dlatego grają głównie w singla). Polacy dali z siebie wszystko - podkreślali to zresztą sami, mijając ze zwieszonymi głowami polskich dziennikarzy - ale na dwóch mocnych Hiszpanów to było wciąż za mało. Niektórym zdawało się, że w końcówce Matkowski opadł nieco z sił i przegrał swój serwis - na trybunach dało się nawet usłyszeć uwagi kibiców, że "powinien jednak popracować nad bardziej sportową sylwetką". Ale Polacy powtórzyli chyba ze trzy razy: - Pechowa porażka, wyszły im trzy returny, i tyle.

Kubot był na ceremonii, na korcie nie dał rady

Łukasz Kubot (ATP 73) w I rundzie singla przegrał 3:6, 6:7 (4-7) z Bułgarem Grigorem Dimitrowem (ATP 53). To też żadna sensacja. Kilkanaście dni temu poległ z tym samym rywalem w dwóch setach w szwajcarskim Gstaad na kortach ziemnych. 21-letni Dimitrow to cudowne dziecko tenisa, zwycięzca juniorskiego Wimbledonu i US Open sprzed kilku lat, nazywany czasem nowym Federerem. Do Kubota można mieć jednak pretensje, bo drugiego seta wypuścił z rąk spektakularnie - prowadził już 5:2, ale nagle zupełnie się zaciął i nie umiał wygrać choć gema. Zmarnował dwie piłki setowe. Z trybun dopingowała go spora grupka polskich fanów i rodzina, ale to też mu nie pomogło. - Gdyby babcia miała wąsy, to by była dziadkiem - odparł na pytanie o zmarnowane szanse Kubot. - Nie mam sobie nic do zarzucenia, dałem z siebie wszystko, w decydujących piłkach Bułgar był jednak lepszy, widocznie jest teraz w wyższej formie. Był bardzo pewny siebie, niebawem będzie w pierwszej dwudziestce na świecie - dodał Polak.

Kubot w piątek, ryzykując zaległości w spaniu i zmęczenie, wybrał się do Londynu na ceremonię otwarcia igrzysk jako jedyny z polskich tenisistów, którzy grali swoje mecze w sobotę. - Gdybym grał o godz. 11, to bym nie pojechał, ale grałem po południu, nie miało to znaczenia dla meczu, a olimpijskie wspomnienia z otwarcia igrzysk zostaną mi do końca życia - stwierdził Polak. I dodał, że zostaje jeszcze kilka dni na igrzyskach. Chce zobaczyć choć jeden mecz siatkarzy. Ale, gdy dziennikarze pociągnęli go za język, na jaw wyszedł też inny powód - Kubot wciąż liczy, że zagra w mikście w parze z Agnieszką Radwańska. Żeby tak się stało, Polka do wtorku musi odpaść z singla lub debla (sama postawiła taki warunek), a po drugie - para Kubot- Radwańska musi dostać dziką kartę od Międzynarodowej Federacji Tenisowej ITF (bo z rankingu miksta może zagrać tylko z Matkowskim lub Fyrstenbergiem). - Mikst ze mną to moim zdaniem najlepsza opcja. I jest szansa na dziką kartę - zakończył Kubot.