Wzruszenie, podziw i zaciekawienie, czyli ceremonia otwarcia z trybun stadionu

- Chiński dziennikarz z prawej przede wszystkim robił zdjęcia, Mołdawianin z lewej nadawał przez moment relację na żywo przez telefon. Ja pisałem i podnosząc czujnie głowę, by zobaczyć, jak na wysokości moich oczu łączono wykute z żelaza kółka olimpijskie. A potem było tylko lepiej - pisze o ceremonii otwarcia igrzysk korespondent Sport.pl z Londynu Łukasz Cegliński.
Opisywanie ceremonii otwarcia nie ma, moim zdaniem, większego sensu. Duża część czytelników prawdopodobnie oglądała ją na żywo w telewizji. Albo widziała zdjęcia. A nawet jeśli nie, to czy chcielibyście czytać relację dziennikarza sportowego z teatralnego przedstawienia historii Wielkiej Brytanii z wątkami muzycznymi, tanecznymi i królowa brytyjska wie jakimi jeszcze?

W krótkich, chaotycznych słowach - przedstawienie było niesamowite! Absolutnie niesamowite! Z wielu względów - raz, że sam fakt obserwowania otwarcia igrzysk jest wystarczającą podnietą do ekscytacji. Dwa, że oglądanie widowiska zorganizowanego z takim rozmachem i pomysłem, a do tego na stadionie, też jest wyjątkowe. Trzy, że te wszystkie zmiany, dynamika, muzyka, wielowątkowe odwołania do historii, kultury...

"Proud to be British!!!!!!" - mignęło mi na Twitterze. I doskonale to rozumiałem.

Ale wróćmy do początku, do wioski i łąk. Kiedy wreszcie sforsowałem kilkanaście bram, bramek i brameczek, kiedy spojrzałem na środek stadionu niemal z poziomu boiska - lub przynajmniej miejsca, gdzie boisko znajdować się powinno- zobaczyłem miniaturową wioskę. I znów - mógłbym szukać porównań czytelnych dla każdego, ale wybiorę takie, które od razu przyszło mi do głowy. Gra komputerowa "Heroes of Might and Magic 3", zamek Bastion. Kuźnia, karczma, młyn... Brakowało tylko Mephali i zastępu Elfów. Przepraszam, jeśli nie rozumiecie, ale mi to się kojarzy z wyjątkowym błogostanem, a myślę, że do części czytelników trafi.

Już piszę chaotycznie, takie są igrzyska, więc pozwolę sobie skakać po tematach - może interesuje was londyńska komunikacja w dzień ceremonii otwarcia? Chcecie wiedzieć, ile czasu zajęło mi dotarcie na stadion? Cóż, odpowiedź nie jest prosta.

Prasa, a także BBC od wczesnych godzin przedpołudniowych ostrzegały, że metro może być przeładowane, że miasto będzie zakorkowane, że 70 tys. chętnych do obejrzenia ceremonii otwarcia sparaliżuje metropolię lub przynajmniej drogę z centrum do Stratford. Ja tego jednak nie widziałem.

Ze stacji Whitechapel, gdzie w małej sali gimnastycznej trenowali siatkarze, do Stratford, czyli stacji najbliższej Parkowi Olimpijskiemu, dojechałem luźnym metrem, siedząc wygodnie. Przesiadka w inny pociąg, by podjechać bliżej stadionu? Luz totalny.

Problemy zaczęły się od momentu wejścia do Parku Olimpijskiego. Już pal sześć kolejną tego dnia "kontrolę lotniskową", przywykłem. Gorzej, że tysiące miłych wolontariuszy, kierowców autobusów i najróżniejszych przedstawicieli olimpijskiej rodziny w fioletowych koszulkach nie wie, jak wskazać najprostszą drogę na trybunę prasową. Mniejsza o szczegóły, ale mam wrażenie, że imponujący stadion obszedłem półtora raza i to w różnych kierunkach.

Uwaga - nie, żebym się jakoś specjalnie skarżył, narzekał. Kiedy w jedno miejsce zmierza kilkadziesiąt tysięcy osób, problemy są naturalne. Ale kiedy czas ucieka, a wydarzenie się zbliża, można się zdenerwować. - Are you fucking kidding me? - usłyszałem niecenzuralne słowa w tłumie przede mną i zobaczyłem młodego człowieka opasanego brytyjską flagę, który wycofywał się, bo usłyszał, że stoi w złej kolejce. Stojący obok wysoki policjant zaapelował, by ważyć słowa. Ale był wyrozumiały.

Kiedy znalazłem właściwe wejście, musiałem pobiegać po schodach, poszukać miejsca z pulpitem, które miałem wypisane na bilecie. Tak, bilecie. Na ceremonię otwarcia, podobnie jak na inne najbardziej oblegane wydarzenia igrzysk, akredytacja nie wystarczy - trzeba mieć wejściówkę. Jako Sport.pl dostaliśmy jedną, koledzy uznali, że jako debiutant na igrzyskach, mogę iść ja. Oni już swoje widzieli.

Miejsca z pulpitem jednak nie znalazłem, ale zdołałem się wcisnąć na miejsce, gdzie komputer trzeba trzymać na kolanach. Też dobrze, widok świetny. Wprost na młyn. Zagroda owiec po prawej, chatka z lewej.

Bradley Wiggins, świeżutki zwycięzca Tour de France, uruchomił dzwon. Przedstawienie się rozpoczęło. Patrząc na zamęt, ruch i kolejne rewolucje na scenie, doświadczałem różnych uczuć - wzruszenia (inauguracja igrzysk!), podziwu (synchronizacja, kolory!), zaciekawienia (co będzie dalej?), niedowierzania (Queen, Prodigy i Underworld obok siebie?!), zmęczenia (na nogach od siódmej, impreza skończyła się o północy), obawy (kiedy dojadę do miejsca zakwaterowania, które, niestety, nie znajduje się w centrum Londynu)?

Chiński dziennikarz z prawej przede wszystkim robił zdjęcia, Mołdawianin z lewej nadawał przez moment relację na żywo przez telefon. Ja pisałem i podnosząc czujnie głowę, by zobaczyć, jak na wysokości moich oczu łączono wykute z żelaza kółka olimpijskie.

Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni oglądałem otwarcie igrzysk w telewizji. Sydney, Ateny, Pekin... Zerkałem, rzucałem okiem na kilkunastosekundowe klipy, oglądałem zdjęcia. Ale zwykle się nudziłem.

W piątek było odwrotnie - powtórzę po raz kolejny: obejrzałem absolutnie niesamowity spektakl! Warto było szukać wejścia, biegać po schodach, mieć kłopot z wysłaniem tekstu. Ten motyw z królową, helikopterem i Jamesem Bondem, Mike Oldfield, Jaś Fasola, Lord Voldemort i jego Śmierciożercy jako hitlerowcy, to dwudziestowieczne przyspieszenie i kolejne odwołania do kultury masowej, dobrej muzyki, filmu, kolejne niespodzianki...

Wreszcie - na końcu, ale jakże istotni, przecież najważniejsi - sportowcy! Agnieszka Radwańska dzierżąca polską flagę i siatkarze. Przede wszystkim oni, ale nie tylko oni.

Znicz zapaliło siedmiu młodych brytyjskich sportowców: Callun Airlie, Jordan Duckitt, Desiree Henry, Katie Kirk, Cameron MacRitchie, Aidan Reynolds i Adelle Tracey.

Dosyć, miałem nie opisywać tego, co widzieliście. Zaczęły się igrzyska. Dobrej zabawy!