Londyn 2012. Pępek świata

Osiem lat temu igrzyska wróciły do antycznej kolebki - Grecji, w piątek w Londynie wracają do źródeł nowoczesnego sportu
Być może Brytyjczycy nie wymyślili wszystkich dyscyplin, ale stworzyli i spisali do nich przepisy, ukuli ideę fair play. Złośliwi Australijczycy mówią, że biegają dla przyjemności, a Anglicy, gdy pali się ich dom. Ale to nieprawda. W londyńskim metrze trudno spotkać kogoś bez stroju do biegania, piłki. Gdy leci się nad miastem igrzysk, widać ile tu zielonych boisk, które nie powstały wczoraj.

Zdzisław Ambroziak napisał kiedyś: "Dzięki sportowi poznałem urok zwykłego, bezinteresownego, fizycznego zmęczenia. Ludzie, którzy tego stanu nie zaznali, nie wiedzą, co tracą".

To jedna strona, przyjemniejsza. Druga - że sport zawodowy, a taki panuje na igrzyskach, boli. Sztangista i nadzieja do złota Marcin Dołęga mówi o 30 blokadach przeciwbólowych, które bierze, aby się przygotować, o operacjach kolan - miał je cztery - o parszywym bólu kręgosłupa. Wszystko, by zdobyć medal. Sam wiem, co to sport zawodowy, bo pięściami rozbijałem krę, aby wyjść na brzeg, gdy przewróciłem kajak podczas lutowego treningu na Kanale Żerańskim 30 lat temu. Wszyscy to wiemy, a jednak po przysiędze olimpijskiej wioślarka Magda Fularczyk, 26-letnia debiutantka, płakała ze wzruszenia.

Pewnie, nie wszyscy ciężko harują tylko dla idei olimpijskiej. Dla wielu motywacją są nagrody za medale - 120 tys. zł za złoto od PKOl, kilkadziesiąt tysięcy od państwa, nagrody z klubów, od rodzinnych miast, emerytury, stypendia.

To wszystko jednak to tylko ułamek tego, co zarabiają gwiazdy igrzysk - Roger Federer wart 70 mln dol., 40-milionowy Michael Phelps czy koszykarze NBA, których zarobki uciekają wyobraźni. Ale to właśnie z powodu ich obecności sponsorzy zapłacili miliard dolarów za patronowanie imprezie.

My jednak przez dwa tygodnie będziemy się pasjonować tylko tym, czy nasi siatkarze powtórzą sukces z Ligi Światowej, a Agnieszka Radwańska znów zagra jak w Wimbledonie. Czy Adam Kszczot lub Marcin Lewandowski dokonają niemożliwego i wygrają z kenijskimi biegaczami? Czy wejdzie do olimpijskiego finału najszybszy człowiek bez nóg Oscar Pistorius, a może Usain Bolt znów pobije rekord na 100 i 200 metrów?

Londyn to powrót do zwyczajnego sportu po napięciach igrzysk w Pekinie. Tu nie chcą zaimponować potęgą, zmusić świat do akceptacji, nikt tu nie przymyka oka na prawa człowieka, a sportowców się nie pyta, co zrobią dla wolnego Tybetu. W Londynie narzekają na korki, zapowiadają i odwołują strajki, mają zwyczajne kłopoty wielkiego miasta i rozwiązują je w zwyczajny sposób.

Na pierwszym planie znów jest zwyczajny sport.