Sport.pl

Londyn 2012. Siatkówka. Andrea Anastasi wziął ten zespół za gardło

Trener przygotowywał metodą startową wszystkie reprezentacje, w których pracował, w Polsce buduje drużynę na wynik. Na razie z dobrym efektem. Kłopotem może być presja, która się wytworzyła - mówi Ryszard Bosek, były selekcjoner kadry, mistrz olimpijski z 1976 roku.
Łukasz Cegliński: Co się panu najbardziej podoba w obecnej reprezentacji Polski?

Ryszard Bosek: Chęć wygrywania. Na wszystkich meczach widać, że zespół - nawet kiedy ma słabszy dzień - nie opuszcza rąk. Jak komuś nie idzie, wchodzi inny, który zawiąże dobrą akcję, albo zareaguje trener, który nie pozwala na chwile rozluźnienia i wciąż myśli nad tym, co zrobić, by wygrać.

W poprzednich latach tego nie było?

- Wcześniej było gorzej. Teraz siatkarze mają wspólny cel - nie taki, który wyznaczył tylko trener, ale taki, w który uwierzyła i do którego dąży cała drużyna, każdy pojedynczy siatkarz. A kolejne zwycięstwa upewniają zespół, że ten cel jest możliwy do zrealizowania, że można. Gdyby w zeszłym roku w Lidze Światowej czy mistrzostwach Europy nie było tylu zwycięstw, sytuacja mogłaby być inna, bo drużyna zwykle na zwycięstwa reaguje dobrze, a na porażki gorzej. A te wygrane, niespodziewane chyba także dla trenera, upewniły wszystkich, żeby zwyciężać.

Andrea Anastasi prowadzi kadrę półtora roku - jak kształtowała się jego drużyna?

- Na początku trener był zawiedziony, bo kilku zawodników zrezygnowało, poprosiło o urlop lub zgłosiło kontuzje. Anastasi takiej reakcji się nie spodziewał i o tym mówił. Inni gracze, np. Zbigniew Bartman czy Łukasz Żygadło, skorzystali jednak z okazji, rzucili się na kadrę. Anastasiemu udała się wielka rzecz, przywrócił zaufanie między Łukaszem a drużyną. Do tego przyszły zwycięstwa, o których mówiłem, co umocniło trenera w przekonaniu, że zespołowość jest kluczowa. Że zawodnik teoretycznie słabszy daje drużynie więcej niż ten lepszy. Że najważniejsza jest grupa.

Bartman i przesunięcie go z przyjęcia do ataku oraz przywrócenie zespołowi Żygadły to najbardziej zaskakujące decyzje Anastasiego. Bardzo ryzykował?

- Bardziej w przypadku Bartmana, choć zwykle tak się robi, że jak brakuje atakującego, to przesuwa się na tę pozycję przyjmującego, który najsłabiej przyjmuje, a najlepiej atakuje. Bartman miał wcześniej w lidze propozycje gry jako atakujący, ale on tego nie akceptował. Anastasi go przekonał, a Bartman to ambitny zawodnik. Nie gra jeszcze jako stuprocentowy atakujący, ale czasem sam system grania, którego założeniem jest ścisłe przestrzeganie założeń taktycznych, mu pomaga. Tu sprawdził się też Żygadło, który tę taktykę bardzo precyzyjnie realizuje. Paweł Zagumny jest jak muzyk jazzowy, który taktykę ogólną uznaje, ale akcje ustawia sobie sam. Trenerowi to na początku chyba do końca nie odpowiadało, jego zawodnicy są teraz nauczeni patrzeć w kartkę i grać według założeń - Żygadło, gracz bardzo doświadczony, był tutaj niezbędny.

Czym różni się drużyna Anastasiego od zespołów Daniela Castellaniego i Raula Lozano?

- Właśnie tym stuprocentowym wypełnianiem założeń. Gdy ogląda się treningi, widać, że szóstki, ćwiczenie schematów ciągle wyglądają podobnie. Trener ułożył sobie zespół, w którym jest wyraźny podział na pozycje i zadania. Każdy zawodnik wie, co ma robić. A jeśli nie wie, to Anastasi reaguje emocjonalnie, denerwuje się, robi burzę i przypomina graczom, co mają robić. Trener mocno trzyma zespół za gardło.

Zagrywka jest elementem, który uległ znacznej poprawie?

- Zagrywka się poprawiła, ale taktyczna - Polacy wciąż nie uderzają bez przytomności tak jak Włosi. Robią to czasami, są to indywidualne akcje, takie jak Michała Ruciaka w meczu z Brazylią. Trener najwyraźniej ma założenie, że dwóch, trzech graczy serwuje mocno, po 130 km/godz., a reszta lżej - po 106 km/godz. Najważniejsze, by były to zagrywki punktowe. Przykładem jest Bartman, który nie wali za każdym razem, niezależnie od wyniku - w lidze mu się to zdarzało, piłka wypadała trzy metry za aut i nic się nie działo. Tu dopasowuje się do założeń. Przyzwolenie na bardzo mocną zagrywkę ma chyba tylko Bartek Kurek.

Igrzyska zaczną się dla Polaków od meczu z Włochami - to dobrze, że na początku grają z tak silnym rywalem?

- To źle, ale dla Włochów. Ich gra opiera się na bardzo silnej, taktycznej, niemiłosiernie trudnej zagrywce, ale z tym elementem gry jest tak, że czasami się udaje, a czasami nie. Jeden dzień masz dobry, jeden zły. Jeśli Włosi będą mieli w Londynie niewiele treningów, jeśli nie przyzwyczają się do sali, to mogą tej zagrywki nie mieć. Dzisiaj nie potrafię jednak przewidzieć, jak będzie.

Jakie znaczenie będzie miał wynik meczu z Włochami?

- Takie, że może decydować o pierwszym miejscu w grupie. Druga grupa jest bardzo silna i wygranie swojej może decydować o tym, że w ćwierćfinale trafi się np. na Niemców, a nie na Brazylię. A to różnica. Zajęcie pierwszego miejsca będzie bardzo istotne.

Włosi, Brazylijczycy, Rosjanie przygotowywali się do igrzysk inną metodą niż Polacy, odpuścili nieco Ligę Światową.

- Co trener, to metoda. Anastasi przygotowywał metodą startową wszystkie reprezentacje, w których pracował, w Polsce buduje drużynę na wynik. Na razie z dobrym efektem. Kłopotem może być presja, która się wytworzyła, dobrze, że siatkarze lecą do Londynu już we wtorek. W Polsce nikt nie mówi o niczym innym, tylko o złotym medalu. A ja wiem, co to znaczy, bo po taki medal jechaliśmy już do Monachium w 1972 roku, a potem przegraliśmy pierwszy mecz z Czechosłowacją i skończyło się słabo. W Londynie siatkarze odetną się od tego, co dzieje się w kraju, skoncentrują się na pracy i będą się poprawiać do końca. Teraz największe wyzwanie to utrzymanie formy.

Więcej o: