Sport.pl

Żeglarstwo. Ten ostatni raz na desce, byleby tylko mocno wiało

Od pierwszego wyścigu na Igrzyskach wszystko, co było, przestanie mieć znaczenie - mówi Przemek Miarczyński. - Na końcu liczy się tylko zwycięstwo.
Kampanię olimpijską, czyli przygotowania do najważniejszej imprezy w życiu sportowca, rozpoczął trzy lata temu.

- Myślę o tych igrzyskach praktycznie bez przerwy, ale stres startowy jeszcze przede mną - mówił przed wylotem do Londynu Przemysław Miarczyński (SKŻ Hestia Sopot), reprezentant Polski w żeglarskiej klasie RSX, jeden z ponad 200 polskich olimpijczyków, którzy wystartują w Wielkiej Brytanii. - Cieszę się, że start jest już tuż-tuż.

Od przylotu do pierwszego wyścigu u wybrzeży Weymouth każdy detal ma zaplanowany jak w zegarku. Jeszcze przed wylotem z Polski było ślubowanie, pożegnanie z rodziną, potem krótka podróż, zakwaterowanie w wiosce olimpijskiej w Portland (ponad 100 kilometrów od Londynu i Weymouth), pierwszy trening. Potem drugi i kolejny. I tak aż do wtorku 31 lipca, czyli pierwszego startu.

- Akwen nie jest mi obcy. Pływałem tam wielokrotnie. Wiem, że jest zróżnicowany. Są trzy trasy, na których będziemy pływać. Pierwsza w zatoce, otoczonej falochronem, gdzie wiatr może być najsłabszy. Tego nie lubię, bo należę do cięższych zawodników, przy silnym wietrze po prostu szybciej płynę. Druga jest z dala od brzegu, tam może być silny i zmienny wiatr, więc warunki dla mnie optymalne. Najdziwniejsza jest trasa trzecia, tuż przy brzegu, niemal przed nosami kibiców, którzy będą obserwować m.in. Medal Race [decydujący o wynikach, ostatni wyścig - red.] ze specjalnej trybuny na wzniesieniu. Tam warunki mogą być różne - tłumaczy "Pont".

Skąd takie przezwisko?

- Jak byłem mały, na tle rówieśników wyglądałem, jakbym miał delikatną nadwagę. Kiedyś jeden z kolegów, gdy ociągałem się na podwórku w jakiejś zabawie, krzyknął: "No rusz się, Ponton!". I tak już zostało, tylko krócej. "Pont", po prostu "Pont".

Faworytów do złota jest siedmiu

Na te trzy lata żmudnych przygotowań, złożyły się długie miesiące treningów w hali, tysiące kilometrów wylatanych w drodze na zawody i setki godzin spędzone na wodzie. Długa rozłąka z bliskimi i rozliczne wyrzeczenia, wszystko podporządkowane ośmiu dniom na igrzyskach. Przemek jest jednym z trójki żeglarzy-olimpijczyków, którzy pływają w zespole Kredyt Bank Polish Sailing Team. Prócz Miarczyńskiego jest Anna Weinzieher na Laserze Radialu i Kacper Ziemiński w klasie Laser Standard. Ta współpraca trwa już ponad półtora roku. Kredyt Bank ufundował stypendia dla wybranych, uzdolnionych żeglarzy kadry, aby zapewnić im optymalne warunki do treningu. - Wsparcie ze strony sponsorów we współczesnym sporcie odgrywa kluczową rolę, bez tego trudno jest myśleć o zdobywaniu medali w profesjonalnym sporcie - tłumaczy Monika Nowakowska, dyrektor Biura Public Relations Kredyt Banku.

Miarczyńskiego czeka w Londynie 10 startów i jeden wyścig medalowy, w którym wystartuje dziesięciu najlepszych żeglarzy, a punkty będą liczone podwójnie. Pierwszy start zaplanowano na 31 lipca. Ostatni - 7 sierpnia.

- Faworytów do złotego medalu jest sześciu, może siedmiu. Oprócz Zubariego z Izraela, liczyć się będzie Grek Kokalanis, Francuz Bontemps [wicemistrz z Pekinu], Holender van Rijsselberge, Nowozelandczyk Ashley [mistrz z Pekinu], Anglik Dempsey, no i ja - śmieje się Miarczyński.

Z rywali, którzy wyprzedzają go w światowym rankingu, w igrzyskach udział weźmie jedynie Bontemps. Miarczyński w Londynie wystartuje więc jako regatowa "dwójka", choć wszystko do góry nogami może wywrócić wiatr (ma być silny, co jest atutem Polaka) i... sprzęt.

- Niestety, zasady są takie, że nie ma znaczenia, na jakim sprzęcie przygotowujemy się do regat w Londynie, bo przed startem deski są losowane - wyjaśnia Miarczyński. - Każda jest nowa, wyjmowana prosto z worka od producenta i teoretycznie identyczna. Ale wiadomo, jak to jest. Nigdy, nawet z najdoskonalszych linii produkcyjnych nie schodzą takie same auta. Podobnie jest z deskami. Pierwsza z brzegu nie musi być identyczna jak ostatnia. Zależy kto, na jaką trafi. W teorii statecznik może wyglądać na idealny, ale wszystko weryfikuje woda. Jeśli komisja nie stwierdzi fabrycznej wady danej części deski czy żagla, a dana usterka będzie jedynie przeszkadzać zawodnikowi, ten nie ma nic do gadania. Musi płynąć na takim sprzęcie, jaki wylosował. Zdani jesteśmy więc nie tylko na przychylność wiatru, ale i szczęście w losowaniu sprzętu. W ten sposób może posypać się najlepsza nawet taktyka, nie pomogą zaplanowane w każdym szczególe żmudne przygotowania.

W jakiej jest formie? - W olimpijskiej - odpowiada i poważnieje: - W tym roku mam za sobą mistrzostwa Europy na Maderze i mistrzostwa świata w Kadyksie. Z pierwszych regat wróciłem z tytułem mistrza kontynentu, w Hiszpanii byłem siódmy. Nie przykładałbym jednak do tych startów większej roli. Część moich rywali potraktowała te starty mocno ulgowo. Jedni przyjechali, by tylko popływać, inni skupili się na szlifowaniu formy z dala od pozostałych, w ogóle rezygnując ze startu. "Godzina zero" dopiero przed nami. Od pierwszego wyścigu wszystko, co było i co będzie przestanie mieć znaczenie. Będzie się liczyć tylko "pompa", tylko zwycięstwo!

Historia idzie w niepamięć

O poprzednich igrzyskach najchętniej by zapomniał. Na swoich pierwszych, w 2000 roku w Sydney, miał 21 lat. brakowało doświadczenia. Choć żeglował znakomicie regaty zakończył na wysokim 8. miejscu. Na więcej nie wystarczyło cwaniactwa i otrzaskania na światowym poziomie.

Cztery lata później, tuż przed wyjazdem do Aten, rozłożył go półpasiec. Choroba w przeddzień startu odebrała siły, ale nie zabiła determinacji. Ogromna wola walki dała znakomite 5. miejsce. Na więcej nie wystarczyło mu siły.

Do Pekinu w 2008 roku, gdzie zajął odległe 16. miejsce, jechał jako brązowy medalista mistrzostw Europy i wicemistrz świata. Rok wcześniej sezon również kończył jako drugi żeglarz świata i mistrz Europy. Wydawało się, że na wznoszącej fali dopłynie do Chin i wróci z Pekinu z upragnionym medalem. Tym razem przedobrzył. Za ciężko trenował, nie trafił ze sprzętem, nie dopisała pogoda. Wszystko poszło nie tak jak trzeba.

Tym razem ma być inaczej.

Dlaczego tylko jeden

Międzynarodowa Federacja Żeglarska (ISAF) w regatach olimpijskich każdemu państwu przyznaje tylko jedno miejsce w danej klasie. Gdy wydawało się, że rywalizacja jest już rozstrzygnięta (wygrał ją Miarczyński), w środowisku żeglarskim pojawiły się pogłoski, że działacze chcą wpłynąć na PKOl i wysłać na igrzyska Piotra Myszkę (AZS AWFiS Gdańsk), który w sezonie przedolimpijskim pływał szybciej i był wyżej w światowym rankingu (dziś jest nawet liderem, Miarczyński ze stratą ponad dwustu punktów zajmuje miejsce czwarte).

- To miło ze strony Piotrka, że zgodził się mi pomóc i jest w Londynie. Razem tu trenujemy, by utrzymać najwyższą formę do pierwszego startu. O tym, że do Londynu pojedziemy, obaj wiedzieliśmy już, zanim zapadła decyzja o tym, który z nas tam wystartuje, ale szanuję Piotra za to, że znalazł dalszą motywację, by pływać i mi pomóc. Czy myślę jeszcze o tym, że ktoś chciał wysłać do Londynu jego, a nie mnie? Pewnie, że czasem o tym myślę. To nie było fair, że ktoś próbował odwrócić losy rywalizacji, która już się zakończyła - mówi "Pont".

W podobnej sytuacji, jak Polacy kilka tygodni temu, znaleźli się dwaj reprezentanci Izraela: "pretendent" do wyjazdu na igrzyska Shahar Zubari i faworyzowany Nimrod Mashisch. Gdy w decydujących regatach niespodziewanie wygrał Zubari, jego rywal spakował deskę i obrażony wrócił do domu. Igrzyska obejrzy w telewizji, o pomocy koledze nie chciał słyszeć.

Latwiec zastąpi żagiel

Gdy w maju Międzynarodowa Federacja Żeglarska (ISAF) podjęła decyzję o wycofaniu windsurfingu z programu igrzysk olimpijskich, w środowisku żeglarskim zawrzało. Za cztery lata w Rio de Janeiro w miejsce desek z żaglem pojawią się kitesurferzy, a wśród nich być może... Miarczyński, dla którego igrzyska w Londynie wcale nie muszą być ostatnimi w życiu.

- W 2016 roku będę miał 37 lat. To dużo i mało zarazem. Jest jeszcze sporo czasu, więc trudno przewidzieć, jak się potoczą moje losy. Na pewno będę chciał się przestawić z deski na kite'a. Wszystko zależy, jak długo mi to zajmie, jak się w tym odnajdę. To kwestia zmiany kilku szczegółów w sprzęcie, bo obciążenia treningowe są podobne.

Więcej o: