Sport.pl

Londyn 2012. Radosław Zawrotniak: W sporcie ciągle mamy socjalizm

Zlikwidowałbym Ministerstwo Sportu i pozwolił firmom odliczać pieniądze na sport. Proszę mi wierzyć, że to dałoby nam mnóstwo medali na igrzyskach - mówi szermierz Radosław Zawrotniak, srebrny medalista igrzysk w Pekinie.
Jakub Ciastoń: Cztery lata temu w Pekinie razem z kolegami zdobył pan srebrny medal w szpadzie drużynowej. Teraz zawodów w drużynie nie będzie, pan startuje indywidualnie. Co to zmienia?

Radosław Zawrotniak*: - W szermierce jest 12 konkurencji, ale MKOl przyznał naszej dyscyplinie 10 miejsc na igrzyskach. Dlatego co cztery lata dwie konkurencje drużynowe są wymieniane. Kiedyś nie było florecistek, szpadzistek, teraz padło na nas. Szkoda, bo nie możemy bronić srebra. Przygotowania więc zmieniają się diametralnie, bo drużyna przestała być najważniejsza. Nie wspieraliśmy się, zaczęliśmy ze sobą rywalizować, bo każdy chciał pojechać na igrzyska. Łatwo nie było, kwalifikuje się tylko 30 zawodników, a na listach rankingowych jest 1200 nazwisk. Konkurencja jest jak u Radwańskiej w tenisie. Tak się złożyło, że jedyne miejsce dla Polski wywalczyłem ja.

To prawda, że do rywalizacji indywidualnej trenuje się w inny sposób niż do konkursów drużynowych?

- W drużynówce jest inna taktyka. Mecz trwa blisko godzinę. Walczy się do 45 pkt., przekazując sobie wynik (do pięciu trafień po trzy minuty w każdej walce). Po przegranych trzech-czterech walkach jesteśmy w stanie układem taktycznym coś zmienić, żeby wygrać. Trochę jak w tenisie: przegrywasz seta 0:6, ale potem i tak możesz zwyciężyć. Turniej drużynowy to długi dystans składający się z takich małych trzyminutowych sprintów. Gdyby była drużynówka, to z trenerem kadry Markiem Julczewskim, ćwiczylibyśmy głównie pod tym kątem.

Do konkursu indywidualnego trzeba się przygotowywać zupełnie inaczej. Walczy się dziewięć minut, chyba że ktoś wcześniej zdobędzie 15 punktów. Jeśli po dziewięciu minutach jest remis, dochodzi do 60-sekundowej dogrywki. Jeśli ktoś wyjdzie nieskoncentrowany lub nierozgrzany, to przegrywając pierwsze kilka trafień, praktycznie nie ma szans na odwrócenie losów meczu. Szpada indywidualna to takie szachy błyskawiczne. Od dwóch lat ćwiczę z trenerem Piotrem Hammerem, który szkolił m.in. Ludomira Chronowskiego, srebrnego medalistę w szpadzie drużynowej na igrzyskach w Moskwie. W konkursie indywidualnym trzeba wiedzieć wszystko o przeciwniku. Potrzebna jest szybkość i duża wytrzymałość, te dziewięć minut to jak trzy rundy w boksie.

Indywidualnie był pan szósty na igrzyskach w Pekinie, trenując - jak sam pan mówi - głównie drużynówkę. Czego więc możemy się spodziewać teraz?

- Michael Jordan mówił, że w sporcie zawsze trzeba wierzyć w zwycięstwo. Nawet jeśli jesteś koszykarzem i grasz w ping-ponga. Jestem przygotowany, wspólnie z trenerem opracowaliśmy dobry plan. Jadę po złoty medal, nie ma innej opcji. Byłbym głupcem, gdybym jechał tylko po to, by wziąć udział i po uścisk dłoni prezesa. Jasne, że to dziś tylko wiara. Ale skoro ostatnio z kolegami wierzyliśmy w medal w drużynie i go zdobyliśmy, to dlaczego teraz też ma się nie udać.

W Pekinie byłem szósty. Widocznie czegoś zabrakło, może doświadczenia. Węgier, z którym przegrałem w ćwierćfinale, miał go nieco więcej. Teraz go nie będzie, nie zakwalifikował się, tak jak mistrz olimpijski i najlepsi Francuzi. W Londynie będę jedynym medalistą poprzednich igrzysk.

W rankingu jest pan jednak dopiero 16. i będzie rozstawiony z 14. na igrzyskach.

- Ranking w szpadzie nie ma znaczenia. W czołówce jest ogromna rotacja, zawodnicy z top 25 co chwila są w ósemce, a potem z niej wypadają. Poziom jest wyrównany. Kiedyś nawet ja byłem na czele rankingu PŚ.

Jakie są pana atuty?

- Jestem szybki i wytrzymały, nie męczę się. Jestem stosunkowo niski, mam 181 cm. Ale wiem już, że w Londynie nie wpadnę na początku na nikogo wyższego. Wiem, bo drabinka jest uzależniona od rankingu. Z 50-procentowym prawdopodobieństwem znam już rywali. Na początek będzie Rosjanin Paweł Sukow albo Francuz reprezentujący Senegal - Alexandre Bouzaid. Obaj są niżsi, w kolejnych rundach też tak będzie.

Sprawia pan wrażenie bardzo pewnego siebie. Wytrzyma pan presję?

- Lubię stresogenne sytuacje, wręcz mnie podniecają. Może brak mi bodźców w życiu, ale lubię adrenalinę. Im większy stres, tym większą mam motywację i jestem skuteczniejszy. Udowodniły to specjalistyczne badania psychologiczne. Igrzyska to dla mnie dużo lepsze wyzwanie niż starty w PŚ. Pamiętam, że cztery lata temu w Pekinie niektórym rywalom trzęsły się z nerwów ręce, gdy witali się przed walką. Mnie to nie grozi, ja co najwyżej poczuję krew.

Kiedyś powiedział pan, że szermierka jest jak Formuła 1, że to wyścig zbrojeń.

- Ciągle coś się podpatruje u innych, ulepsza, przejmuje od nich to, co jest skuteczne. Zmieniają się tendencje, raz się robi moda na defensywę, a raz na atak. Teraz znów wraca moda na defensywę. Patrzy się też na sposób treningów, na samą rozgrzewkę. Można się przygotować pod konkretnego rywala, tak jak bokserzy się rozpracowują przed walkami. Można kłaść nacisk na fragment walki albo na określoną technikę wykonana. Niemcy z Francuzami, Włochami i Szwajcarami organizują wspólne obozy, żeby ich kultury szermiercze się przenikały. My w Polsce wierzymy bardziej w siebie. Mamy zresztą z czego być dumni, zawsze przywozimy z igrzysk medal.

Denerwuje pana, że staliście się dyscypliną niszową, o której jest głośno raz na cztery lata?

- Szermierka nie jest niszowa, raczej elitarna, wolę takie określenie. Niszowy to jest w Polsce futbol amerykański. Szermierka jest mało medialna, bo trudna do przedstawienia, szybka i niezrozumiała dla przeciętnego człowieka. Ale warto na nią stawiać. Włosi i Francuzi, jadąc na igrzyska, od razu liczą, ile szermierka im przyniesie medali.

Jeśli coś mnie w mediach drażni, to że ciągną w kółko te same nazwiska. Adam Małysz to był wielki skoczek, ale dziś jeździ w rajdach i jest przeciętnym kierowcą. Stale jednak jego się pokazuje, a sportowców, którzy coś osiągają, nie. Małysz powinien być dziś zakwalifikowany do świata celebrytów, ekspertów, a nie zabierać miejsca sportowcom.

Da się wyżyć z szermierki?

- Oprócz tenisa, piłki nożnej, koszykówki, siatkówki i może kolarstwa ze sportu w Polsce wyżyć jest bardzo trudno. Tzn. są stypendia, ministerstwo daje pieniądze, ale dzielą je urzędnicy. To źle działa. Moim zdaniem sport powinien być domeną prywatnej przedsiębiorczości. Zlikwidowałbym Ministerstwo Sportu i pozwolił firmom odliczać pieniądze na sport. Proszę mi wierzyć, że to dałoby nam mnóstwo medali na igrzyskach. Przedsiębiorca będzie wolał dać pieniądze sportowcowi, niż oddawać do budżetu. W Niemczech np. firmy mogą odliczać duże sumy na sport. Podatki w Polsce są za wysokie. Przedsiębiorcom jest się ciężko dorobić, więc nie inwestują ani we własne dzieci, ani w sport.

Nie boi się pan, że strumień prywatnych pieniędzy poszedłby wtedy i tak w stronę piłki czy siatkówki?

- Nie, bo mnóstwo ludzi biznesu interesuje się szermierką, posyłają dzieci na treningi. Ale nie dają pieniędzy, bo odbiera im je państwo i urzędnicy. Szermierka to piękny sport walki, przy tym mało kontuzjogenny. Wokół niego można zrobić bardzo fajną ofertę biznesową. Problem polskiego sportu polega na tym, że jest całkowicie upaństwowiony. W związkach są urzędnicy, którzy decydują o wszystkim - kto może jechać, kto startować. A sportowcom często bardziej zależy na dietach i wyjazdach niż na wynikach. Jest socjalizm po prostu. To zniechęca ludzi ambitnych. Powinno być jak w Szwajcarii czy USA, gdzie sportowcy sami sobie wszystko organizują, ale też zarabiają to, co dostaną od sponsorów. Zarabiają na tym, że są coraz lepsi. Jest system wolnorynkowy. Tak też powinno być w Polsce.

Po Pekinie próbowano coś reformować, powstał Klub Londyn, indywidualne kontrakty dla najlepszych.

- Po Pekinie dostaliśmy stypendia, ale kiedy okazało się, że na następnych igrzyskach nie będzie szpady drużynowej, uznali, że już nie jesteśmy medalistami. Stypendia zabrali. Mnie się udało, bo wywalczyłem medal ME, w PŚ dobrze powalczyłem. Nie wszyscy mieli takie szczęście, dwóch zawodników z Pekinu musiało zrezygnować z szermierki - Adam Wiercioch i Robert Andrzejuk. Inny przykład: drużyna szpadzistek pana Mariusza Kosmana dostała ok. 2,5 mln zł na przygotowania, ale nie zakwalifikowała się na igrzyska. Dostała się tylko Magdalena Piekarska indywidualnie, a np. szabliści otrzymali na przygotowania 200 tys. zł i też wysyłają jednego zawodnika Adama Skrodzkiego. Albo to jest marnotrawienie pieniędzy, albo są to błędy systemu. Ktoś wymyślił go nieodpowiedzialnie. Jedni mają dużo, drudzy mało, a efekt jest często taki sam. To po prostu nie działa.

Jak pan ocenia szanse koleżanek i kolegów na igrzyskach?

- Wszystko będzie zależało od nich. Mam moją faworytkę. Obserwuję na obozie Sylwię Gruchałę. Jest niesamowita. Jeśli tylko nikt jej nie zdenerwuje, nie wyprowadzi z równowagi, to znów może góry przenosić. Jest w stanie wygrać z każdym, bezapelacyjnie. Może przywieźć medal, nawet złoty. Szanse mają też w szabli Ola Socha i Adam Skrodzki. On też jest bardzo odporny na stres.

*Radosław Zawrotniak. 31. lat. Pochodzi z Krakowa. Wicemistrz olimpijski z Pekinu w szpadzie drużynowej. Brązowy medalista MŚ (2009), srebrny i brązowy ME (2010 i 2007). W konkursie indywidualnym cztery lata temu w Pekinie zajął szóste miejsce.

Londyn 2012. Wybierz miss polskiej kadry »


Więcej o: