Sport.pl

Londyn 2012. Marcin Dołęga jedzie do Londynu po medal: Uginam nogi lekarza

- Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup tak napierdziela - mówi Marcin Dołęga, trzykrotny mistrz świata w podnoszeniu ciężarów.
Marcin Dołęga pisze bloga dla Sport.pl! Przeczytaj pierwsze wpisy »

Radosław Leniarski: Pięknie mówisz o kontuzjach, walczysz z nimi permanentnie. Policzysz, ile ich miałeś w karierze?

Marcin Dołęga: Miałem kilkanaście poważnych urazów przez 14 lat. W 1998 roku jako junior młodszy pojechałem na pierwsze międzynarodowe zawody i zaraz po nich musiałem przejść pierwszą operację - z powodu guzowatości na kolanach. Właściwie z perspektywy mogę powiedzieć, że to był zabieg.

Wiadomo, jeszcze rosłem i chrząstka nie była utwardzona jak teraz. Znaczy - żeby dobrze to ująć - jako 16-latek czułem te cholerne guzowatości przez rok, a przerwy w treningach miałem trzy-cztery miesiące. Ten ból po operacji z czasem był mniejszy. Mimo bólu trenowałem.

Już nie jestem młody, ten problem mam z głowy. I mam nadzieję, że tak już zostanie.

Nie przyszło ci do głowy, żeby przerwać na dłużej i wrócić do pełnego zdrowia? Albo rzucić sport, bo zdrowie ważniejsze?

- Kilka razy przyszło. Chciałem w diabły wszystko rzucić, ale po zastanowieniu i wsparciu bliskich zmieniałem zdanie.

Chciałeś zrezygnować ze względu na ból?

- Ból i kontuzje. Miałem dość. Ale też wiem, że stać mnie na więcej, niż osiągnąłem. Więc robię kolejne operacje i wracam.

Pierwszą poważną kontuzję miałem po mistrzostwach świata w 2006 roku w Santo Domingo, gdzie zdobyłem złoto. Napierniczały mnie kolana, trzeba było operować - przerost błony maziowej i uszkodzenie chrząstki stawowej. Trzeba było zregenerować, okazało się, że były tam też mikrozłamania. To nie była ostra kontuzja, później przyszły gorsze. Po sześciu tygodniach wznowiłem treningi. Z czasem doszedłem do wprawy. Operacji miałem w sumie pięć, w tym cztery na kolana - po dwa zabiegi na każde. Kolejno w 2006, 2007, 2008 roku. Po igrzyskach tak przeciążyłem obydwa, że musiałem się położyć na stół i zoperować je naraz.

To chyba jesteś żywym koszmarem dla swojego lekarza...

- Mówi, że gdy mnie widzi, to mu ciarki przechodzą po plecach [lekarzem kadry ciężarowców jest Marek Kachmalski]. Podobno nawet jak dzwoni telefon i wyświetla mu się w telefonie "Marcin Dołęga", uginają mu się nogi. Czasem robię sobie jaja i dzwonię do niego, on jest przerażony, a ja wtedy mówię: "Spokojnie, panie doktorze, dzwonię, żeby powiedzieć, że wszystko OK". Obiecałem mu, że do igrzysk nie zadzwonię, ale tak się nie da w ciężarach.

Oczywiście, z kontuzją można trenować, ale wolę trenować zdrowy. Widzę, że niektórzy zawodnicy nie operują się, bo chcą przeczekać, myślą, że się zagoi. I walą się tuż przed najważniejszą imprezą - jak ja przed Pekinem. Co drugi dzień musiałem jeździć wtedy do kliniki do Łodzi na ściągnięcia płynu z kolan, a trenować trzeba było ostro, bo inaczej nie byłoby sensu jechać na igrzyska. Dotrwałem, zająłem czwarte miejsce, medal przegrałem wagą ciała.

Czasem wstaję z łóżka i nie mogę się wyprostować, bo kręgosłup napierdziela. Nie tak dawno, kilkanaście dni temu, robię przysiady ze sztangą, wisi na niej 200 kg, no i prąd mi idzie po kręgosłupie, nogi się uginają. Jakoś szybko trzeba było zadziałać. Zadzwoniłem do doktora, choć obiecałem, że nie będę, ale trzeba przecież sobie pomóc. Potem do kręgarza - żeby nastawić, bo na pewno coś się dzieje z kręgiem, który ucisnął na nerw, stąd to poczucie prądu. Potem już tylko środki przeciwbólowe, przeciwzapalne, na koniec blokada w kręgosłup. Wróciłem do Spały, bo trzeba mocno trenować. To już tak blisko do Londynu, że nie mogę sobie pozwolić na odpuszczenie pracy. Muszę i już. Wziąłem blokadę i na drugi dzień mogłem już znów przerzucać ciężary.

Blokada... Czyli podczas przerzucania 200-kilogramowej sztangi nie wiesz nawet, czy coś się dzieje złego z twoim kręgosłupem, czy nie. Bo i tak nic nie boli. Oszukiwanie organizmu?

- Dokładnie. Ale nie widzę innego wyjścia. Muszę dotrwać do igrzysk. Nawet jeżeli będzie kontuzja, to muszę wszystko zrobić, aby znieczulić ból. Po to są blokady i środki przeciwbólowe. Blokadę dostaję w zastrzyku między kręgi krzyżowo-lędźwiowe i drugą w okolice szyi, gdzie mi się krąg przesunął. Ile było tych blokad? W tym roku nie liczyłem. I nie zliczyłbym. W roku olimpijskim przed Pekinem miałem ich około 30.



Ile?

- 30. Nie mówiłem o tym wcześniej, bo nie lubię się tłumaczyć, że mi coś nie wyszło z powodu kontuzji. Jestem sportowcem i muszę zrobić wszystko, aby przywieźć medal. Na przykład w tamtym roku naderwałem w 50 procentach ścięgno mięśnia nadgrzebieniowego prawego barku. Skonsultowałem się z trzema lekarzami. Dwóch stwierdziło, że konieczna jest operacja, jeden, że nie musi być zabiegu. Dwa dni myślałem. Nie zależało mi na mistrzostwach świata, ale na igrzyskach w Londynie. Bark jest skomplikowanym stawem, sześć tygodni przerwy nie wystarczy. Niektórzy po takich kontuzjach wracali dopiero po pół roku. A to za późno dla mnie.

Zgodziłem się na operację, ale stwierdziłem, że nie chcę żadnych śrub. Żadnych kotwic, jak lekarze to nazywają. Śruba w barku oznacza co najmniej cztery miesiące przerwy, oblewa się tkanką. Profesor nie miał dobrej miny, uparł się na śrubę, ale to ja podpisuję zgodę na operację. Zawarliśmy kompromis. Ładnie to dziś wygląda, ścięgno się zregenerowało.

Pamiętam nawet trening, gdy to się stało. Był piątek. W rwaniu miałem na sztandze 190 kg. Przeleciała do tyłu. Z dnia na dzień było gorzej. Trenowałem, aż w końcu ręka przestała się prostować. Mogłem dalej trenować, ale ryzykowałem start w igrzyskach. Przy okazji zrobiłem badanie drugiego barku - też naderwane. W 20 procentach, nie trzeba było operacji. Wystarczył miesiąc bez treningu.

Gdybym prześwietlił się cały, okazałoby się, że wszystko, co w moim organizmie się porusza, jest ponadrywane, porozrywane, połamane w jakiejś części. Dlatego boję się badań. Jak nie boli tak mocno, lepiej nie sprawdzać.

A te koszmarnie wyglądające pęknięcia na twoich dłoniach?

- Ja wiem, ludzi to bulwersuje - odciski, pęknięcia - ale to jest nic. Po 20 latach mam opanowany ten problem. Wiem, kiedy przyszlifować, kiedy obciąć. Mam całą metodologię, bo trzeba o ręce dbać. Bez dobrze przygotowanych dłoni nie mamy czucia, nie możemy sztangi ruszyć z całej siły. Ciężko zaliczyć podejście. No, dzisiaj akurat pękł pęcherz na dłoni, ale po kilku dniach nie będzie bolało. Jak krew się nie leje, to znaczy, że pęknięcie jest delikatne.

Moja metoda? Do rąk mam - oprócz zwykłych narzędzi kosmetycznych i kremów - na przykład specjalną tarkę, jaką zwykli ludzie używają do ścierania pięt. Moja żona jest kosmetyczką i ona się tym zajmuje. Zaraz po ścięciu dłonie pieką przy zetknięciu z metalem, ale można się przyzwyczaić. Po sezonie, po miesiącu, gdy nie dotykam sztangi i dłoń nabiera normalnych kształtów, jest to bolesne.

Ciężary nie należą do sportów przyjemnych. To zajęcie dla facetów z jajami.

Nie boisz się, że te tony na starość wyjdą bokiem?

- Na pewno. Organizm mam tak wyeksploatowany, że czarno widzę przyszłość. Choć z drugiej strony Zygmunt Smalcerz wygląda kwitnąco. Może dźwigał w innych czasach? Dziś sobie nie wyobrażam, aby można było więcej dźwigać, a jednak wciąż ktoś bije rekordy. Ludzie podnoszą trzykrotność wagi ciała! Ja robię wszystko, więcej się nie da. Jak mam uwierzyć, że człowiek może wziąć na siebie 500 kg? Jak wytrzyma to organizm?

Więcej o: