Londyn 2012. Miarczyński: Tylko zwycięstwo!

- Od pierwszego wyścigu wszystko, co było i co będzie, przestanie mieć znaczenie. Będzie się liczyć tylko ?pompa?, tylko zwycięstwo - mówi Przemysław Miarczyński reprezentant Polski w żeglarskiej klasie RSX, jeden z 217 polskich olimpijczyków. Duża nadzieja na medal.
O poprzednich igrzyskach najchętniej by zapomniał. Na swoich pierwszych, w 2000 roku w Sydney, miał 21 lat. Choć żeglował znakomicie, w najważniejszych momentach brakowało doświadczenia. Regaty zakończył na wysokim 8. miejscu. Na więcej nie wystarczyło cwaniactwa i otrzaskania na światowym poziomie.

Cztery lata później, tuż przed wyjazdem do Aten, rozłożył go półpasiec. Choroba w przeddzień startu podcięła mu skrzydła, odebrała siły, ale nie zabiła determinacji. Ogromna wola walki dała znakomite 5. miejsce. Na więcej nie wystarczyło mu siły.

Do Pekinu w 2008 roku, gdzie zajął odległe 16. miejsce, jechał jako brązowy medalista mistrzostw Europy i wicemistrz świata. Rok wcześniej sezon również kończył jako drugi żeglarz świata i mistrz Europy. Wydawało się, że na wznoszącej fali dopłynie do Chin i wróci z Pekinu z upragnionym medalem. Tym razem przedobrzył. Za ciężko trenował, nie trafił ze sprzętem, nie dopisała pogoda. Wszystko poszło nie tak jak trzeba.

Tym razem ma być inaczej.

Kampanię olimpijską, a więc przygotowania do najważniejszej imprezy w życiu sportowca, rozpoczął trzy lata temu. - Myślę o tych igrzyskach praktycznie bez przerwy, ale stres startowy jeszcze przede mną - mówi nam kilka dni przed wylotem do Londynu Przemysław Miarczyński (SKŻ Hestia Sopot), reprezentant Polski w żeglarskiej klasie RSX, jeden z 217 polskich olimpijczyków. Dziś wszystko jest już gotowe. Sprzęt sprawdzony, bilety pobukowane, treningi rozpisane do drugiego miejsca po przecinku.

- Do Londynu lecimy w poniedziałek [16 lipca]. Nie ukrywam, że trochę się cieszę, bo w ostatnich dniach zaczęła pojawiać się mała nuda, lekkie znużenie. Cieszę się, że start jest już tuż-tuż.

Od przylotu do dnia startu u wybrzeży Weymouth każdy detal ma zaplanowany jak w zegarku. Przed wylotem z Polski uroczyste ślubowanie, pożegnanie z rodziną, potem krótka podróż, zakwaterowanie w wiosce olimpijskiej w Portland (ponad 100 kilometrów od Londynu i Weymouth), pierwszy trening. Potem drugi i kolejny. I tak aż do wtorku 31 lipca, czyli pierwszego startu.

- Akwen nie jest mi obcy. Pływałem tam wielokrotnie. Wiem, że jest zróżnicowany. Są trzy trasy, na których będziemy pływać. Pierwsza w zatoce, otoczonej falochronem, gdzie wiatr może być najsłabszy. Tego nie lubię, bo należę do cięższych zawodników, przy silnym wietrze po prostu szybciej płynę. Druga jest z dala od brzegu, tam może być silny i zmienny wiatr, więc tam warunki mogą być dla mnie optymalne. Najdziwniejsza jest trasa trzecia, tuż przy brzegu, niemal przed nosami kibiców, którzy będą obserwować m.in. Medal Race [decydujący o medalach, ostatni wyścig - red.] ze specjalnej trybuny na wzniesieniu. Tam warunki mogą być różne - tłumaczy "Pont". Skąd taka ksywka? - Jak byłem mały, na tle rówieśników wyglądałem, jakbym miał delikatną nadwagę. Kiedyś jeden z kolegów, gdy ociągałem się na podwórku w jakiejś zabawie, krzyknął: "No rusz się, Ponton!". I tak już zostało, tylko krócej. "Pont", po prostu "Pont".

Po przylocie do Anglii Miarczyński spotka na miejscu swego kolegę i jednocześnie najgroźniejszego rywala Piotra Myszkę (AZS AWFiS Gdańsk). To z nim stoczył bój, by na igrzyska w ogóle pojechać.

Międzynarodowa Federacja Żeglarska (ISAF) w regatach olimpijskich każdemu państwu przyznaje tylko jedno miejsce w danej klasie. Gdy wydawało się, że rywalizacja jest już rozstrzygnięta (wygrał ją Miarczyński), w środowisku żeglarskim pojawiły się pogłoski, że działacze chcą wpłynąć na PKOl i wysłać na igrzyska Myszkę, który w sezonie przedolimpijskim pływał szybciej i był wyżej w światowym rankingu (dziś jest nawet liderem, Miarczyński ze stratą ponad dwustu punktów zajmuje miejsce czwarte).

- To miło ze strony Piotrka, że będzie na miejscu. Będziemy razem trenować, by utrzymać najwyższą formę do pierwszego startu. O tym, że do Londynu pojedziemy, obaj wiedzieliśmy już, zanim zapadła decyzja o tym, który z nas tam wystartuje, ale szanuję Piotra za to, że znalazł dalszą motywację, by pływać i mi pomóc. Czy myślę jeszcze o tym, że ktoś chciał wysłać do Londynu jego, a nie mnie? Pewnie, że czasem o tym myślę. To nie było fair, że ktoś próbował odwrócić losy rywalizacji, która już się zakończyła - mówi "Pont".

W podobnej sytuacji, jak Polacy kilka tygodni temu, znaleźli się dwaj reprezentanci Izraela: "pretendent" do wyjazdu na igrzyska Shahar Zubari i faworyzowany Nimrod Mashisch. Gdy w decydujących regatach niespodziewanie wygrał Zubari, jego rywal spakował deskę i obrażony wrócił do domu. Igrzyska obejrzy w telewizji, o pomocy koledze nie chciał słyszeć.

Trzy lata przygotowań, na które złożyły się długie miesiące żmudnych treningów, tysiące kilometrów wylatanych w drodze na zawody i setki godzin spędzone na wodzie, długa rozłąka z bliskimi i dziesiątki innych wyrzeczeń zostały podporządkowane zaledwie ośmiu dniom na igrzyskach. Miarczyńskiego czeka 10 startów i jeden wyścig medalowy, w którym wystartuje dziesięciu najlepszych żeglarzy, a punkty będą liczone podwójnie. Pierwszy wyścig zaplanowano na 31 lipca. Ostatni - 7 sierpnia.

- Faworytów do złotego medalu jest sześciu, może siedmiu. Oprócz wspomnianego Zubariego z Izraela, liczyć się będzie Grek Kokalanis, Francuz Bontemps [wicemistrz z Pekinu], Holender van Rijsselberge, Nowozelandczyk Ashley [mistrz z Pekinu], Anglik Dempsey, no i ja - śmieje się "Pont".

Z rywali, którzy wyprzedzają go w klasyfikacji generalnej, w igrzyskach udział weźmie jedynie Bontemps. Miarczyński w Londynie wystartuje więc jako regatowa "dwójka", choć wszystko do góry nogami może wywrócić wiatr (ma być silny, co jest atutem Polaka) i... sprzęt.

- Niestety, zasady są takie, że nie ma znaczenia, na jakim sprzęcie przygotowujemy się do regat w Londynie, bo przed startem deski są losowane - wyjaśnia Miarczyński. - Każda jest nowa, wyjmowana prosto z worka od producenta i teoretycznie identyczna. Ale wiadomo, jak to jest. Nigdy, nawet z najdoskonalszych linii produkcyjnych nie schodzą takie same auta. Podobnie jest z deskami. Pierwsza z brzegu nie musi być identyczna jak ostatnia. Zależy kto, na jaką trafi. W teorii statecznik może wyglądać na idealny, ale wszystko weryfikuje woda. Jeśli komisja nie stwierdzi fabrycznej wady danej części deski czy żagla, a dana usterka będzie jedynie przeszkadzać zawodnikowi, ten nie ma nic do gadania. Musi płynąć na takim sprzęcie, jaki wylosował. Zdani jesteśmy więc nie tylko na przychylność wiatru, ale i sprzętu. W ten sposób może posypać się najlepsza nawet taktyka, nie pomogą zaplanowane w każdym szczególe żmudne przygotowania.

Gdy w maju Międzynarodowa Federacja Żeglarska (ISAF) podjęła decyzję o wycofaniu windsurfingu z programu igrzysk olimpijskich, w środowisku żeglarskim zawrzało. Za cztery lata w Rio de Janeiro w miejsce desek z żaglem pojawią się kitesurferzy, a wśród nich być może... Miarczyński, dla którego igrzyska w Londynie wcale nie muszą być ostatnimi w życiu. - W 2016 roku będę miał 37 lat. To dużo i mało zarazem. Jest jeszcze sporo czasu, więc trudno przewidzieć, jak się potoczą moje losy. Na pewno będę chciał się przestawić z deski na kite'a. Wszystko zależy, jak długo mi to zajmie, jak się w tym odnajdę. To kwestia zmiany kilku szczegółów w sprzęcie, bo obciążenia treningowe są podobne.

W jakiej formie "Pont" jest na dwa tygodnie przed startem? - W olimpijskiej - śmieje się i już na poważnie dodaje: - W tym roku mam za sobą mistrzostwa Europy na Maderze i mistrzostwa świata w Kadyksie. Z pierwszych regat wróciłem z tytułem mistrza kontynentu, w Hiszpanii byłem siódmy. Nie przykładałbym jednak do tych startów większej roli. Część moich rywali potraktowała te starty mocno ulgowo. Jedni przyjechali, by tylko popływać, inni skupili się na szlifowaniu formy z dala od pozostałych, w ogóle rezygnując ze startu. "Godzina zero" dopiero przed nami. Od pierwszego wyścigu wszystko, co było i co będzie przestanie mieć znaczenie. Będzie się liczyć tylko "pompa", tylko zwycięstwo!