Londyn 2012. Wioślarstwo. Sycz: Złoto dla kobiet

- Bardzo liczę na pierwszy w historii naszego kraju złoty medal olimpijski wioślarek. Julia Michalska i Magda Fularczyk są bardzo mocne. One już wiedzą, jak wygrywać, teraz znów mogą być najlepsze - mówi dwukrotny mistrz olimpijski w wioślarstwie, Robert Sycz. Najbardziej utytułowany obok Tomasza Kucharskiego polski wioślarz twierdzi, że na igrzyskach w Londynie jego koledzy wywalczą kilka medali.
Łukasz Jachimiak: Cztery medale dla polskich wioślarzy na igrzyskach w Londynie - to realne czy przesadzamy z optymizmem?

Robert Sycz: Liczę podobnie i z dużą niecierpliwością czekam na igrzyska. Wierzę, że niezbyt udane występy w Pucharze Świata naszych medalowych osad z Pekinu, a więc czwórki podwójnej i czwórki wagi lekkiej, nic nie znaczą. Myślę, że obie czwórki były po prostu zmęczone ciężkim treningiem, który zaprocentuje na igrzyskach. A jeszcze mocniej wierzę w ósemkę. Chłopaki są chyba w życiowej dyspozycji, fajnie by było, gdyby chociaż "brąziaka" wywalczyli. A już bardzo, bardzo liczę na pierwszy w historii naszego kraju złoty medal olimpijski wioślarek. Julia Michalska i Magda Fularczyk są bardzo mocne.

Faworytkami do złota w dwójce podwójnej pań są chyba Angielki i Australijki?

- Niekoniecznie, bo poszczególne osady do głównej imprezy przygotowują się różnie. Są takie, które już na początku dochodzą do określonego, wysokiego poziomu i starają się go utrzymać do głównej imprezy, a są osady, które wiosłują dobrze, ale na docelowej imprezie jeszcze lepiej. Liczę na to, że nasza dwójka wybrała tę drugą opcję. Do tej pory Julia i Magda pływały dobrze, zajmowały miejsca na podium Pucharu Świata, a myślę, że na niedawnym zgrupowaniu w Zakopanem jeszcze poprawiły swoją wydolność i teraz w Wałczu przeszlifują kilka wariantów, które w Londynie pozwolą im zdobyć złoto. One już wiedzą, jak wygrywać, przecież w 2009 roku były mistrzyniami świata. Teraz znów mogą być najlepsze.

W naszą czwórkę podwójną też pan wierzy? Adam Korol, Marek Kolbowicz, Michał Jeliński i Konrad Wasielewski w Londynie mogą powtórzyć to, co pan zrobił wspólnie z Tomaszem Kucharskim, a więc obronić olimpijskie złoto?

- Chciałoby się, żeby tego dokonali. Jak już mówiłem, chcę wierzyć, że ich słabsze występy w Pucharach Świata nic nie znaczą, ale przyznam, że jednak trochę mnie one zaniepokoiły. Chyba coś tam w osadzie było nie za dobrze. Mimo to z całego serca życzę im, żeby wyciągnęli wnioski i w ostatnich tygodniach popracowali nad elementami, które w trakcie sezonu kulały. Bardzo liczę, że przyjadą z medalem, a jeśli powtórzą złoto z Pekinu, to będą wielcy. Stać ich na to, bo już nie raz i nie dwa pokazywali, jak potrafią walczyć.

Jak trudno panu i Tomaszowi Kucharskiemu było wygrać drugie z rzędu igrzyska?

- W naszym przypadku wyglądało to tak, że przez trzy lata między igrzyskami w Sydney i Atenach wszystko wygrywali Włosi, a my przypływaliśmy na drugim miejscu. Natomiast rok olimpijski był dla nas bardzo nieudany. Były kontuzje, choroby i tak naprawdę zebraliśmy się w ostatniej chwili. Prawdziwej, solidnej pracy mieliśmy sześć, może osiem tygodni. Wcześniej wszystko było przerywane kontuzjami bądź chorobami, dopiero tuż przed Atenami udało się trenować bez takich rozbijających incydentów. Ale z formą nie było najlepiej. Jeszcze na samych igrzyskach nasza dyspozycja nie była fantastyczna, na początku dużo brakowało nam do tego, co prezentowaliśmy cztery lata wcześniej w Sydney. Dość powiedzieć, że po nieudanym przedbiegu musieliśmy startować w repasażu. Ale ze startu na start czuliśmy się coraz lepiej. Finał był udany, chociaż wyszły zaległości. W końcówce trochę zabrakło nam zdrowia, było widać, że przeciwnicy nas dochodzili. Ale trener zawsze nam później powtarzał, że ścigamy się na 2000 metrów i ani milimetra więcej, więc najważniejsze, że do tego ostatniego metra udało nam się pierwsze miejsce dowieźć.

W tych nerwowych przygotowaniach do Aten pomagała wam świadomość, że olimpijskie złoto już kiedyś wywalczyliście? To dodawało wam wiary w siebie?

- To raczej nie pomaga, tylko nawet trochę przeszkadza, bo świadomość, że ktoś na ciebie bardzo liczy w jakiś sposób obciąża. To tak a propos naszej czwórki. Natomiast jeśli chodzi o nas, to przed Atenami nie byliśmy traktowani jako osada numer jeden, nie byliśmy typowani ani do złota, ani do żadnego innego medalu. Takie opinie brały się z przebiegu sezonu, w którym nie mieliśmy ani jednego udanego startu. To pozwoliło nam w ciszy i w spokoju przygotować się do igrzysk. Sami jechaliśmy nie z myślą o podium, tylko po to, żeby po prostu wreszcie dobrze popłynąć. Od czwórki teraz jednak dużo się oczekuje. Ale oni mają tę świadomość, są doświadczeni, wiosłują na najwyższym poziomie już parę ładnych lat, dlatego dadzą sobie radę. Wiedzą, że nie wolno im się nakręcać i przez ten ostatni okres przed igrzyskami przejdą profesjonalnie, odpowiednio się zmotywują i w Londynie zobaczymy ich w najlepszej formie.

Wróćmy do ósemki. Pan mówi "chociaż brąz", a dlaczego nie złoto? Zbyt mocna jest konkurencja?

- Jest mocna, ale chłopaki z ósemki też są w najlepszej formie. Wiem, że oni przepracowali razem bardzo dużo czasu, że wypływali mnóstwo kilometrów, a trener do dyspozycji miał 12 równych, świetnych zawodników, z których wybrał optymalną ósemkę. Grupę wzmocniła też sprawa Mikołaja Burdy. Ten zawodnik po pobiciu sam wyliczył, że stracił 50 treningów. Mimo to błyskawicznie wrócił do życiowej formy. Świetnie zachowali się jego koledzy, którzy nie skreślili chłopaka tylko dlatego, że miał taką przerwę. Oni pomogli mu wrócić, miejsce na niego czekało. Pięknie, że żaden z nich nie powiedział, że dla zawodnika, który tak długo nie trenował nie powinno być miejsca, że trzeba go zastąpić innym, żeby nie tracić czasu przed igrzyskami. Znam dobrze tę grupę, mam w niej wielu kolegów i bardzo dobrze im życzę. Moim zdaniem ósemka w końcu przyjedzie z medalem.

A pan jakiś medal jeszcze kiedyś wywalczy? Długo starał się pan o miejsce w kadrze na Londyn, ale po ubiegłorocznych mistrzostwach świata i po zasłabnięciu na nich słuch o panu zaginął.

- Jeszcze trenuję, wiosną chciałem nawet się porwać na kwalifikację olimpijską do dwójki, ale zabrakło mi zdrowia, miałem też kłopoty z wagą i z tych regat się wycofałem. Teraz spokojnie się przygotowuję do startu w jakiejś klubowej osadzie w mistrzostwach Polski. Kiedyś postanowiłem sobie, że będę trenował do 40. W przyszłym roku ją kończę. Pewnie prezes Bydgostii pan Zygfryd Żurawski będzie naciskał, żebym jeszcze został, ale wszystko będzie zależało od stanu mojego zdrowia, od kręgosłupa, zatok. Głowa bardzo by chciała, ale ciało jest już bardzo zmęczone wieloletnią karierą i coraz częściej odmawia posłuszeństwa.

Może chociaż pojedzie pan do Londynu jako kibic albo współkomentator telewizji?

- Bardzo chętnie podzieliłbym się z widzami swoją wiedzą na temat wioślarstwa, ale żadnej propozycji komentowania zawodów nie dostałem. Najpewniej walkę naszych wioślarzy o medale będę oglądał w warszawskiej siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego wspólnie z innymi zaproszonymi tam medalistami igrzysk.

Wszystko o naszych wioślarzach na igrzyskach w Londynie »