Ze szpitala na podium w Londynie

Trzy miesiące temu leżał z krwiakiem głowy w szpitalu. Teraz poprowadził wioślarską ósemkę do pierwszego zwycięstwa w Pucharze Świata - Cieszymy, ale najważniejsza będzie radość po finale olimpijskim w Londynie - mówi Mikołaj Burda
Polski wioślarz wygrał wyścig z czasem. Sto dni po chuligańskim napadzie na niego, po którym stracił przytomność, bydgoszczanin poprowadził ósemkę do sensacyjnego zwycięstwa w Pucharze Świata. Polacy wygrali w Monachium z osadami Wielkiej Brytanii i Australii, niemal pewnymi kandydatami do olimpijskich medali. Nasza ósemka płynęła jednak doskonale nie dając żadnych szans rywalom. - Mikołaj to filar osady, jej fundament - tak ocenia go trener Wojciech Jankowski. Pochodzący z Kruszwicy, a reprezentujący barwy RTW/Lotto/Bydgostii wioślarz w prowadzonej przez niego ósemce, jest praktycznie od zawsze. Pojawił się w niej już w 1999 roku jeszcze jako junior. Szybko stając się kluczową postacią nie tylko w łodzi, ale także poza nią.

Ten sezon miał być dla niego wyjątkowy, ale zaczął się fatalnie. W nocy z 10 na 11 marca wraz z żoną w jednym z toruńskich klubów bawił się ze znajomymi. To miało być pożegnalne spotkanie, bo już dzień później razem z kolegami miał wylecieć powinien na obóz do Lago Azul. Do Portugalii jednak nie wyjechał. W lokalu pobił go toruński kryminalista. Burda stracił przytomność. Pierwsze badania wskazały na krwiaka mózgu, który zdaniem lekarzy miał się bardzo szybko wchłonąć. Trwało to jednak znacznie dłużej. - Przez miesiąc nie mogłem w ogóle trenować - wspomina wioślarz. Co gorsza kolejne diagnozy nie napawały optymizmem. W grę wchodziło nawet operacyjne usunięcie krwiaka, a to oznaczałoby definitywny koniec marzeń o olimpiadzie. - Wszyscy byliśmy nerwowi. Mikołaj to taki dobry duch naszej osady i wieści, że może go zabrakną na igrzyskach nas przybijały - mówi trener ósemki Wojciech Jankowski.

Burda się nie poddawał. - Gdybym to zrobił przekreśliłbym całą swoją dotychczasową pracę. Nie mogłem sobie na to pozwolić - opowiada. Kolejne diagnozy były już bardziej optymistyczne. Badania wykonane tomografem komputerowym wskazały, że krwiak sukcesywnie się zmniejsza. Widmo operacji znikło. Pod koniec kwietnia Burda pojawił się w warszawskim Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej. Po spotkaniu z neurologiem nie krył radości. - Jest dobrze. Mogę wracać do treningów- cieszył się. Rozpoczęła się prawdziwa walka z czasem. Katorżnicza praca na siłowi i wioślarskim ergometrze sprawiła, że już 8 mają Burda mógł w końcu dołączyć do kolegów. - Nie chcieliśmy robić żadnej fety. Wiedzieliśmy, co Mikołaj przeszedł dlatego też wszystko odbywało się, jakby nic się nie stało. Uznaliśmy, że tak będzie najlepiej - mówi Rafał Hejmej. Z Burdą znają się doskonale. Razem pływają od kilkunastu lat.

Sam przyjazd na obóz nie oznaczał wcale, powrotu do ósemki. W jej składzie miejsce zajął już Bartosz Zabłocki. To wielka nadzieja polskiego wioślarstwa. Ma duży talent, ale brakuje mu doświadczenia Burdy.

- Nikt nie dostaje miejsca za darmo. Trzeba ciężko pracować, by się znaleźć w osadzie - zapowiedział trener Jankowski.

Burda mocno wziął sobie do serca te słowa. Zaangażowanie z jakim podchodził do treningów wzbudzał podziw kolegów. Ciężka praca sprawiła, że znalazł się w składzie na Puchar Świata w Monachium i sprawił ogromną sensację. - Wynik cieszy, ale dla nas najważniejsze, cieszyć się po finale w Londynie. Na razie czeka nas jeszcze ogrom pracy - powiedział Burda.

To będą jego trzecie igrzyska. Do tej pory nie udało się Polakom zdobyć medalu. Ale też nigdy nie byli tak blisko podium, jak teraz.