Żeglarstwo. Ostatnie igrzyska dwukrotnego medalisty olimpijskiego

Dla olimpijskiej załogi klasy Star Kusznierewicza (GKŻ Gdańsk) i Dominika Życkiego (Spójnia Warszawa) kampania Londyn 2012 zaczęła się tydzień przed końcem poprzednich igrzysk. Od czterech lat najważniejszą dla nich datą jest 29 lipca tego roku, czyli pierwszy dzień regat olimpijskich, które odbędą się w Weymouth na południu Anglii. Każdy miesiąc, tydzień, dzień jest rozpisany co do godziny.
Wszystkomający ośrodek dla gwiazd klasy Star

Na trening w Górkach Zachodnich w Gdańsku Mateusz Kusznierewicz przyjeżdża rowerem. Jak zwykle uśmiechnięty, w okularach przeciwsłonecznych, z opalenizną, jakby dopiero wrócił z plaży.

Ośrodek Narodowego Centrum Żeglarstwa, gdzie załoga ma swoją bazę, wyposażony jest w marinę na ponad 50 jachtów, sale wykładowe i seminaryjne, saunę, gabinety masażu i hydromasażu, gabinet fizykoterapii, salkę gimnastyczną z pełnym wyposażeniem, pracownię komputerową, studio audiowizualne, gabinet nawigacyjno-meteorologiczny z wieżą obserwacyjną, pracownię żaglomistrzowską z dwoma specjalistycznymi maszynami do szycia żagli i stołem do napraw i produkcji żagli, i jeszcze pracownię szkutniczą i mechaniczną.

- Tutaj mamy wszystko - mówi Kusznierewicz, choć wcale nie musi - wygląd ośrodka i tak mówi sam za siebie.

Żeglarz przeprowadził się z Warszawy do Gdańska trzy lata temu. - To była część naszej kampanii londyńskiej. Akwen w Górkach Zachodnich jest bardzo podobny do tego w Weymouth. Przez pierwszy rok mówiłem, że jestem w Gdańsku i wracam do Warszawy. Ostatnio złapałem się na tym, że będąc w stolicy, mówię odwrotnie. Mój dom jest już tutaj. W Jelitkowie kupiłem mieszkanie, moja rodzina czuje się tutaj wspaniale. Po treningu w ciągu pół godziny jestem w domu. Jak się spędza w roku 250 dni poza domem, taki szczegół ma znaczenie.

Dieta na 100 kg

Przed treningiem na wodzie Mateusz i Dominik mają już za sobą pierwsze zajęcia i obfite śniadanie. Szczególnie Dominik, którego waga jest niższa od tej pożądanej (załoga nie może przekroczyć 200 kg, im partnerzy są ciężsi, tym lepiej, byłoby idealnie, gdyby ważyli po 100 kg). Na dwa miesiące przed startem Życki waży 98 kg, Kusznierewicz - trzy kilo więcej. Pierwszy walczy więc z organizmem, by przytyć, a drugi - by zrzucić kilogram.

- Walka jest przy każdym posiłku - śmieją się żeglarze. - Ze względu na ciężkie treningi Dominik musi wsuwać, a nie jeść. Na wodzie przy trudnych warunkach zrzucają nawet kilka kilogramów. To później trzeba nadrobić przy stole. Gdyby nie trenował, te 2-3 kg przy jego przemianie materii nie byłyby aż takim problemem - tłumaczy ich drugi trener i opiekun sprzętu Marek Gałkiewicz. - To tak jakbyś ważył 85 kg i w dwa miesiące miał przytyć 20 kg.

Przystopować trzeba tuż przed startem. Pełen żołądek w połączeniu z morską, słoną wodą, która bez przerwy zalewa ci twarz, daje mieszankę wybuchową.

Byle nie o jeden szlif za dużo

Na wodę wypływamy w słoneczne przedpołudnie. Łódka jest przygotowana przez Gałkiewicza i chłopaków, którzy ciągle coś przy niej poprawiają.

- Łódki są wyżyłowane do granic możliwości - mówi trener Kusznierewicza i Życkiego. Chodzi o to, aby były jak najlżejsze i jednocześnie jak najbardziej sztywne. Optymalne połączenie tych cech zapewni łódce szybkość na wodzie. - Ale jeden szlif za dużo i maszt pęka. Różnica w regulacji linek mocujących żagle o jedną czwartą milimetra powoduje różnicę w szybkości łodzi. Brzmi nieprawdopodobnie? Andy Zawieja, trener legenda w klasie Finn, jest w stanie te różnice wyłapać gołym okiem. Wystarczy, że się przepłynie taką łódką, i od razu powie, co i jak jest ustawione.

Kusznierewicz z Życkim mają dwa stary. Łódka A, czyli regatowa, jest w tej chwili w stoczni remontowej w Szwajcarii, gdzie przechodzi ostatnie poprawki i udoskonalenia przed igrzyskami. Łódź B służy im do treningów w Europie, a więc - poza Gdańskiem - pływają na niej na wodach Hiszpanii, Francji, Anglii. Jedna kosztuje blisko 100 tys. euro. Do tego dochodzą koszty eksploatacji, wymiany części. Żagle trzeba wymieniać co dwa-trzy dni regatowe, a przy silnym wietrze nawet codziennie.

- Łódkę oddaliśmy do poprawek, bo na ostatnich MŚ, gdzie zajęliśmy pechowe 10. miejsce, widzieliśmy u rywali przeróbki, które wpłynęły na szybkość ich łódek - mówi Kusznierewicz.

Wymiany łodzi na całkowicie nową nie planowali, bo jak mówią, nowy sprzęt wcale nie daje gwarancji, że będzie szybszy.

- Łódki w klasie Star są monotypowe, czyli jak najbardziej zbliżone do siebie, niemal identyczne. Wszystko po to, by nie było wyścigu zbrojeń. Na tym etapie to praktycznie wymiana nowych części na nowe. Ciągłe testy i poprawianie prędkości o milisekundy - dodaje Gałkiewicz.

Żagle to nie futbol ani siatkówka, ale coś drgnęło w narodzie

- To dla mnie piąte igrzyska - mówi Kusznierewicz, płynąc w stronę bezwietrznej Zatoki Gdańskiej. - Presji związanej ze startem i wynikiem nie mam, bo już to przeżyłem w Atlancie (złoto), Sydney (4. miejsce), Atenach (brąz) i Pekinie (4. miejsce). Wszyscy nasi rywale prezentują zbliżony poziom i umiejętności, i przygotowania sprzętu. O medalu w igrzyskach zadecydują detale. No i wiatr, który na ostatnich MŚ spłatał nam figla, w ostatniej chwili spychając nas z podium - przyznaje mistrz olimpijski z Atlanty i po chwili zadumy dodaje: - Chyba dziś nie popływamy... Flauta. Cisza jak makiem zasiał.

Po dwóch godzinach w pełnym słońcu i zupełnej ciszy wracamy do mariny. - Trudno, poczekamy do popołudnia, może później pogoda będzie lepsza - mówi Kusznierewicz i zaprasza na kawę.

- W klasie Star pływają rutyniarze. Ostatnio policzyłem, że w Weymouth popłyną zawodnicy, którzy zdobyli dotąd 19 medali olimpijskich! To ogrom, a nie wliczam w tę grupę żeglarzy, którzy stawali tylko na podium MŚ czy ME. To będą moje ostatnie igrzyska, ale nie chcę o tym myśleć, bo to mogłoby być destrukcyjne. Kariery kończyć nie zamierzam, ale mam też plan, co będę robić dalej. Czuję się trochę jak Adam Małysz w skokach narciarskich. Dla mnie żeglarstwo to misja, chciałbym je zaszczepić młodym ludziom, pokazać, że to świetny sposób na życie. Wiem, kibiców się nie doczekamy. Żeglarstwo nigdy nie będzie siatkówką czy piłką nożną, zdaję sobie z tego sprawę. W weekend byłem na spacerze w Sopocie i widziałem z brzegu kilkadziesiąt optimistów, czyli łódek dla dzieci. Kiedyś tego nie było. Dziś ludzie wyjeżdżają do Grecji, Chorwacji czy na Karaiby na obozy żeglarskie. Pojawili się sponsorzy, jest sporo możliwości. Ale wciąż uważam, że wciąż jest jeszcze mnóstwo do zrobienia - mówi Kusznierewicz.