Jak mali Polacy czerpią korzyści z dobrodziejstw czeskiego hokeja

- Polski Związek Hokeja na Lodzie w procesie szkolenia jest całkiem nieobecny. Nie ma żadnych programów szkoleniowych. Jeśli sam się w odpowiednie materiały nie zaopatrzę, to nie mam. Na szczęście gramy w czeskiej lidze. Ona napędza nasz rozwój - mówi Marek Chrabański, trener hokeistów rocznika 1998 w JKH GKS Jastrzębie

Pretekstem do rozmowy z 31-letnim szkoleniowcem JKH stał się międzynarodowy sukces, jaki osiągnęła prowadzona przez niego drużyna w prestiżowym turnieju w Pradze. W Challenge Cup młodzi hokeiści z Jastrzębia pokonali rówieśników z Kanady, Słowacji, Czech oraz Łotwy! Czyżby od tego pokolenia zależała przyszłość polskiego hokeja. Czyżby to ono było gwarancją powrotu hokejowej reprezentacji do światowej elity?

Rozmowa z Markiem Chrabańskim

Marcin Fejkiel: Może Pan zdradzić jastrzębską receptę na sukces w młodzieżowym hokeju?

Marek Chrabański: - Każdy z trenerów dostaje przed sezonem od zarządu określone zadanie, przy czym celem nie jest zajęcie pierwszego czy drugiego miejsca, a sam rozwój chłopaków. Chodzi o to, by wyszkolić ich na odpowiednio wysokim poziomie.

Brzmi niezwykle prosto. A jak duże znaczenie w osiągnięciu sukcesu w Pradze miało fakt, że gracie na co dzień w lidze czeskiej?

- Kluczowe i decydujące! Zbędne jest powtarzanie w kółko, że polski hokej znacząco odbiega od tego za południową granicą. My zaczynamy granie w Czechach już od klas drugich. Dodatkowo współpracujemy z Karwiną w ten sposób, że wypożyczamy im chłopaków do drużyny. Od tego roku dodatkowo zyskaliśmy prawo występów w czeskiej lidze żakowskiej dla klas V-VIII jako JKH. Raz czy dwa razy w tygodniu sprawdzamy się na tle naszych sąsiadów i radzimy tam sobie zupełnie nieźle, powyżej średniej.

W czym Jastrzębie jest lepsze, jeśli chodzi o szkolenie, od Tychów, Janowa czy Sosnowca?

- Nie jest tak, że nam wszystko wychodzi, a innym nie. Rywalizujemy przecież w polskiej lidze i stąd wiem, że na przykład Janów ma bardzo dobry rocznik 1997. My liderujemy w roczniku 1998. Naszym atutem jest lokalizacja. Do Katowic czy Bytomia Czesi mieliby za daleko. Do nas mają kawałek, dlatego przyjęli nas do siebie. Oby to trwało jak najdłużej! Bo właśnie ogranie w Czechach daje nam pewność, że z każdym można wygrać.

Czy fakt, że gracie w lidze czeskiej, wywraca życie dzieci do góry nogami?

- Niekoniecznie. Od czwartej klasy szkoły podstawowej funkcjonuje w Jastrzębiu klasa sportowa. Współpraca między klubem a szkołą układa się bez zarzutu, wyjazdy nigdy nie stanowią dla nauczycieli kłopotu. Dzieci mają zajęcia na lodzie w ramach WF-u. W czasie sezonu widzę na ich twarzach zmęczenie, pojawia się dołek psychiczny. Wtedy zawsze można dać im odpocząć. Najważniejsze, że lubią to, co robią.

Jak zachęciłby Pan rodzica, który chce, by jego dziecko zostało hokeistą, do tego, żeby postawił właśnie na JKH?

- Sukcesu nie gwarantujemy, ale wiemy, co robimy. Najważniejsze, by rodzice nam zaufali i uwierzyli. Ich rola jest w tym wszystkim jest ogromna. Musimy współgrać.

W jaki sposób rodzice mogą i włączają się w proces szkolenia?

- Przede wszystkim finansowo. Co tu ukrywać - poruszamy się w ramach ograniczonego budżetu. Jeśli jedziemy na turnieje zagraniczne, nie ma siły, rodzice muszą pokryć koszty wyjazdu z własnej kieszeni. Do tego dochodzi oczywiście zakup sprzętu, który kosztuje około 2 tys. zł. My przy naborze gwarantujemy jedynie łyżwy, rękawice oraz kij. W przypadku biedniejszej rodziny klub w miarę możliwości stara się pomóc.

Wychodzi na to, że hokej to jednak sport dla dzieci z zamożnych rodzin.

- Fakt, że hokej w odróżnieniu od siatkówki czy piłki nożnej jest sportem drogim. Tu nie wystarczą same spodenki. W rodzinnym budżecie wydatki z nim związane wiążą się ze sporymi sumami. Przy wyjazdach na ligę mamy do dyspozycji autokar, ale już na taki turniej jak ten w Pradze rodzice zabierali synów własnymi samochodami. Zawody zorganizowaliśmy sobie sami, to znaczy jeden z rodziców znalazł informację o turnieju, zadzwonił do organizatora, uzgodniliśmy warunki finansowe, zrobiliśmy zebranie i ruszyliśmy w drogę. Trzeba było wpłacić wpisowe w wysokości 1300 zł, opłacić wyżywienie, hotel. Zawody trwały pięć dni, na miejscu musieliśmy się przemieszczać, bo lodowiska były porozrzucane po różnych częściach stolicy Czech. Dla dzieci fajna sprawa, jakaś nowość. Dla nas - trochę uciążliwe.

Ile Pan poświęca godzin dziennie tej pracy?

- Trening trwa 1,5 godziny, ale nasz czas spędzony na lodowisku wydłuża się do trzech-czterech godzin. Nie jest to zajęcie opłacalne. 90 proc. trenerów w Polsce ma dodatkową pracę. Z tego wyżyć się nie da, ale traktujemy to jako pasję [przysłuchujący się rozmowie brat Jacek, asystent Jiriego Reznara w seniorach, JKH żartuje: - Praca to jego hobby. Robi choby głupi! - przyp. red.]. W Czechach np. trenerów opłaca związek, nie muszą dorabiać. Niby drobne różnice, ale to właśnie one składają się na całość i decydują o sukcesie.

W pracy z młodzieżą czerpie Pan wiedzę z gotowych wzorców?

- Chyba jak każdy trener. Korzystam np. z nowinek znalezionych w internecie. Świat idzie do przodu, my też staramy się go gonić.

Czescy trenerzy chętnie dzielą się z Wami doświadczeniami?

- Starałem się ich kiedyś o coś podpytać, ale nie byli zbyt otwarci. W sumie też nie ma co się dziwić - latami budowali swój świetny warsztat. Pozostaje tylko popatrywać i wyciągać wnioski.

Czy od tej strony taktycznej można już coś w tak młodym wieku zrobić?

- Można. Nasi chłopcy powoli zaczynają pewne rzeczy "łapać". Młody Czech już przed przyjęciem krążka wie, gdzie go poda i tego też od naszych podopiecznych wymagamy. W tym wieku zdecydowanie więcej jednak da się osiągnąć pod względem psychologicznym, nastawienia do meczu. Chłopcy muszą być zdyscyplinowani na lodzie i poza nim.

Jakie to uczucie ogrywać drużyny z krajów będących potęgami w dyscyplinie?

- Przed turniejem w Pradze nikt się nie spodziewał takiego scenariusza, raczej patrzyli na nas z przymrużeniem oka. Szkoleniowcy zagraniczni byli zaskoczeni, że Polacy - podkreślam: Polacy - aż tyle potrafią. Nie wygraliśmy siłą fizyczną, jak miało to często miejsce w piłce nożnej, a sprytem i umiejętnościami. Nasi chłopcy mają swoje atuty: potrafią dobrze jeździć na łyżwach, nieźle grać kijem, właściwie rozgrywają krążek. Puchar, który zdobyliśmy, podobnie jak Puchar Stanleya, jest przechodni, więc za rok go bronimy! A w lutym być może uda się pojechać na turniej do kanadyjskiego Quebecu!

Malkontenci zarzucają Wam, że podczas czeskiego turnieju dokooptowaliście starszych zawodników oraz z innych klubów.

- Regulamin na to pozwalał, dlaczegóż by nie skorzystać? Poza tym w "moim" roczniku mam tylko ośmiu chłopaków, do tego kilku wyjechało w tym czasie na wakacje. W tylu grać się nie sposób, nie było nawet bramkarza. Dobraliśmy więc po znajomości chłopaków z Karwiny i Torunia.

Czy Pana podopieczni są tymi, którzy z powrotem wprowadzą nas do grupy A?

- Mam taką nadzieję. W Polsce naprawdę jest mnóstwo talentów i nawet koledzy z zachodu dziwią się, że po drodze gdzieś nam później giną. Ale żeby grać na wysokim poziomie, trzeba mieć stały kontakt z lepszymi od siebie.

Dlaczego jesteśmy hokejowym trzecim światem?

- Dzieci za późno zaczynają przygodę z hokejem. W czeskich w klubach pojawiają się już czterolatki! Do nas zgłaszają się ośmio-, dziewięciolatki. A przez te cztery lata można np. dobrze nauczyć jazdy na łyżwach. Stąd pewnie potem różnice w szybkości poruszania się na lodzie. Problemem jest też słaba popularność dyscypliny. Każda drużyna powinna być 20-osobowa, a na nabór w danym roczniku przychodzi góra 15 osób, a i z tego ktoś tam jeszcze się wykruszy.

Nie ma Pan wrażenia, że wyręczacie w pracy z młodzieżą PZHL?

- Powiem wprost: ich w tym całym procesie nie ma. My w każdym razie nie odczuwamy ich obecności. Brakuje programów szkoleniowych. Jeśli sam się w takie nie zaopatrzę, to po prostu nie mam. Wymieniamy się nimi po koleżeńsku. Jeszcze trzy lata temu organizowano zjazdy trenerów. Fajna rzecz, bo prowadził je ktoś z uznanym nazwiskiem. Teraz podobno związku na to nie stać. Na temat PZHL-u nie będę się wypowiadać, szkoda w ogóle słów. Ja nie narzekam, cieszę się, że mam w Jastrzębiu furtkę do innego świata. Inni tego szczęścia nie mają.