Krzysztof Oliwa: Twardziel nad twardziele

Mam świadomość tego, że w Europie hokej jest delikatniejszy. Potrafię się do tego dostosować i powstrzymać nerwy na wodzy. Jednak, jak któryś z rywali uderzy mojego partnera z ataku, np. Jacka Płachtę, to nie będę stał spokojnie - zapowiada Krzysztof Oliwa, który zagra w reprezentacji Polski na hokejowych MŚ.

Krzysztof Oliwa: Twardziel nad twardziele

Mam świadomość tego, że w Europie hokej jest delikatniejszy. Potrafię się do tego dostosować i powstrzymać nerwy na wodzy. Jednak, jak któryś z rywali uderzy mojego partnera z ataku, np. Jacka Płachtę, to nie będę stał spokojnie - zapowiada Krzysztof Oliwa, który zagra w reprezentacji Polski na hokejowych MŚ.

Michał Białoński: Pittsburgh nie zakwalifikował się do play off, ostatni mecz graliście 13. kwietnia. Jednak na zgrupowanie kadry przyjechał Pan dopiero na dwa dni przed odlotem do Szwecji. Co Pana zatrzymało?

Krzysztof Oliwa: Przez ciągłe wyjazdy na mecze w trakcie sezonu zaniedbałem trochę rodzinę, więc musiałem poświęcić jej trochę czasu. Tym bardziej, że w krótkim czasie najpierw żona, później córka i również ja obchodziliśmy urodziny. Nie sposób było nie stawić się również na urodzinowym przyjęciu Mariusza Czerkawskiego. Najważniejsze, że w końcu jestem z chłopakami.

Zdaje Pan sobie chyba sprawę z tego, że biedniejący polski hokej marzy tylko o utrzymaniu się w światowej elicie, bo na więcej nas nie stać?

- Nie po to pokonałem kilkanaście tys. km, żeby teraz wygrać tylko jeden mecz na mistrzostwach. Trzeba koncentrować się przed każdym rywalem i walczyć o zwycięstwo. Sport ma to do siebie, że nawet murowany faworyt może przegrać ze słabszym. Trzeba tylko wierzyć w siebie i uparcie dążyć do celu.

Czego brakuje naszym graczom?

- Mentalności zwycięzcy. Ja nabyłem ją po wielu seansach psychologów sportowych, jakie fundowano nam w New Jersey. Nauczyłem się myślenia od trenera Robbiego Ftorka.

Pamiętam, jak na treningu przed rozgrywkami na tablicy kazał nam zapisywać, ile meczów możemy wygrać w regularnym sezonie. Podawaliśmy różne liczby od 30 do 50. On stwierdził, że wszyscy jesteśmy w błędzie i wpisał 80, czyli wszystkie mecze. Zaraził nas tym dążeniem do zwycięstw i z wiarą staraliśmy się grać w każdym starciu. To było niesamowite, ale taka taktyka przyniosła skutek. Byliśmy najlepszą drużyną w lidze. Jak burza przeszliśmy przez play off i zdobyliśmy Puchar Stanleya. Od tamtej pory nigdy nie czuję się przegrany w szatni przed meczem, tylko z optymizmem myślę o tym, co może mnie spotkać na lodzie.

W reprezentacji hokeiści ograli się w zagranicznych ligach, są dobrze wyszkolenie technicznie. Powinniśmy jednak grać szybciej. W NHL na każdym treningu, najdrobniejsze ćwiczenia wykonywane są na pełnej szybkości. Jeśli coś ci nie wyjdzie, to poprawiasz ten element aż do skutku i nie zdarza się tak, że ktoś zepsuje zagranie, machnie ręką i jedzie dalej.

Pierwszy mecz na mistrzostwach gramy ze Słowacja. Znasz dobrze takich gwiazdorów jak Peter Bondra, czy Miroslav Szatan. Czy jesteśmy w stanie grać przeciwko nim jak równy z równym?

- Jestem o to spokojny, choć faktycznie zawodnicy, których wymieniłeś są świetni. Zwłaszcza Bondra dysponuje chyba najgroźniejszym strzałem w całej NHL. Jednak trudno oczekiwać, żeby ktoś taki jak on, czy Szatan, na mistrzostwach grał na całego. Raczej przyjadą po to, żeby odbębnić zawody i w tym jest nasza szansa.

Poza tym, z tego co mi mówili koledzy z reprezentacji, Słowacy unikają jak ognia gry ciałem. Dlatego powinniśmy zagrać twardo, ale w ramach przepisów.

Nie boi się Pan, że zbyt często będzie osłabiał drużynę karami? Przecież w NHL, gdzie ostra gra jest dopuszczalna, często przekracza Pan przepisy.

- Mam świadomość tego, że w Europie hokej jest delikatniejszy. Potrafię się do tego dostosować i powstrzymać nerwy na wodzy. Jednak, jak któryś z rywali uderzy mojego partnera z ataku, np. Jacka Płachtę, to nie będę stał spokojnie. Na pewno nie wywołam bijatyki, ale szepnę jakieś słówko takiemu kolesiowi. Jest wiele sposobów na ochranianie zespołu.

Hokeiści USA i Kanady na początku turnieju olimpijskiego nie mogli przystosować się do europejskich przepisów. Na mistrzostwach również będzie się grało na większych, szerszych niż w NHL lodowiskach, bez spalonego na czerwonej linii. Przyzwyczaił się Pan do tej zmiany?

- Nie musisz się obawiać o tę czerwoną linię. Przyjmę krążek tam, gdzie mi go poda obrońca. A na dużej tafli łatwiej grać. Tacy technicy z naszego zespołu jak Jacek, Waldek Klisiak, Patryk Pysz będą mieli więcej miejsca do popisów. Ja również będę mógł pognać na bramkę i zgubić obrońców.

Ćwiczy Pan jeszcze boks?

- Oczywiście, muszę w jakimś elemencie być lepszym od konkurencji i to jest właśnie mój atut. Gdybym tego nie robił, dawno wypadłbym ze składu. A do NHL jest się trudno przebić, a jeszcze trudno utrzymać pozycję w lidze. Cały czas pełno młodych utalentowanych graczy czeka na moje potknięcie, żeby zająć moje miejsce.

Dzięki treningowi bokserskiemu mam tężyznę fizyczną. Mocne i szybkie ręce. Gdy wychodzisz na lód i zaczyna się bójka, masz tylko 15 do 30 sekund czasu na pokazanie tego, co umiesz. Walki półtoraminutowe zdarzają się sporadycznie. Dlatego często wchodzę do klubowej siłowni, gdzie wisi mój worek treningowy.

Jednak równie ważny, jak solidny trening, jest odpoczynek i właściwa regeneracja sił. Gdy w końcówce sezonu trener dawał mi szansę dłużej pograć i mój udział w meczu stawał się już bez mała piętnastominutowy, czułem niesamowite zmęczenie. Aż żal mi się zrobiło kolegów, którzy grają po dwadzieścia parę minut i tak co mecz.

Mariusz Czerkawski i jego "Wyspiarze" wreszcie awansowali do play off, jednak twój kolega nie jest już liderem zespołu, bo pojawiło się w Nowym Jorku wiele słynnych nazwisk jak Jaszyn, Peca.

- I bardzo dobrze, dlaczego cały czas za wynik ma odpowiadać Mariusz, jak do tej pory bywało. Zazdroszczę Mariuszowi, że w takim gronie ma okazję ogrywać się. Przecież on już rozegrał z osiemset meczów w NHL! To świetna sprawa. Przykład trzeciego meczu Islanders z Toronto powinien być dla nas wzorem waleczności. Nowojorczycy przegrali dwa spotkania na wyjeździe, ale nie załamali się i puścili wszystko w niepamięć, by wygrać na własnym lodzie aż 6:1.

Kto zostanie mistrzem świata?

- Moim murowanym faworytem są Czesi. Będą chcieli powetować sobie niepowodzenie na igrzyskach w Salt Lake City. A jeśli przywieźli do Szwecji swego najlepszego hokeistę Jaromira Jagra, to znaczy, że satysfakcjonować ich będą tylko złote medale.