Tyski Puchar Polski

Puchar jest nasz, bo puchar nam się należy! - zdzierali gardła tyscy kibice. Hokeiści GKS-u zgarnęli trofeum czwarty raz z rzędu! - Teraz czas na mistrzostwo Polski - zapowiedział prezes Andrzej Skowroński.

GKS jest najbardziej utytułowaną drużyną w historii rozgrywek. Tyszanie zdobyli Puchar już po raz piąty. - I wcale nie mamy dosyć - żartował Tomasz Proszkiewicz, napastnik GKS-u. Karnawał w Tychach rozpoczął się zaraz po końcowej syrenie. Hokeiści rzucali się na taflę i szlifowali lód własnymi piersiami. Obcy ludzie wpadali sobie w ramiona i zataczali z radości. - Rok temu nawet nie myślałem o hokeju, a teraz proszę - cieszę się z Pucharu i nagrody dla najlepszego obrońcy turnieju. Niezwykła odmiana - uśmiechał się Łukasz Sokół, który w poprzednim sezonie nie wyjeżdżał na lód z powodu chorej trzustki.

Naprzód poległ, ale walczył pięknie. Po drugiej tercji janowianie wciąż wierzyli, że powtórzy się rok 1970, gdy w pierwszych, historycznych zmaganiach o Puchar Polski to oni nie mieli sobie równych w kraju. - Postawiliśmy się, ale jednak czegoś zabrakło. Mimo wszystko nie wstydzimy się naszej gry. Ten turniej to dobry prognostyk na dalszą część sezonu - zapewnił Artur Gwiżdż, obrońca zespołu z dzielnicy Katowic.

Po meczu wszyscy powtarzali, że kluczowy był gol Proszkiewicza, który na sekundy przed zakończeniem drugiej tercji jeszcze raz wyprowadził swój zespół na prowadzenie. - To był sygnał, że musimy przyśpieszyć, bo inaczej będzie źle - żartował "Prochu". - Pogubiliśmy się w drugiej tercji [tyszanie dostali wtedy 41 karnych minut! - przyp.red.]. Dobrze, że nie straciliśmy wtedy więcej goli - przyznał Adrian Parzyszek, kapitan GKS-u. Cieszył się też trener Jan Vavrecka. - Jestem młodym trenerem i to moje pierwsze ważne trofeum w karierze. Dziękuję drużynie - podkreślał Czech.

Finałowy turniej był zaprzeczeniem siermiężnej otoczki, która towarzyszy tym rozgrywkach w pierwszych rundach zmagań, gdy kluby traktują mecze jak sparingi lub oddają je walkowerem. Starania klubu i miasta docenili kibice, którzy wypełnili trybuny do ostatniego miejsca. Doping był chwilami porywający!

GKS Tychy 4 (2, 1, 1)

Naprzód Janów 2 (0, 2, 0)

Bramki: 1:0 Paciga - Parzyszek (4.), 2:0 Bagiński - Wołkowicz (13.), 2:1 Słodczyk - Pohl (22.), 2:2 Jóźwik - Pavlis (32.), 3:2 Proszkiewicz (40.), 4:2 Parzyszek - Paciga (53.)

GKS: Sobecki; Śmiełowski - Kotlorz, Jakesz - Mejka, Majkowski - Sokół; Paciga - Parzyszek - Bacul, Woźnica - Garbocz - Proszkiewicz, Bagiński - Krzak - Wołkowicz, Maćkowiak - Galant - Witecki

Naprzód: M.Elżbieciak; Gwiżdż - Kulik, Zatko - Pawlak, Gretka - Bernacki; Jóźwik - Gryc - Jastrzębski, Ł.Elżbieciak - Pohl - Słodczyk, Kubenko - Słowakiewicz - Pavlis oraz Sowiński, Sośnierz, Działo, Kurz

Kary: 41 - 20 (w tym kara meczu dla Tomasza Wołkowicza)

Widzów: 3 000