Prezes PZHL-u: hokejowa liga wystartuje

Kluby ze Śląska i Zagłębia najchętniej pozbyłyby się Zdzisława Ingielewicza, ale ten wierzy, że porozumienie wciąż jest możliwe.

Zarząd Polskiego Związku Hokeja na Lodzie naraził się klubom pomysłami, który mają zreformować rozgrywki i finanse związku. Konflikt narasta. Wydział Gier i Dyscypliny wytknął naszym klubom zadłużenie wobec PZHL-u i zakazał jakichkolwiek transferów!

Działacze od kilku tygodni powtarzają, że przejmą rozgrywki od PZHL-u i tym samym skończą ze "związkowym dyktatem". W piątek Ingielewicz ma spotkać się z przedstawicielem firmy, która chce pomóc klubom zorganizować rozgrywki. Do rozpoczęcia sezonu zostały tylko dwa miesiące. - Moim zdaniem to za mało czasu, żeby taki zabieg się udał. Pomysł to nie wszystko. Musi być spółka, która będzie ligą zarządzać. Oczywiście, że można reanimować Polską Ligę Hokeja [nieudany pomysł na profesjonalną ligę - przyp. red.]. Tylko czy działaczom starczy determinacji? - zastanawia się Ingielewicz, który jest przekonany, że liga wystartuje w terminie. - Wokół klubów snuje się wielu harcowników, oni kręcą swoje małe interesiki. Są jednak za słabi, żeby mnie zniechęcić. Chcę rozmawiać. Kompromis jest jeszcze możliwy - uważa prezes.

Ingielewicz zdradza "Gazecie", że jest gotowy, by jeszcze raz przeanalizować zasadność podwyższonych opłat [wpisowe do ligi wzrosło z 5 do 25 tys. zł - przyp. red.]. - Dzięki tym pieniądzom związek na pewno byłby silniejszy. No ale skoro kluby tego nie chcą. - zawiesza głos.

Podobnie ma się sprawa z reformą ekstraligi czyli dopuszczeniem do walki o mistrzostwo Polski drużyn z pierwszej ligi. - Ta sprawa była wałkowana przez wiele miesięcy. Poza Naprzodem Janów i Stoczniowcem Gdańsk kluby, które brały udział w konsultacjach, były "za". Teraz protestują, ale też nie wszyscy. Nie może być tak, że rację ma ten, kto głośniej krzyczy - mówi Ingielewicz.

Działacze śląskich klubów krytykują też prezesa za brak zaangażowania w organizację towarzyskiego spotkania Polska - Rosja (10 września w Krynicy). Na pomysł meczu wpadła Katarzyna Zygmunt, hokejowa sędzina. - Pani Zygmunt chce zrobić prywatny interes, a nas traktuje jak petenta. Według mnie optymalny byłby model: koszty na pół, zyski na pół. Ale pani Zygmunt nie chce o tym słyszeć. W takim razie stawka za przyjazd reprezentacji na widowisko organizowane przez prywatną osobę to 80 tys. zł - odpowiada Ingielewicz.

Prezes już kilka razy zapowiadał, że poda się do dymisji, czego oczekuje większość klubowych działaczy, ale na razie poprzestaje na słowach. - Są granice mojej wytrzymałości. Nie mogę przecież wystawić zarządu związku na pośmiewisko i wycofać się ze wszystkich pomysłów, które proponowało to gremium. Jeżeli nie będzie szans na kompromis, nie będzie też prezesa Ingielewicza - kończy.