Polscy hokeiści spisują się na MŚ elity powyżej oczekiwań, ale póki co nie przekłada się to na punkty. Po porażkach z Łotwą (3:4 po dogrywce), Szwecją (1:5) i wczoraj z Francją (2:4) w środę Biało-Czerwoni grali w Ostrawie z jednym z gigantów tej dyscypliny - Słowacją. To na pewno nie miał być mecz, który decydował o utrzymaniu w elicie, ale Polacy chcieli sprawić ogromną sensację, jaką byłby każdy inny wynik niż gładkie zwycięstwo rywali.
Słowacy szybko potwierdzili swoją wyższość na lodzie. Choć przy pierwszych dwóch strzałach rywali bardzo dobrze interweniował bramkarz Tomas Fucik, to już w 3. minucie było 1:0 dla Słowacji. Po akcji kombinacyjnej Słowaków Tomas Tatar zamiast strzelać w dogodnej sytuacji wystawił krążek Lukasowi Cingelowi i ten trafił do pustej bramki Biało-Czerwonych.
Polacy próbowali odpowiedzieć tuż po stracie gola, ale próby Marcina Kolusza i Dominika Pasia nie zaskoczyły słowackiego golkipera Samuela Hlavaja. Później znów dominowali Słowacy, a dobrze w polskiej bramce spisywał się Fucik, który w sytuacji sam na sam zatrzymał Tomasa Tatara, a później obronił uderzenie z dystansu Martina Pospisila.
Jednak w 12. minucie i on był bezradny, gdy zawodnik New Jersey Devils Simon Nemec fantastycznym podaniem pod bramkę obsłużył wjeżdżającego Tomasa Tatara, a ten strzałem pod poprzeczkę podwyższył prowadzenie rywali.
Słowacy dominowali dalej, m. in. dlatego, że Polacy w głupi sposób złapali dwie kary. Jedną z nich za to, że w pewnym momencie na lodowisku było sześciu ich zawodników z pola. W defensywie, wraz z dobrze dysponowanym Fucikiem, udawało się jednak te okresy wybronić. Polskiego bramkarza bez skutku próbowali zaskoczyć Pospisil, Marek Hrivik oraz niezwykle utalentowany Juraj Slafkovsky z Montreal Canadiens, objawienie igrzysk w Pekinie. Po pierwszej tercji Słowacja prowadziła z Polską 2:0, a Tomas Fucik obronił 14 z 16 strzałów rywali.
Polska grała ze Słowacją jak równy z równym. Dwie bramki stracone w samej końcówce
I tak jak można było się obawiać kolejnej odsłony tego spotkania, tak niespodziewanie Biało-Czerwoni w drugiej tercji zagrali ze znacznie wyżej notowanym rywalem jak równy z równym! Zaczęło się od odważnej akcji Patryka Krężołka, po którym krążka do bramki nie zdołał wbić Patryk Wronka. W odpowiedzi kolejny raz oko w oko z Tomasem Fucikiem wyjechał Tomas Tatar, ale ten pojedynek Tomasów padł łupem polskiego bramkarza.
W kolejnych minutach słowacki golkiper Samuel Hlavaj musiał bronić uderzenia m.in. Marcina Kolusza, Pawła Zygmunta oraz Krzysztofa Maciasia. Po kilkuminutowej przerwie w natarciach Biało-Czerwonych próbowali także Filip Komorski i Bartosz Fraszko, ale bramkarz Słowaków wciąż nie dawał się zaskoczyć. Rywale tak dużo z gry już nie mieli. Między innymi dlatego, że dwie kary w krótkim odstępie czasu złapał Pavol Regenda, jednak Polacy nie potrafili wykorzystać gry w przewadze, co jest ich bolączką na całym turnieju. Przez to, mimo bardzo dobrych 20 minut, Biało-Czerwoni wciąż przegrywali 0:2.
Trzecią tercję Polacy rozpoczęli od akcji z dwoma groźnymi uderzeniami Bartosza Fraszki i Patryka Wronki. Po chwili hokeiści Roberta Kalabera grali w przewadze po karze dla Juraja Slafkovsky'ego, a to przyniosło kolejne natarcia na słowacką bramkę. Ponownie próbował Wronka, a także Kamil Wałęga i Grzegorz Pasiut, jednak Samuel Hlavaj wciąż pozostawał niepokonany.
Polacy później próbowali szczęścia w kontratakach, które kończyły się zablokowanymi strzałami. W 52. minucie jednak po świetnej podwójnej interwencji, broniąc m.in. strzał z bliska Lukasa Cingela, kontuzji doznał znakomity w tym meczu bramkarz Tomas Fucik (skuteczność interwencji: 32/34). W polskiej bramce na ostatnie minuty musiał się pojawić David Zabolotny. Na szczęście, jak się dowiedzieli komentatorzy, Fucik musiał zejść jedynie z powodu mocnego skurczu.
W końcówce Polacy mieli trochę szczęścia, gdy z dystansu w słupek trafił Mario Grman. Później trwała wymiana ciosów, gdyż Biało-Czerwoni nie mieli już nic do stracenia, a Słowacy w ostatniej odsłonie nie wyglądali najlepiej.
Ale w 58. minucie rywale dwiema bramkami zdołali przypieczętować zwycięstwo. Najpierw w zamieszaniu podbramkowym krążek do polskiej bramki skierował Peter Cehlarik, a następnie uderzenie z dystansu Patrika Kocha dobił skutecznie Lukas Cingel.
Reprezentacja Polski przegrała ostatecznie ze Słowacją 0:4, ale ponownie nie ma się absolutnie czego wstydzić. Biało-Czerwoni długimi momentami z tak renomowanym zespołem byli w stanie grać jak równy z równym, a na koniec decydowały wyższe umiejętności indywidualne ich rywali.
Przed Polakami jeszcze trzy mecze na tych mistrzostwach. W piątek zmierzą się z Amerykanami (godz. 20:20), w sobotę ich rywalem będą Niemcy (16:20), a w poniedziałek to kluczowe, decydujące o utrzymaniu w elicie starcie z Kazachstanem (20:20).