Czerkawski dla Gazety: Mam być cierpliwy

- W piątek o północy powiedział mi o tym menedżer Savard, a już o 9 rano w sobotę miałem samolot do Hamilton - opowiada Gazecie Mariusz Czerkawski, który został wysłany przez Montreal Canadiens do filialnego zespołu z American Hockey Leauge (AHL) - Hamilton Bulldogs.

Roman Imielski: Czy spodziewał się Pan, że zostanie odesłany do Hamilton?

Mariusz Czerkawski: Nie. W piątek o północy powiedział mi o tym menedżer Savard, a już o 9 rano w sobotę miałem samolot do Hamilton. Menedżer tłumaczył, że wierzy we mnie, ale siedząc na ławce lub grając po kilka minut, stracę formę. I dlatego lepiej, by klub wysłał mnie na kilka, kilkanaście spotkań do Bulldogs, bo tam będę grał i odzyskam radość z wyjeżdżania na lód. W AHL nadal ważny jest mój kontrakt z NHL i nie będę dostawał ani centa mniej niż dotychczas [2,6 mln dolarów w tym sezonie i 2,85 mln w dwóch następnych; zdaniem "Montreal Gazette" Polak będzie najlepiej opłacanym zawodnikiem AHL - red.]

Co Pan wie o nowym zespole?

- Niewiele, bo przecież podczas mojej kariery za oceanem nie miałem z AHL styczności. Nie wiem nawet, czy gram w jednej konferencji z Oliwą czy Borzęckim. Wiem tylko, że Bulldogs to najlepszy zespół ligi, że ma halę na 10 tys. widzów. Jadę właśnie po mieście i widzę, że jest znacznie mniejsze niż Montreal. Zresztą nie mam zamiaru się tu przeprowadzać, zabrałem tylko najbardziej potrzebne rzeczy. Resztę zostawiłem w Montrealu. Pewnie będę znał też kilku zawodników, którzy byli na przedsezonowym obozie Canadiens. Więcej będę wiedział po pierwszym meczu, który mam już za cztery godziny [rozmawialiśmy w sobotę wieczorem czasu polskiego - red.].

Pana stosunki z trenerem Therrienem nie układały się najlepiej. Czy ostatnio rozmawiał z nim Pan o swojej sytuacji w Canadiens?

- Nie, zresztą trener nie jest zbyt rozmowny. Ostatni raz rozmawialiśmy parę tygodni temu. Stwierdził, że ma określoną wizję zespołu, że to on podejmuje decyzje co do składu. "Trenuj i bądź cierpliwy" - zakończył. Niestety, nie należę do jego faworytów.

Zespoły NHL często odsyłają zawodników do AHL, by tam wrócili do formy. Potem szybko powołują ich z powrotem. Kiedy Pan wróci do najlepszej ligi świata?

- Mogę wrócić do NHL w każdej chwili, tak powiedział mi zresztą menedżer Canadiens. Mam nadzieję, że po kilku, kilkunastu meczach znów będę w Montrealu.

Kilka tygodni temu poprosił Pan klub o wymianę z innym zespołem NHL. Szefowie Canadiens się na to nie zgodzili. Czy możliwe, by teraz chętniej oddali Pana do innego zespołu?

- Wszystko zależy od menedżera klubu. Jeśli zostałbym wymieniony na innego zawodnika, natychmiast pakuję się i jadę. Nieważne, jaki byłby to zespół NHL, bylebym tylko grał.

A Pana menedżer sam nie może poszukać Panu klubu?

- Mój menedżer zadzwonił do Savarda i poprosił o pozwolenie na to, ale dostał odmowną odpowiedź. Może Savard ma własną koncepcję co do mojej osoby? Tego jednak nie wiem, bo przecież nie mam pojęcia, jakie telefony wykonuje w mojej sprawie i do kogo. Gdy kilka tygodni temu zainteresowane mną było Toronto Maple Leafs, szefowie Canadiens odrzucili ich ofertę.

Gdy latem zmieniał Pan klub, to podkreślał, że to kolejny krok w górę, bo zespół z Montrealu jest w NHL tym, czym Real Madryt w piłkarskiej Europie. Czy teraz nie żałuje Pan jednak tamtej decyzji?

- Oczywiście nie myślałem, że tak potoczą się moje losy. Nie tylko jednak ja miałem wpływ na przeprowadzkę do Montrealu. Zawodnik w NHL jest własnością klubu, który mu płaci, i gdy chce go wymienić na innego hokeistę, to gracz nie ma nic do gadania. To jest sport, porażki są w niego wliczone. Teraz muszę po prostu walczyć o jak najszybszy powrót do NHL.