Hokej. Leszek Laszkiewicz. Nie rozwijamy się

Jeśli ktoś, jak ja, widział, jak wygląda otoczka wokół tej dyscypliny na Zachodzie, np. jak funkcjonują kluby, to przekonałby się, że leżymy pod każdym względem - mówi Leszek Laszkiewicz, czołowy gracz reprezentacji Polski w hokeju.

Tak się kibicuje! Trybuna Kibica otwarta dla wszystkich

Na polskich hokeistów, którzy w mistrzostwach świata Dywizji IB Krynicy-Zdroju uchodzi za faworytów i bili na głowę kolejnych rywali, w miniony weekend spadł kubeł zimnej wody. Po pewnych zwycięstwach nad Litwą, Rumunią, Holandią i Australią z Koreą Południową zagrali bojaźliwe, a rywale przewyższali ich szybkością i precyzją. Roztrwonili prowadzenie 0:2 i nieoczekiwanie nie awansowali do przedsionka elity. - Czy to katastrofa? Proszę o mądrzejsze pytania! - denerwował się Wiktor Pysz, selekcjoner reprezentacji Polski, na konferencji prasowej podsumowującej turniej.

Jarosław K. Kowal: Noc z soboty na niedzielę była ciężka?

Leszek Laszkiewicz: - Dramatyczna. Przede wszystkim nieprzespana. Byłem rozbity.

O co macie największe pretensje do siebie?

- Na pewno musieliśmy i mogliśmy pokonać Koreę. Na 10 takich spotkań pewnie wygralibyśmy dziewięć. Ale na gorąco nie chcę nikogo krytykować, bo wszystko we mnie buzuje i mógłbym powiedzieć za dużo. Mogę tylko zapewnić, że jest nam przykro i przeprosić. Na pewno zabrakło agresji. Nie chcieliśmy popełnić błędu w obronie, przez co graliśmy zdecydowanie zbyt ostrożnie. Początek mieliśmy rewelacyjny i nie wiem, z czego wynikała obawa o utratę bramek. Nie było w nas wystarczająco dużo wiary. Wielka szkoda, bo okazja na powrót do wyższej dywizji była bardzo duża.

Może trzy pierwsze wysoko wygrane mecze was rozluźniły?

- Wtedy faktycznie wszystko funkcjonowało jak należy, aż przyjemnie było patrzeć na naszą grę. Ale na pewno przeciwko Korei nie byliśmy zbyt pewni siebie, wręcz przeciwnie. Wiedzieliśmy, że Koreańczycy grają poukładany hokej i w ostatnich latach mecze z nimi były dość wyrównane. Czuliśmy respekt i za bardzo się cofnęliśmy. Mieliśmy atut w postaci lepszych warunków fizycznych, ale tego nie wykorzystaliśmy. Tym bardziej szkoda, że graliśmy u siebie, a publiczność była świetna. Niestety takie są uroki turnieju, że jeden mecz może przesądzić o wszystkim. Nie ma się jednak co tłumaczyć.

Można powiedzieć, że polski hokej jest na równi pochyłej?

- Na pewno się nie rozwijamy. Jeśli ktoś, jak ja, widział, jak wygląda otoczka wokół tej dyscypliny na Zachodzie, np. jak funkcjonują kluby, to przekonałby się, że leżymy pod każdym względem. Inna sprawa, że naprawdę powinniśmy grać w wyższej dywizji. Wszyscy uważali nas za zdecydowanych faworytów, bo jesteśmy lepszą drużyną niż Korea.

Tymczasem w Krynicy i Nowym Targu kluby mają duże problemy finansowe. W Pana Comarch Cracovii do sielanki też daleko.

- Czy przyszły sezon dla mojej drużyny będzie lepszy? Chciałbym to przemilczeć. Na pewno dzięki prof. Januszowi Filipiakowi udaje się nam przetrwać i chcielibyśmy, by dalej inwestował w hokej. Szanujemy profesora i każdemu klubowi życzyłbym takiego sponsora. Ale nasz hokej mogłoby uzdrowić jedynie skupienie się na pracy z młodzieżą, co powtarzam od lat. Jedyną osobą, która w naszym kraju mogłaby się tym zająć, jest Henryk Gruth [jedyny Polak przyjęty do Galerii Sław Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie - przyp. red.].

Więcej o: