Czeski mistrz świata dobrze pamięta "Seksmisję"

Takiego hokeisty jeszcze w Tychach nie było. Czech Roman Simicek zdradza, po co w dzieciństwie kręcił anteną, za co nie lubi "Kobiety za ladą" i dlaczego jest dumny ze "złotej asysty".
39-letni czeski napastnik to były mistrz świata. Grał też w hokejowym raju, czyli NHL. Czego taki zawodnik szuka w Polsce?

Wojciech Todur: Jak Pana rodzina zareagowała na wiadomość, że będzie Pan grał w Polsce?

Roman Simicek, hokeista GKS-u Tychy: Protestów nie słyszałem (śmiech). Żona nawet zachęcała: "Jedź. Poznaj nowy kraj, ludzi". Pochodzę z Ostrawy, więc ważne było to, że Tychy leżą tak blisko. Samochodem to zaledwie godzina z kwadransem. A jak nie chcę wracać, to mam w Tychach mieszkanie. Żona i dzieci mogą mnie w każdej chwili odwiedzić.

A najbliżsi nie dopytywali się raczej, czy tam w ogóle gra się w hokeja?

- Oj, Polacy... Więcej wiary (śmiech)! Pewnie, że były wątpliwości. Miałem też propozycje z innych klubów - m.in. z Francji. W Tychach spotkałem jednak "Jirkę" [Jirzego Szejbę, trenera drużyny - przyp. red.] i to był impuls, który przesądził o tym, ze gram w GKS-ie.

Jest Pan mistrzem świata, w Jastrzębiu gra Richard Kral - były król strzelców czeskiej ekstraligi. W Polsce nigdy nie grali tak znani zawodnicy. Co się zmieniło?

- Przyczyn trzeba raczej szukać w Czechach. Nie da się ukryć, że nie jesteśmy już najmłodsi, a hokejowa młodzież napiera. Sparta Praga pożegnała tej klasy zawodników, co Martin Rucinski, Jan Hlavac czy Jaroslav Hlinka - mistrzów świata, zawodników z doświadczeniem z NHL. W czeskim hokeju też brakuje pieniędzy, a młodsi zawodnicy są tańsi. Nie mam pretensji do losu. Sam też kiedyś zabrałem miejsce w składzie starym mistrzom.

Dlaczego czeski hokej bije polski na głowę?

- Najprościej byłoby powiedzieć, że nie macie takich tradycji. W Czechach hokej i piłka to dyscypliny sportowe numer jeden. A u was? Na którym miejscu jest hokej? Na szóstym, siódmym? To zniechęca sponsorów i utrudnia rozwój. Mam nadzieję, że zawodnicy z Czech pomagają w promocji. Nie zapominajcie jednak, że musicie inwestować w młodzież. Bez niej nie będzie hokeja.

Gra Pan w polskiej lidze już od paru tygodni. Jakie wrażenia?

- Na łyżwach każdy jeździć potrafi. To jednak za mało. Trzeba mieć głowę na karku i silne ręce. Wiele polskich drużyn o tym zapomina. Zawodnicy grają "na hura" - byle do przodu, a w obronie jakoś to będzie. W lidze może i będzie, ale potem, gdy tacy zawodnicy trafią do reprezentacji, to rywale zaraz sprowadzą ich na ziemię. Pamiętajcie, że na koniec to mądrzejszy zawsze będzie górą. Tylko kilka drużyn trzyma się taktyki. Podoba mi się Cracovia, Jastrzębie...

Gdy gracie w osłabieniu, a Pan przez długie sekundy przetrzymuje krążek, tyscy kibice biją brawo i wstają z miejsc.

- To bardzo miłe i motywujące. Hokej to masa szczegółów, a nie tylko bramki. W NHL fani potrafią docenić każde zagranie. Walkę na bandzie, bodiczek na środku lodowiska. Widowisko tylko na tym zyskuje. Zachowanie tyskich kibiców jest pierwsza klasa.

Milan Baranyk, Robin Bacul, Josef Vitek - ci zawodnicy uchodzą za gwiazdy naszej ligi. Czy w Czechach są równie dobrze znani?

- W miejscowościach, z których pochodzą, pewnie tak, ale gdyby ktoś pojechał na Spartę Praga i zapytał przeciętnego kibica, czy zna Czechów grających w polskiej lidze, to ten pewnie rozłożyłby ręce.

Strzelał Pan bramki najlepszym bramkarzom świata, więc pewnie Polacy nie są dla Pana wielkim wyzwaniem?

- To tak nie działa. Zresztą nigdy nie byłem typem snajpera. W której drużynie nie grałem, trenerzy zawsze krzyczeli mi do ucha: "Strzelaj Roman! Strzelaj!" A ja wolałem podać. Nie jestem egoistą i już się nie zmienię. Polscy bramkarze są jeszcze dla mnie niewiadomą. Nie wiem, na co ich stać, jakie mają słabe strony. A słabe punkty ma każdy, nawet tacy spece jak Dominik Hasek, Petr Briza, Roman Cechmanek czy Milan Hnilicka, których cenię najbardziej.

W 1999 roku po niezwykle wyrównanej rywalizacji z Finlandią zdobył Pan mistrzostwo świata. Przywiązuje Pan dużą wagę do tego tytułu?

- Bardzo dużą. W tamtej drużynie nie byłem jednym z wielu. Gdy graliśmy na dwie piątki, ja też byłem na lodzie. To ja podałem krążek do Jana Hlavaca, który strzelił bramkę na wagę mistrzostwa. Mam więc "złotą asystę"! Cenię sobie też czas, który spędziłem w NHL. To hokejowy raj. Wszystko podsuwano nam pod nos. Na mecze lataliśmy samolotami. W Pittsburgh Penguins trafiłem do "czeskiej drużyny". Było nas dwunastu, a na dodatek trener też był naszym rodakiem. Nawet angielskiego nie musiałem się uczyć. Byłem przygotowywany do gry w pierwszej piątce z Jaromirem Jagrem. Niestety, już na początku przyplątała mi się kontuzja i trafiłem do innej formacji. Grałem z "Pepą" Berankiem i Matthew Barnaby'm. To był atak prawdziwych wojowników. Fajnie wspominam też grę w AHL [zaplecze NHL - przyp. red.]. Trafiłem do Houston. Czułem się jak na wakacjach.

Dobrze rozumie Pan polski język. Tak szybko się Pan uczy?

- To wasze "Kino nocne" tak mnie wyedukowało. Z Ostrawy blisko do Polski, więc wystarczyło dobrze pokręcić anteną i można było oglądać waszą telewizję. A tam "Rocky", "Rambo", no i "Seksmisja". Jednego tylko nie mogłem zrozumieć. Wszystkie amerykańskie filmy czytał ten sam lektor. Mieliście tylko jednego!?

Może i mieliśmy jednego lektora, ale za to w Waszych serialach ciągle grali ci sami aktorzy.

- A to prawda. Pamiętacie "Kobietę za ladą"? Ale mnie denerwowały te czechosłowackie seriale. Na ekranie sklepowe półki uginały się od jedzenia, a w normalnym życiu bieda. To dopiero była propaganda! Czesi zawsze lubili jeździć do Polski. Wasze targowiska były świetnie zaopatrzone. No i mieliście "krówki"! Moja córka do dziś mnie pyta: "Tato, a krówki przywiozłeś?". Odpowiadam jej: "Idź do sklepu na rogu i sobie kup". Czesi już się nauczyli robić "krówki" (śmiech).

Zarobił Pan tyle, że może spokojnie odejść na emeryturę?

- Wiele osób myśli, że skoro grałem w NHL, to już nie muszę pracować. Nic z tych rzeczy. Ale nie narzekam. W Czechach mamy małe rodzinne ranczo. Dużo zieleni, konie. Nieraz spadłem z siodła! To ranczo mamy już od sześciu lat i uznaliśmy, że wystarczy. Żona musi je doglądać na co dzień sama, a to męczące. Chcemy je sprzedać i zainwestować w coś nowego.

Roman Simicek

Wiek: 39 lat

Kluby: Vitkovice, HPK Hameenlinna (Finlandia), Pittsburgh Penguins (NHL), Minnesota Wild (NHL), Houston Aeros (AHL), HIFK Helsinki (Finlandia), Sparta Praga, Dukla Trencin

Sukcesy: mistrz świata 1999, brązowy medalista MŚ 1997