NHL. Pittsburgh Penguins mają problem

"A miało być tak pięknie, wywiady miały być..." - dziwił się w "Seksmisji" Maksymilian Paradys (Jerzy Stuhr). Teraz tak samo dziwią się kibice Pittsburgh Penguins. Ich drużyna w finale Konferencji Wschodniej NHL przegrała już dwa mecze z Boston Bruins - 0:3 i 1:6. Oba na własnym lodowisku. - Może niech postawią Jeana-Claude'a Van Damme'a na bramce? - żartują dziennikarze.
Poniedziałkowy wieczór, hala Consol Energy Center w Pittsburghu. Kibice właściwie jeszcze nie zdążyli usiąść po odegraniu hymnu Stanów Zjednoczonych, gdy kapitan Penguins Sidney Crosby stracił krążek w tercji obronnej Bruins. Krążek przejął Brad Marchand i pognał na bramkę gospodarzy, by po chwili strzałem z nadgarstka pokonać Tomasa Vokouna. Od rozpoczęcia meczu minęło... 28 sekund. Wszystko w zasadzie wyjaśniło się w pierwszej tercji, kiedy trzy kolejne strzały Bruins na bramkę rywali znalazły drogę do siatki. Gol Brandona Suttera dla Penguins był tylko na otarcie łez. W trzeciej tercji dzieła zniszczenia dokończyli Patrice Bergeron i Johnny Boychuk.

- Dziś byliśmy po prostu fatalni. Inaczej nie da się tego określić - stwierdził Crosby.

Nikt nie ma takiej siły rażenia jak Penguins - w sezonie zasadniczym strzelili 165 goli (najwięcej w lidze) i odnieśli 36 zwycięstw w 48 meczach. W dwóch pierwszych rundach play-offs trafiali 48 razy (w 11 spotkaniach). Przez 120 minut gry przeciwko Bostonowi strzelili... jednego gola.

Crosby, uznawany za najlepszego hokeistę świata, wsparty Jewgienijem Małkinem, Jamesem Nealem, Jarome'em Iginlą, Krisem Letangiem, Pascalem Dupuisem i Chrisem Kunitzem do serii z Bostonem w 11 meczach play-off zdobyli łącznie 88 punktów. Przeciwko "Niedźwiadkom" jeszcze nie punktowali.

Na drugim biegunie są kluczowi gracze Bruins - David Krejci, Nathan Horton i Milan Lucić, czyli pierwszy atak "Niedźwiadków" w poniedziałek strzelił dwa gole i miał dwie asysty, w pierwszym meczu finału Konferencji, wygranym 3:0, mieli trzy gole i trzy asysty.

Nieskuteczność i nieobecność liderów to tylko jeden z problemów "Pingwinów". Kolejnym jest bramkarz. Przed sezonem wydawało się, że trener Dan Bylsma ma to z głowy - zastępcą dla chimerycznego i często niepewnego Marca-Andre Fleury'ego został doświadczony Tomas Vokoun. To właśnie Czech bronił przez większość fazy play-off, ale seria z Bostonem na razie mu nie wychodzi. W poniedziałek zjechał z lodu już w pierwszej tercji, po puszczeniu trzech goli. Ale Fleury wcale nie spisywał się lepiej.

- Czy ktoś ma numer do Toma Barrasso? - zażartował na Twitterze Jeff Marek, kanadyjski komentator radiowy i telewizyjny, nawiązując do słynnego bramkarza, który w 1991 i 1992 r. wywalczył z Penguins Puchar Stanleya.

- Jean Claude Van Damme był niezły na bramce w "Nagłej śmierci" - wtórował Adam Proteau, felietonista "The Hockey News" nawiązując do filmu, w którym Van Damme walczy z terrorystami, którzy opanowali halę Penguins podczas finału Pucharu Stanleya i... gra jako bramkarz.

Kolejny problem to straty. Jak na razie Bruins mieli ich 3, Penguins - aż 20. Crosby w poniedziałek popełnił ich aż cztery... Jedna kosztowała gola, podobnie jak strata, którą popełnił Letang.

- Nie możemy tak grać, nie możemy dawać im okazji w prezencie. Są zbyt dobrym zespołem, by tego nie wykorzystać - mówił Crosby.

Jakaś nadzieja dla "Pingwinów"? Tak, choćby w historii. Ostatnią drużyną, która odwróciła losy finału Konferencji i wróciła ze stanu 0-2, byli w 1991 roku... Penguins, którzy wyeliminowali Bruins. Ale wtedy w ekipie z Pittsburgha grali Mario Lemieux i Jaromir Jagr. Teraz Czech jest zawodnikiem Bruins (w poniedziałek zaliczył dwie asysty). "Niedźwiadki" początkowo chciały ściągnąć do siebie innego gwiazdora-weterana, Jarome'a Iginlę, ale wieloletni kapitan Calgary Flames wybrał ofertę... "Pingwinów". Wtedy Boston sięgnęło po Jagra, który zamienił Teksas (grał w Dallas Stars) na Massachusetts. Iginla będzie żałował decyzji?