Wyznania hokeisty: Odpryski kości zaplątały się między mięśnie oka

- Żona przyprowadziła dzieci do szpitala po tym, gdy lekarze zdjęli mi z twarzy gipsową maskę. Źle zrobiła. Syn uciekł, gdy mnie zobaczył. Patrzył na mnie jak na obcego człowieka - opowiada Zbigniew Szydłowski, bramkarz Zagłębia Sosnowiec.
Bramkarz Zagłębia przed sezonem dostał krążkiem w twarz z pięciu metrów. Gumę wystrzelił podczas treningu kolega z drużyny. Szydłowski obawiał się, że straci wzrok, ale dziś na szczęście wrócił do treningów.

Wojciech Todur: Wyobraża pan sobie, że wyjeżdża na lód bez hokejowej maski? Jeszcze pół wieku temu tak się broniło.

Zbigniew Szydłowski: Bez maski?! W życiu! To się ociera o szaleństwo. Nie jestem kamikadze. W tamtych czasach na pewno nie stanąłbym między słupkami.

Na pana twarzy wciąż widać ślady uderzenia krążkiem. Jak to się stało? Ktoś złamał reguły?

- Podczas treningu jest zasada, żeby po gwizdku trenera nie strzelać. Mieliśmy przerwę w grze. Koledzy pojechali w lewą stronę, a ja w prawą. Podniosłem maskę. Pomyślałem, że jeszcze zdążę się napić.

Kątem oka widziałem, że obok mnie bawi się krążkiem Kuba Jaskólski [obrońca Zagłębia - przyp. red.]. Nagle wystrzelił... Potem mówił, że mnie nie widział. "Jaskół - powtarzałem - powinieneś chociaż podnieść głowę!". Walnął mi w twarz z pięciu metrów. Nie czułem wcale strasznego bólu. To był szok! Zdążyłem jeszcze wyciągnąć rękę i położyłem się na niej na lodzie.

Pierwszy raz oberwał pan krążkiem?

- Nigdy nie słyszałem o podobnym wypadku. Poczułem, że coś mi chrupnęło w twarzy. Bałem się może ze trzy sekundy. Potem otworzyłem oczy. "Widzę, czyli nie jest tak źle".

Najbardziej ucierpiał nos, ale także łuk brwiowy i oczodół. Odpryski kości zaplątały się między mięśnie oka. Gdy zobaczył mnie lekarz, to złapał się za głowę. "Ale jak ja pana przebadam?!". Jakimś cudem udało się jednak podnieść zapuchniętą powiekę. Siatkówka na szczęście nie jest uszkodzona, ale oko wciąż łzawi. Kolejne zabiegi czekają mnie jeszcze po sezonie.

Trener Mariusz Kieca mówił, że wyglądał pan jak po czołowym zderzeniu z tramwajem.

- Lepiej nie mówić. Mam dwójkę dzieci: 10-letniego Jasia i 7-letnią Amelkę. Żona przyprowadziła je do szpitala po tym, gdy lekarze zdjęli mi z twarzy gipsową maskę. Źle zrobiła. Janek uciekł, gdy mnie zobaczył. Patrzyli na mnie jak na obcego człowieka.

Bramkarz w masce jest zupełnie bezpieczny?

- Pamiętam taki mecz, gdy Grzegorz Dybaś z Polonii Bytom, który słynął z bardzo mocnego strzału, uderzył w maskę Marka Batkiewicza tak mocno, że uszkodził mu łuk brwiowy.

Maski są teraz bardzo wytrzymałe. Najsłabiej chronione miejsce to szczęka. Gdyby trafił się jakiś wariat, który uderzyłby krążek z kilku metrów na głowę, to mogłoby się skończyć tragicznie. W polskiej lidze na szczęście takich szaleńców nie ma...

Niebezpiecznie jest też wtedy, gdy rzucamy się na lód pod łyżwy kolegów. Pamiętam przypadek z NHL, gdy bramkarz niemal wykrwawił się na lodzie [chodzi o Clinta Malarchuka - przyp. red.]. Życie uratowała mu przytomna reakcja ratownika. Obawiam się, że w Polsce podobne zdarzenie skończyłoby się tragicznie.

Jesteście okutani w ochraniacze jak średniowieczni rycerze, ale jednak krążki dosięgają waszych kości. Na przykład w okolicy kolan.

- Rzeczywiście, jest taki model parkanów, że przy wyklęku robi się tam przerwa. Ciężko jest tam trafić, ale jednak się zdarza. Ostatnio w ten sposób ucierpiał Tomek Dzwonek [kolejny bramkarz Zagłębia - przyp. red.].

Na uderzenia są też narażone genitalia. Jeden ze śląskich bramkarzy miał kilka sezonów do tyłu tak napuchnięte jądro, że przyrównał je do pomarańczy. Nie mógł go zmieścić w suspensorze!

- Sam w jądra dostałem tylko raz. Grałem wtedy w juniorach, a działo się to jeszcze na otwartym lodowisku w Katowicach, czyli Torkacie. Ból jest nie do opisania! Na jego wspomnienie do dziś mam dreszcze. Wolałbym jeszcze raz dostać w twarz (śmiech).

Suspensor chroni, ale gdy bramkarz schodzi do parteru i robi szpagat na lodzie, to też otwiera się miejsca dla krążka.

Kilka lat temu w Katowicach grał hokeista, który uważał, że suspensory krępują mu ruchy. Efekt był taki, że podczas rozgrzewki kolega przypadkiem wystrzelił krążkiem w jego krocze i zmiażdżył mu jądro

- Słyszałem o tym. Gra bez suspensorów to takie same szaleństwo, jak wychodzenie na lód bez maski. Podczas treningu w kierunku bramkarza leci 100, 150 krążków. Prawdopodobieństwo, że któryś cię trafi, jest bardzo duże. Suspensor chroni też przed kijem, a zapewniam, że hokeiści lubią zahaczać akurat w to miejsce.

A co pan sądzi o zawodnikach, którzy rzucają się na lód, by własnym ciałem zatrzymać wystrzelony krążek? Słynie z tego szczególnie pana klubowy kolega Andrzej Banaszczak.

- Takich obrońców jak Andrzej jest mało, bo rzucić też trzeba się umieć. W zachodnich ligach taką umiejętność po prostu się trenuje. W Polsce wielu zawodników rzuca się na lód jak popadnie. Przekręci ich, polecą za daleko i wtedy są już na łasce strzelającego.

Niektórzy obrońcy miotają krążki z taką siłą, że mogą urwać głowę. Trafi i śmierć na miejscu.

Kto ma najsilniejszy strzał w lidze?

- W Sosnowcu potrafią przyłożyć Rafał Cychowski i Jarosław Kuc. Przed laty miałem tę przyjemność, że grałem w Bytomiu z Andrzejem Kądziołką i takiego mocarza już nigdy potem nie spotkałem.

Andrzej po prostu przestrzeliwał bramkarzy. Świetny był też Janusz Syposz [kolejny obrońca Polonii - przyp. red.], który może nie uderzał gumy tak mocno, ale był piekielnie precyzyjny. Osiem na dziesięć krążków wpadało mu w okno. Gdyby połączyć ich umiejętności, to mielibyśmy obrońcę na miarę NHL.

Sezon jeszcze dobrze się nie rozkręcił, a pan został trafiony krążkiem w twarz. Adrian Parzyszek z GKS-u Tychy uderzony kijem omal nie stracił nerki. Ryzykujecie zdrowie i życie, a w porównaniu z innymi sportowcami zarabiacie mało. Działacze was oszukują, nie płacą miesiącami. Nie żałuje pan, że postawił przed laty na hokej?

- Teraz i tak jest lepiej, bo PZHL może nieuczciwym klubom zabrać licencję na grę w lidze. Wcześniej nie było takiego zapisu i wielu działaczy zwodziło zawodników latami, by na koniec i tak nie zapłacić.

Nie żałuję, że postawiłem na hokej. Dorastałem w Bytomiu wśród fajnych ludzi. Nasz rocznik - 1976 - siedem razy z rzędu grał w finałach młodzieżowych mistrzostw Polski. Zagłębie miało do nas pecha, bo zawsze dostawało baty w półfinale (śmiech).

Po skończeniu wieku juniora trafiłem, niestety, na złe czasy dla bytomskiego hokeja, wielu moich kolegów pokończyło już kariery. Zostali Darek Puzio, Robert Mandla, Andrzej Banaszczak... Mnie wciąż ciągnie na lód, ale jest mi łatwiej, bo nie żyję tylko z pensji hokeisty. Mam też parking strzeżony, który jest dla mnie odskocznią i gwarancją normalności na trudne czasy.