Reprezentacja Polski już po dwóch meczach Euro 2024 straciła szanse na awans do fazy pucharowej. Na pożegnanie zremisowała 1:1 z Francją, co może stanowić dobry prognostyk na przyszłość. Ale trudno powiedzieć, aby turniej okazał się dla niej udany.
Oczekiwania wobec polskich piłkarzy były większe, zwłaszcza po czerwcowych zwycięstwach w meczach towarzyskich z innymi uczestnikami mistrzostw Europy - Ukrainą (3:1) oraz Turcją (2:1), czym udało się przedłużyć passę bez porażki do ośmiu spotkań. Jednak zdaniem Zbigniewa Bońka nawet to nie dawało podstaw do myślenia o spektakularnym wyniku.
- Przed turniejem i w trakcie było za dużo chaosu, koncepcji i poszukiwań. Zameldowaliśmy się w Niemczech bez wykrystalizowanej podstawowej jedenastki. I nie mielibyśmy jej, nawet gdyby od początku zdrowi byli Robert Lewandowski z Pawłem Dawidowiczem. Po wygranych meczach towarzyskich (...) myśleliśmy, że nasza gra wreszcie zaczęła jakoś wyglądać i że damy sobie radę. Turniej zweryfikował te opinie - powiedział były prezes PZPN w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" Onetem.
Boniek nie chciał przesadnie krytykować reprezentacji, choć zwrócił uwagę, że bez świetnej postawy Wojciecha Szczęsnego oraz Łukasza Skorupskiego wyniki mogłyby być o wiele gorsze. I wskazał aspekt, który jego zdaniem miał bardzo istotne znaczenie.
- Przygotowanie motoryczne naszych piłkarzy było na niskim poziomie. Pod tym względem odstawaliśmy na tych mistrzostwach od niemal wszystkich rywali. Szczególnie widać to było w środku pola, gdzie nasi nie nadążali za przeciwnikami - stwierdził. Przy tym zaznaczył, że odpowiadają za to sami piłkarze i ich trenerzy klubowi, a nie Michał Probierz.
Mimo to selekcjonerowi polskiej kadry także się oberwało. - Nie podobało mi się to, że do każdego przeciwnika ustawialiśmy nie tylko taktykę, lecz także personalia, to, kto ma wyjść na boisko, że - wbrew zapowiedziom - bardziej zwracaliśmy uwagę na nich niż na siebie. Dobra drużyna ma indywidualności, które nadają ton zespołowi, ma kręgosłup, pomysł, jak wykorzystać atuty, a jak trochę przykryć wady - ocenił Boniek. Jego zdaniem najbardziej widać to było w spotkaniu z Austrią (1:3), w którym na boisko wybiegli zawodnicy "będący lepsi w walce wręcz niż w grze w piłkę". Mogło to też wynikać z braku "międzynarodowego doświadczenia" u Probierza. - Co mecz, to inna koncepcja, inna taktyka, inna drużyna, inny styl, inne nastawienie, zmiany personalne. To wszystko zebrane razem nikomu nie pomogło - podkreślił 68-latek.
Tegoroczne Euro było pierwszym w historii, na którym reprezentacja Polski rozegrała "mecz o honor". Na poprzednich nieudanych turniejach (2008, 2012, 2020) do samego końca miała szanse na awans. - Nim się dobrze rozgrzaliśmy, to już nas nie było. Taka jest brutalna prawda - skwitował Boniek, który nie tak dawno porównał mistrzostwa Europy do zabawy na dyskotece. I wrócił do tamtej analogii, odnosząc się do słów dziennikarza, że "Polska została wyproszona jako pierwsza". - I to jeszcze nim przyszedł DJ i zaczął grać muzykę - powiedział. Poza tym uważa, że nawet zalążki bardziej efektownej gry nie są w stanie zupełnie przykryć słabego rezultatu. - W ciemno biorę wynik z Kataru (1/8 finału - red.) - stwierdził, przypominając, że na tamtym turnieju drużyna narodowa prezentowała się bardzo przeciętnie, a atmosfera wokół niej była fatalna.
80-krotny reprezentant Polski nie określił, czy pozostawienie Probierza na stanowisku to dobry pomysł. Czeka na to, co wydarzy się w jesiennych spotkaniach Ligi Narodów oraz w przyszłorocznych eliminacjach mistrzostw świata. I apeluje do selekcjonera. - Nie chciałbym, żebyśmy turniej w Niemczech schowali do szuflady bez wyciągnięcia wniosków na przyszłość - oznajmił.
Boniek docenia, że selekcjoner próbował bardziej ofensywnie grać w piłkę. Uważa, że trzeba to kontynuować, gdyż Polska ma do tego odpowiednich zawodników. - Do tego potrzebni są zdrowi i w formie Moder, Urbański, Zieliński, Sebastian Szymański, Skóraś, Frankowski, Zalewski, może Kacper Kozłowski. Chciałbym widzieć reprezentację Polski, która gra futbol pozytywny - zakończył.