Oto najbardziej irytująca drużyna Euro. Oczy krwawią od jej oglądania

Coraz więcej kibiców ma dosyć tak grającej reprezentacji Anglii, ale Gareth Southgate nie ma zamiaru przejmować się żadną krytyką. Jego wizja gry stawia jego drużynę po stronie futbolowego zła. Selekcjoner Anglików jest jak słynny niszczyciel zabawy i uśmiechów. Duńczycy pokazali, że ze złem można i należy walczyć. Piłka nożna ma sprawiać czystą radość, a nie być grą dla snobów.

Anglia ma wszystko, by na dominować rywali na takim poziomie, jak robią to Hiszpania, Francja, Portugalia i Niemcy. Ale z jakiegoś powodu tego nie robi. Futbol proponowany przez gwiazdy prowadzone przez Garetha Southgate'a od lat jest pragmatyczny, minimalistyczny. Choć ostatnio to daje najlepsze wyniki na międzynarodowych imprezach od lat, to jednocześnie irytuje coraz większą liczbę sympatyków piłki nożnej. Trwające Euro - Anglia jawiła się jako jeden z jego faworytów - i zakończony remisem 1:1 mecz z Danią powinien być sygnałem alarmowym, że zaczyna brakować miejsca przy stole na snobistyczny futbol, obrośnięty kiczowatymi piórkami.

Zobacz wideo Szokujący wynik meczu PZPN kontra dziennikarze! Golba show

Takiej Anglii nie da się oglądać

Nie ma co się dziwić temu, że w mediach w Anglii krytyka stylu gry reprezentacji za kadencji Southgate'a trzyma się mocno. Mimo dobrych wyników na turniejach nie ma przekonania, że ta kadra jest godna tego, by zostać mistrzem świata lub Europy. Angielscy kibice zapewne w rozmowach między sobą rzucają mityczne hasło "męczy nas piłka", próbując obrócić to w żart, choć tak naprawdę nie ma z czego żartować.

Pierwszy mecz Anglików z Serbią był najbrzydszym spotkaniem pierwszej kolejki fazy grupowej Euro 2024. Jednostajnie grająca Anglia, która ogranicza kreatywność w ofensywie niemalże do zera, kontra chaotyczni Serbowie. Choć od oglądania gry obu zespołów krwawiły oczy, to więcej się mówiło o bezpłciowej, nijakiej postawie Anglików. Przy odrobinie większym zaangażowaniu i nieco wyższej intensywności nawet w krótkim fragmencie spotkania mogliby wygrać znacznie wyżej, a skończyło się skromnym i pozostawiającym wątpliwości 1:0.

Z Danią wyglądało to dość podobnie. Można było zapomnieć o wymienności pozycji, koronkowych zagraniach, wysokim i agresywnym pressingu, chęci kontrolowania tempa gry i zamknięcia przeciwnika. "Synowie Albionu" praktycznie oddali inicjatywę po strzelonym golu, co w ich przypadku było czymś absurdalnym i niedorzecznym. Duńczycy wyczuli, że to może być ich mecz, ich moment. Zagrali tak, jak na uczestnika tegorocznego Euro przystało - agresywnie, odważnie, nieustępliwie, z dobrą organizacją. Brakowało jedynie lepszego wykończenia, by zdobyć trzy punkty we Frankfurcie.

Duńczycy chcieli się zemścić i częściowo to zrobili

Dania nie potrzebowała dodatkowej motywacji. Selekcjoner Kasper Hjulmand doskonale wiedział, że jego piłkarze będą chcieli za wszelką cenę się odegrać za to, co się stało w półfinale poprzedniego Euro. Wtedy Anglia wygrała po dogrywce w kontrowersyjnych okolicznościach, bo po rzucie karnym, którego nie powinno być.

Teraz, choć nie udało się zwyciężyć, to można powiedzieć, że w jakimś stopniu udało się zemścić. Duńczycy spowolnili "marsz" Anglików po mistrzostwo Europy (choć z taką grą "Trzy Lwy" mogą podnieść puchar jedynie w grze wideo). Pokazali światu, że nieatrakcyjny futbol, symbol zła w świecie piłki nożnej, to coś, z czym można walczyć. Bo minimalizm wcale nie jest gwarantem sukcesów po wsze czasy. Dania stanęła po stronie dobra i jednocześnie dodała otuchy Słoweńcom, którzy w ostatniej kolejce będą grać właśnie z Anglią. Udowodniła im, że aktualnych wicemistrzów Europy da się zatrzymać.

Czy Anglicy wyciągną wnioski?

Remis z Danią Anglicy powinni traktować jak porażkę. Nawet jeśli Harry Kane strzelił gola, to rozczarował. Nawet jeśli Bukayo Saka i Phil Foden dochodzili do sytuacji, to rozczarowali. Jude Bellingham, Declan Rice, Trent Alexander-Arnold, defensywa i zmiennicy - także występ na duży minus.

Potencjał ofensywny Anglików jest koncertowo marnowany i dowodem tego jest jedna statystyka. Średni współczynnik oczekiwanych goli "Synów Albionu" na Euro w dwóch meczach wynosi zaledwie 0,72. To mniej niż miało Luton Town, spadkowicz Premier League (xG 1,23/mecz).

Wątpliwe jest, że Anglia wyciągnie z tego odpowiednie wnioski. Sami piłkarze doskonale widzieli, co się dzieje, a nie mogli i nie chcieli niczego zmienić. Zresztą wielokrotnie pokazali, że z raz obranej drogi nie mają zamiaru schodzić, są uparci i zmieniają zdanie rzadziej od krowy. Wręcz przeciwnie. Southgate będzie przekonywał, że jego filozofia futbolu wciąż działa i nie ma potrzeby jej zmieniać. Nie będzie się liczył z żadną krytyką, nawet tą najbardziej konstruktywną, racjonalną i wyważoną.

- Jestem w tym środowisku od ośmiu lat, więc wszystko rozumiem. Kiedyś mnie to irytowało, a teraz mam do tego ambiwalentny stosunek - mówił przed meczem z Danią. Po nim jego zespół ma cztery punkty, ale krytyka nie ustąpi.

Praktycznie wszyscy na Euro proponują styl gry, który porywa tłumy, który czyni ten turniej tak pięknym i niepowtarzalnym. Ale Anglicy są na przekór wszystkiemu i wszystkim, jak ten słynny niszczyciel zabawy i uśmiechów.

Sygnałem alarmowym do zmian powinien być finał poprzedniego Euro - przegrany z Włochami po rzutach karnych. Anglicy nie są nieomylni, a mimo to dalej na takich się kreują, co widać na tegorocznym turnieju. Brytyjskie dzienniki będą publikować wyraziste tytuły, by pokazać, jak bardzo kibice są ziyrtowani - zarówno ci sympatyzujący z Anglią, jak i będący przeciwko niej. Pozostaje pytanie, czy i kiedy Southgate zrozumie, że przyszedł czas na zmiany w stylu gry i sposobie myślenia, bo dla piłkarskich snobów nie ma miejsca.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.