Wydajność, niezawodność, funkcjonalność - to już nie są cechy Niemców. Tak przynajmniej twierdzi dziennikarz Seb Stafford-Bloor z serwisu The Athletic. Brytyjczyk przeżył wstrząs, gdy zobaczył, jak wielki chaos zapanował w niemieckich miastach, gdy na mecze Euro 2024 przyjechali kibice.
Pierwszym szokiem był już mecz otwarcia w Monachium, gdzie gospodarze zagrali ze Szkocją. Niemcy, którzy mają przecież doświadczenie w zapełnianiu stadionu Allianz Arena na mecze Bundesligi i Ligi Mistrzów, tym razem mieli problem z 80 tysiącami kibiców, którzy pojawili się w stolicy Bawarii. Brytyjski dziennikarz narzeka na wielogodzinne kolejki, bo w przeciwieństwie do meczów wicemistrza Niemiec, tym razem nie było kierowania fanów do odpowiednich sektorów już przed stadionem. W efekcie ludzie cisnęli się w tłumie, przepychając się w tę i we w tę doprowadzając kilkukrotnie sytuację do wrzenia. To był jednak dopiero początek.
To był dramat, więcej emocji w podróży niż na samym meczu
Dramat to był dopiero na meczu w Gelsenkirchen, gdzie Anglia zmierzyła się z Serbią. Napływ 50 tysięcy kibiców spowodował, że zachodnioniemieckie miasto dosłownie się zakorkowało. Fanom bardziej opłacało się przejść półtoragodzinną trasę z dworca kolejowego na stadion niż czekać dwie godziny na tramwaj. Po meczu kibice więcej i barwniej opowiadali o ulewie, płaczących dzieciach i ogólnym zamieszaniu niż o emocjach związanych z samym meczem, który Anglicy wygrali 1:0.
Jeden z kibiców Steve Grant opowiadał, że peron na dworcu był tak przepełniony, że trzeba było wytężać się ze wszystkich sił, żeby tłum nie zepchnął cię na tory. Nie było żadnych służb, które zadbałyby o rozładowanie tłoku i bezpieczeństwo podróżnych.
Dantejskie sceny na dworcu miały miejsce również po meczu. Fani skarżyli się, że żaden pociąg nie odszedł o czasie i z tego peronu, jaki był w rozkładzie. Kibice biegali z miejsca na miejsce, bo pociągi do Essen okazywały się kursami do Duesseldorfu i odwrotnie. Gdy trzeba było rozłożyć podjazd dla niepełnosprawnych, żaden z pracowników niemieckich kolei nie był zainteresowany pomocą podróżnym. Znowu lepiej było przejść kilka kilometrów do noclegowni przygotowanych dla kibiców niż czekać do wczesnych godzin porannych, by dostać się do pociągu.
Oficjalny partner UEFA nie poradził sobie z wyzwaniem
Brytyjczyk skarży się, że taką sytuację można było przewidzieć. Gelsenkirchen to najmniejsze miasto, w którym przyszło grać piłkarzom na Euro 2024 i nie ma w nim wystarczającej liczby miejsce hotelowych, by przyjąć choćby skromną część fanów, którzy przyjechali na turniej. Dużo więcej fanów wybrało więc zakwaterowanie w okolicach miasta niż w samym Gelsenkirchen.
Co najśmieszniejsze w tej historii to fakt, że niemieckie koleje, czyli Deustche Bahn to oficjalny partner Euro 2024. Kiedyś to była instytucja, która słynęła ze swoich wysokich standardów. Dziś jednak nic z tej famy nie zostało. Niemcy już się przyzwyczaili, że pociągi się spóźniają, kursy są usuwane z rozkładu bez żadnej informacji, a podróżni są pozostawieni sami sobie. I to wszystko pomimo tego, że utrzymanie transportu kolejowego to obowiązek, jaki na państwo niemieckie nakłada konstytucja.
Jakość transportu pogarsza się z roku na rok. W 2020 r. ponad 80 procent składów przyjechało na czas. W 2023 ta liczba spadła poniżej 60 procent.
Na Niemcach mszczą się lata zaniedbań
Stafford-Bloor wysłał zapytanie do DB o pociągowy chaos na dworcu, ale w odpowiedzi otrzymał same ogólniki w stylu: "DB robi wszystko, co w jej mocy, aby fani piłki nożnej dotarli na mecze na czas i bez stresu", czy też "uruchamiamy każdy pociąg, jaki mamy".
Na Euro 2024 na Niemcach mszczą się lata zaniedbań infrastruktury kolejowej. The Athletic cytuje aktywistkę Sabrinę Wendling z grupy Pro Rail Alliance: "Poprzednie rządy zawsze praktykowały politykę "najpierw drogi", więc to tam trafiała większość państwowych inwestycji".
Na niebezpieczne sytuacje, które miały miejsce w Gelsenkirchen zareagowali szefowie związku angielskich kibiców - Football Supporters’ Association (FSA). W specjalnym oświadczeni napisali:
"Jesteśmy przerażeni tym, przez co musieli przejść kibice podczas wczorajszego meczu w Gelsenkirchen. Widok kibiców uwięzionych na dworcu Gelsenkirchen Hauptbahnhof trzy godziny po zakończeniu meczu z powodu problemów z transportem na dużym turnieju jest po prostu śmieszny".
Stłoczenie kibiców na niewielkiej powierzchni mogło doprowadzić do tragedii. Na szczęście fani zachowali spokój i nie doszło do eskalacji napięcia. Frustracja kibiców jest tym większa, że na problemy z transportem i brakiem wystarczającej liczby miejsc noclegowych w Gelsenkirchen zwracali uwagę organizującej turniej UEFA już wcześniej. Żaden z ich postulatów nie został jednak uwzględniony, choć organizatorzy obiecywali, że odpowiednie środki transportu zostaną przygotowane.
Bardzo prawdopodobne, że angielscy kibice wrócą do Gelsenkirchen na jeszcze jeden mecz. Jeśli ich drużyna wygra grupę, zagra tam spotkanie 1/8 finału. Wtedy fanów będzie jeszcze więcej niż 50 tysięcy, z którymi nie poradzili sobie organizatorzy.