Szok we Francji, a Mbappe odpalił bombę. Te słowa nigdy nie powinny paść [OPINIA]

Michał Kiedrowski
Czytając zachwyty nad słowami Kyliana Mbappe, który postanowił się twardo opowiedzieć po jednej ze stron francuskiego sporu politycznego, mam nadzieję, że żadnemu z naszych Orłów nie przyjdzie do głowy go naśladować. Jeśli ktoś chce dzielić rodaków na lepszych i gorszych, dla jednych grać, dla innych nie, to niech lepiej da sobie spokój z reprezentowaniem barw narodowych - pisze Michał Kiedrowski ze Sport.pl.

Podczas niedzielnej konferencji prasowej najlepszy francuski piłkarz ostatnich lat przemówił: - Jesteśmy w kluczowym momencie historii naszego państwa. Trzeba wiedzieć, jak zachować równowagę i mieć prawidłowo ustawione priorytety. Euro to bardzo ważne miejsce w naszych karierach, ale przede wszystkim jesteśmy obywatelami. Nie powinniśmy odcinać się od świata, który nas otacza. Tym bardziej kiedy dotyczy to naszego państwa. To niesłychana sytuacja — chciałbym się zwrócić do całego francuskiego ludu, przede wszystkim do młodego pokolenia. Jesteśmy pokoleniem, które może coś zmienić. Ekstremiści są u drzwi władzy — mamy szansę wybrać przyszłość naszego kraju. Wzywam młodych do głosowania, do zwrócenia uwagi na to, jak ważna jest to sytuacja. Mam nadzieję, że mój głos zostanie usłyszany. Musimy identyfikować się z tym krajem, musimy identyfikować się z naszymi wartościami — takimi jak różnorodność, tolerancja i szacunek. Bez wątpienia pokładam nadzieję we wszystkich Francuzach. Wiem, że jest sporo młodych, którzy mówią sobie, że ich głos nic nie zmieni. Wręcz przeciwnie każdy głos się liczy — to nie podlega dyskusji. Naprawdę mam nadzieję, że dokonamy właściwego wyboru i że 7 lipca nadal będziemy z dumą nosić naszą koszulkę — powiedział przyszły gracz Realu Madryt.

Zobacz wideo Mecz POLSKA-HOLANDIA zszokował świat! Najlepsze podsumowanie

Szok we Francji. Zjednoczenie Narodowe wygrywa wybory

W ten sposób Mbappe odniósł się do przedterminowych wyborów we Francji, które ogłosił prezydent Emmanuel Macron po rozwiązaniu parlamentu. Głowa francuskiego państwa w ten niespodziewany sposób zareagowała na zwycięstwo prawicowego Zjednoczenia Narodowego w niedawnych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Ugrupowanie, którym do 2021 r. kierowała Marine Le Pen, uzyskało 32 procent głosów. Ponad dwa razy więcej niż partia Macrona.  

Z powodów politycznych czerwiec zapowiada się we Francji dużo bardziej gorący, niż wskazywałaby na to temperatura. Jednak wszystkim tym, którzy już widzą Jordana Bardellę, obecnego szefa Zjednoczenia Narodowego, czy Marie Le Pen na czele francuskiego rządu po wyborach, wypada uświadomić, że do tego daleka droga. We Francji obowiązuje system prezydencki. Nawet jeśli Zjednoczenie Narodowe wygra wybory, Macron nie musi tej partii powierzać misji tworzenia rządu. Konstytucja daje mu wiele możliwości. Ustawy może wprowadzać i bez parlamentu, z czego do tej pory zdarzało mu się korzystać. Stało się to choćby przed rokiem, gdy obawiał się, że jego reforma emerytalna podnosząca wiek przejścia na emeryturę z 62 na 64 lata, nie uzyska większości w niższej izbie parlamentu.

Mbappe zastosował się do zasady: wszystkie ręce na pokład

Ale oczywiście zwycięstwo Zjednoczenia Narodowego w czerwcowo-lipcowych wyborach byłoby dla Francji wielkim wstrząsem. Do tej pory ugrupowanie to było otoczone tzw. kordonem sanitarnym, a dwustopniowe wybory parlamentarne powodowały, że w parlamencie reprezentacja tego ugrupowania była dużo mniejsza niż jej rzeczywiste poparcie we francuskim społeczeństwie. Gdy bowiem do drugiej rundy wyborów przechodził kandydat Zjednoczenia i kandydat innej partii, obowiązywała zasada "wszystkie ręce na pokład". I cała gama wyborców od lewa przez centrum do umiarkowanej prawicy głosowała na tego drugiego. 

Do tej samej zasady zastosował się Mbappe. Jego słowa uzyskały aplauz. Można się dowiedzieć, że jest odważny, dojrzały i mądry. Oczywiście, gdyby miał sympatie polityczne przeciwne, to byłby głupi, niedojrzały i uwiedziony przez populistów. Tak niestety działają współczesne media, dla których liczy się, kto, po której stronie ma serduszko, a nie rozwiązywanie rzeczywistych problemów.

Mieszanie sportu z polityką nie przynosi niczego dobrego

Mój kłopot z wypowiedzią Mbappe nie wiąże się jednak bynajmniej z tym, kogo popiera, ale jak i kiedy o tym mówi. A tutaj stoję na twardym gruncie, że rolę polityki w sporcie należy raczej umniejszać niż zwiększać. Nie da się tych dwóch sfer życia oddzielić, ale należy polityczne spory na sportowych arenach wyciszać, a nie zaogniać. 

Zresztą Mbappe już nadział się na kontrę, że skoro tak bardzo ceni "różnorodność, tolerancję i szacunek", to dlaczego grał tyle lat dla katarskich właścicieli PSG, którzy w swoim kraju nie mają poszanowania dla tejże tolerancji, demokracji, praw człowieka oraz goszczą i wspierają takie ugrupowania jak Hamas czy Bractwo Muzułmańskie. Ta hipokryzja mocno odbiera wiarygodność Mbappe.

Po drugie takie deklaracje, choć efektowne i budzą poklask, są ostatecznie mało skuteczne. Przekonała się o tym choćby Hilary Clinton. W kampanii prezydenckiej aktywie wspierała ją cała masa byłych i aktualnych gwiazd sportu. Wymienić wypada tu takie ikony jak LeBron James, Hank Aaron, Kareem Abdul-Jabbar, Magic Johnson, Alex Rodriguez i wielu, wielu innych. Tymczasem za Donaldem Trumpem stanęli bardzo nieliczni jak Brett Favre czy Herschel Walker. Przy urnach wyborczych nie miało to jednak żadnego znaczenia. Wygrał Trump. W Polsce też cała masa celebrytów popierających PO, czy Bronisława Komorowskiego ostatecznie nie znalazła posłuchu wśród wyborców ani w 2015, ani 2019 roku. Więcej o mieszaniu sportu z polityką pisał w Magazynie Sport.pl Piotr Żelazny.

Mbappe rzuci koszulkę reprezentacji w kąt?

Po trzecie kibice cenią Kyliana Mbappe za to, że strzela dużo goli, czy też celnie podaje. A nie za to, skąd pochodzi, kto był jego rodzicami, ile ma na koncie, jaką religię wyznaje, jakie ma poglądy polityczne. I na tym polega wartość sportu. Na boisku te różnice pozostają nieistotne. Sport jest inkluzywny, wymagający szacunku i tolerancji z samej swej natury. Oczywiście to piękne i wzniosłe, gdy sportowcy poruszają ważne dla społeczeństwa kwestie jak uczestnictwo w wyborach, walka z dyskryminacją, rasizmem, popieranie walczącej z rosyjską agresją Ukrainy. To wszystko jest w orbicie wartości spójnych ze sportem. Popieranie tej czy innej partii też, o ile mieści to się w dopuszczalnych debatą publiczną formach.

Ale problem w tym, że Mbappe — i to jest po czwarte — wypowiada się w niesłychanie polaryzujący sposób. W czym doskonale wpisuje się w role rozpisywane w obecnych czasach w niemal każdym demokratycznym państwie. Już nie ma sporu politycznego, przekonywania do swoich racji, ucierania poglądów. Jest tylko wybór moralny. Są tylko dobrzy i źli, światli i ciemnota, patrioci i zdrajcy. Mbappe jasno daje do zrozumienia, że Francuzi mają przed sobą nie polityczny, a moralny wybór, po którym dalej będzie nosił z dumą niebieską koszulkę. A co będzie, jak jednak ci źli wygrają? Rzuci ją w kąt? Reprezentant kraju musi mieć chyba na tyle oleju w głowie, żeby rozumieć, że kraj, który reprezentuje, składa się nie tylko z tych, których poglądy mu się podobają. I jego zadaniem jako reprezentanta kraju polega, aby kibiców jednoczyć, a nie ich dzielić. 

Po piąte wreszcie Mbappe wprowadził polaryzujący temat wyborów akurat na dzień przed ważnym meczem. Na pewno nie pomógł tym drużynie koncentrować się na stojącym przed nim zdaniu. Aż strach pomyśleć, co będzie jak "Trójkolorowym" powinie się noga. Można z przekąsem powiedzieć, że Mbappe podjął duże ryzyko. Jeśli Francja odpadnie zbyt wcześnie, to Zjednoczenie Narodowe tylko zyska, zamiast stracić.  

Poglądy Mbappe nie bardzo by mnie jednak obchodziły, gdybym oczyma wyobraźni od razu nie zobaczył, jak któryś ze znanych polskich sportowców wciela się w taką samą rolę. I wyzywał od ekstremistów nielubiane przez siebie ugrupowanie polityczne. Jeśli ktoś chce reprezentować Polskę pisowską czy Polskę peowską to niech da sobie spokój z biało-czerwonymi barwami. 

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.